Blog rozwodnika

Blog o tym jak sie rozwiesc z Artystka

Przystanek AFRYKA 04/02/2010

Po pokazie Artystka przegladajac kolejny udostepniony jej (przez Ambasade RPA) album ze zdjeciami, zobaczyla zdjecie kobiety z ludu Ndebele i zafascynowana jej spojrzeniem postanowila dotrzec do tej wlasnie konkretnej wioski w bushu i poznac jej historie.

Co za piekne marzenia !

Interesy Don Giovanniego szly coraz lepiej ale nie na tyle jeszcze dobrze aby finansowac tego typu eskapady , wiec dla swojego pomyslu Artystka potrzebowala innych sponsorow.

A ze projekt tego wyjazdu zrobila ogromny (bo miala jej towarzyszyc ekipa filmowa i mialy byc realizowane odcinki dla telewizji), Don Giovanni chcac nie chcac wyruszyl na poszukiwanie partnerow.

Po dziesiatkach spotkan, hektolitrach wypitej kawy i drinkow, w koncu znalazla sie korporacja gotowa sfinansowac projekt.

Radosc nie trwala jednak zbyt dlugo.

Na miesiac przed planowanym ruszeniem w droge, ktos na szczeblu miedzynarodowym korporacji dopatrzyl sie, ze ich polityka reklamowa zabrania skojarzen z Afryka i w sposob wg siebie bardzo delikatny i politycznie poprawny, wycofali sie z projektu.

Rozpacz Artystki nie miala granic.

Jej objawy to :

- morza wylanych lez,

- zlorzeczenia na caly swiat,

- obwinianie o wszystko Don Giovanniego

- brak przejmowania sie czymkolwiek (dom,rodzina)

- uzaleznienie totalne od internetu…

Bylo to zachowanie, ktore powoli wchodzilo w krew Artystce i stosowala go coraz czesciej w „walce o prawo do swojego“ z nic nierozumiejacym, tepym kapitalista Don Giovannim.

      „Ptak Ciernistych Krzewow“

Spedzajac cale dnie i noce w internecie Artystka poznaje swojego „zbawiciela“ Mesjasza, ktory roztocza przed nia wizje poznawania Afryki jaka niedostepna jest przecietnym nudnym turystom.

Artystka nie jadla, nie zajmowala sie ani dzieckiem ani domem tylko planowala wyjazd do Mesjasza.

Pewnego pieknego dnia powiedziala Don Giovanniemu, „…ze to i dobrze ze poprzedni partner wycofal sie z projektu, bo dzieki temu poznalam misjonarza, ktory pokaze mi Afryke taka o jakiej marzylam…, … i ze on jak nikt inny rozumie MOJA sztuke i MOJE projektowanie i jade do niego natychmiast !!!! …“

Widzac na co sie zanosi, chcac chronic dom i rodzine DG tlumaczyl, ze artysta aby nie stoczyl sie do rynsztoka musi miec za soba rodzine ktora go wspiera ,

ale zeby ta rodzine utrzymac artysta musi dac tej drugiej osobie poczucie bezpieczenstwa w zwiazku, bo inaczej nie wytrzymaja tej proby.

Prosil, blagal wsciekal sie , wszystko na nic…

… bo wg Artystki – „… to sa jakies bzdety o jakich on mowi i jesli ma jakis problem to musi sobie z tym sam poradzic bo ona nie zamierza tracic na to czasu

- bo przeciez jej wartosci , jej sztuka sa ponad zwykle problemy zwyklych smiertelnikow!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!…“

Jednym slowem gdy Artystka cos postanowi to tak ma byc i juz !

Na przeszkodzie do wyjazdu nie stanely tez ani ich mala czteroletnia corka ani brak pieniedzy na wyjazd.

Artystka pozyczyla pieniadze na wyjazd od przyjaciolki i poleciala …. na spotkanie Mesjasza.

Jak sie pozniej okazalo Artystka i Mesjasz zakochali sie w sobie juz przez internet i w w wymienianych miedzy soba emailach i smsach zapewniali sie goraco o swoim uczuciu.

Niestety ochrona prywatnej korespondencji uniemozliwia mi opublikowanie posiadanych dowodow w postaci emaili i smsow, ale pracuje nad tym …. 

 

Don Giovanni natomiast, zamiast splacac dlugi i zalegle podatki musial zwrocic pieniadze sponsorce Artystki.

 

Pierwszy krok “Artystki” na Czarnym Ladzie – Bulawayo (Zimbabwe) 03/02/2010

Po wyladowaniu w Bulawayo , Artystka przysyla smsy pelne zachwytow nad urokiem Afryki i  ludzi tam mieszkajacych a po krotkim czasie wyrusza razem z Mesjaszem w droge do RPA-  do wioski ludu Ndebele (tej ze zdjecia w albumie).

gdzie Mesjaszowi dane bylo dotknac branzy mody …. doslownie :)

ciekaw jestem tych argumentow…..

hmmmmm, chyba jednak ona to ubrala ……

Tak wiec podroz oczywiscie udalala sie znakomicie i po powrocie do Buyo (skrot od Bulawayo), Misjonarz wraz ze swoja zblakana owieczka wyruszaja razem natychmiast nad wodospady Wiktorii.

Sielanka tak otumanila Artystke, ze przyslala smsa do DG :

…. tu jest cudownie ! sprzedawaj wszystko ! przeprowadzamy sie !…

To stwierdzenie „sprzedawaj wszystko“ dotyczylo ich domu i oczywiscie bylo poboznym zyczeniem Artystki, bo dom zostal wystawiony na licytacje i w oststniej (doslownie) chwili DG uniemozliwil jego  sprzedaz przez komornika co nie oznaczalo jeszcze uwolnienie go na dobre z rak wierzycieli.

DG odpisal wiec „radosnie“ zeby bawila sie dobrze, ze on sobie jakos radzi i ze jest to nawet jakies wyjscie w ich beznadziejnej sytuacji finansowej skoro zycie w Zimbabwe jest taaaaakie tanie no i taaaaaaaaakie interesujace !

DG zgodzil sie wiec na poszukiwanie domu do wynajecia w Bulawayo i przeprowadzke do Afryki, wiec Artystka dzielnie zabrala sie za organizowanie zycia na Czarnym Ladzie.

Jak sie okazalo za kilka tygodni po jej powrocie, organizowala SOBIE zycie.

Jej powrot z Zimbabwe byl osobliwy.

Wrocila ale tylko cialem i nawet to cialo wyrywalo sie z powrotem od pierwszej chwili z powrotem do ………….. „nowego“ .

Witajac Artystke na lotnisku DG odniosl wrazenie ze obca kobiete spotkal, wiec na awanture nie trzeba bylo dlugo czekac …..

no i na dalszy ciag …..

od tej chwili nasza rodzina powiekszyla sie o Mesjasza , ktory byl na sniadanie , obiad i kolacje ….

i w kazdej sekundzie po powrocie Artyski az do jej kolejnego wyjazdu do Zimbabwe.

Drugiego dnia po powrocie, nie mogac zniesc nadasania Artystki , DG poprosil o rozmowe.

Odbyla sie ona w kawiarence na Zoliborzu (bo w domu Artystka nie czula sie pewnie) i trwala prawie 3 godziny !

I wtedy to DG uslyszal jakich to cudow doswiadczyla Artystka w Afryce. Jaka to potega w nia wstapila pod wplywem Wodospadow Wiktorii !!!! jak dotarlo do niej jej przeznaczenie !

Wlasnie tam !

Tam poczula swoj poczatek ! tam „narodzila“ sie w niej Artystka NAPRAWDE !!!!…

…I ze wodospad wlal w nia swa ogromna magiczna moc !!!…

Uslyszal wtedy jedna z najbardziej dramatycznych w swym banale historii

o odnalezieniu samej siebie (potem okazalo sie ze artyskta jednak

wlasciwie to sie jeszcze nie odnalazla i szuka siebie samej nadal) i ze to

swoje powolanie do poszukiwania samej siebie wlalo sie w nia pod

wplywem potegi Wodospadow Wiktorii i ze zrozumiala,

ze jako zona i matka to ona juz sie zrealizowala w zyciu i ze nic jej nie

powstrzyma przed poszukiwaniem swojej „drogi“, przed odnaleziem samej

siebie i ze teraz to ona rozumie artystow, ktorzy aby tworzyc potrzebuja

samotnosci i ze DG tego nigdy nie zrozumie bo jest tepym kapitalista

skupionym tylko na zarabianiu kasy, ograniczajacym jej wolnosc i

zabijajacym jej uczucia brakiem zrozumienia dla sztuki i artystow

(zwlaszcza) i ale ze ona sie nie podda i ze wraca do Zimbabwe bo tam

czuje sie jak w domu i zada aby poszukal sobie innej kobiety a ich zwiazek

zeby skonczyli wlasnie teraz !…ze wyjedzie do Afryki z corka , zalatwi jej

tam szkole i beda tam zyly , bo tam jest MIEJSCE NARODZIN ARTYSTKI

!!!!!! Jej narodzin !!!!! koniec!

Wou !

ale sie DG nasluchal !

I poczul sie taaaaaki malutki wobec tego bezmiaru artystycznej

przestrzeni i wolnosci, wobec braku moznosci dotykania taaaaaaaaaak

wielkich rzeczy bo przeciez DG byl tylko tepym kapitalista.

Nic tylko babie odwalilo na calego !

Coz, jesli ktos nie musi sie martwic o chleb i zarabianie na utrzymanie bo

ma sponsora, ktory kocha wspolne dziecko to moze opowiadac takie

dyrdymaly wiedzac ze z glodu nie umrze i spokojnie moze udawac

wielkiego nierozumianego artyste.

Po paleniu zimbabwanskiej trawki zamiast kadzidelek i popijaniu arfykanskim Smirnoffem zamiast winem mszalnym niejeden mialby taki odjazd.

No i do tego jeszcze to towarzystwo. Inny swiat !

DG majac w pamieci „wyczyny“ Artystki przed jej wyjazdem do Afryki, czujac jak mu sie „rodzina rozjezdza w palcach“  zaczal tlumaczyc, ze nie ma co tak powaznie tego wszystkiego traktowac,ze jak troche pooddycha „swiezym powietrzem“ Warszawy to wroci na tory.

Nie na wiele to sie jednak zdalo wiec jedyne co mu pozostalo to przytaknac, ze pomimo wszystko on rozumie co ona przezyla i ze bedzie ja wspieral w jej drodze i jesli chce zabrac ze soba dziecko to bedzie nawet niezla przygoda i ze to wszystko bedzie finansowal bo trudno zeby corka jego na misji mieszkala.

OT DURNY ROGACZ !!!!!!!!!!!!!!!!

Slyszac to wszystko Artystka uszczesliwiona napisala zaraz kolejnego smsa do Mesjasza z „dobra nowina“ …

…no i sie zaczelo.

Dom w Bulawayo znalazl sie w miare szybko.

Milutkie afrykanskie gniazdko

A wlasciwie znalazl go  mesjasz dla NICH i z rozbudzonymi nadziejami na wspolna przyszlosc z Artystka, blagal ja w emailach aby juz przyleciala z powrotem …. MAMY JUZ DOM !!!!!! …

Niestety bez basenu    , co zaraz zostalo wytkniete Artystce przez ludzi, ktorzy wlasnie wrocili do Polski po dluzszym tam pobycie.

No bo jak ze to tak ?! Bialy ma miec dom w Afryce bez basenu ???? !!!!

Wstyd i hanba ! Pozniej to zrozumialem J

Ale czego sie nie robi na nowej drodze zycia, trudno niech bedzie bez basenu … na poczatek.

I tak majac juz wlasciwie swoje miejsce w Bulawayo Artystka przygotowywala wyjazd na stale.

W miedzy czasie jeszcze zorganizowala pokaz mody w Hotelu Mariott na zaproszenie Pani Ambasador RPA w Polsce.

 

Wiza do “lepszego” swiata 03/02/2010

DG nie kryjac juz zdenerwowania ale z usmiechem warknal

stanowczo – “ Give me the change…”

“… I nie pier…..ol” – dodal pod nosem po polsku ale wcale

nie po cichu.

Urzednik chyba zrozumial najlepiej drugie zdanie bo w

magiczny sposob znalaza sie reszta I to w “zielonych

prawdziwych” .

“ nasi juz tu byli…” – pomyslal DG I popatrzyl na pierwsza

w zyciu wize zimbabwanska.

Jak widac na powyzszym skanie piekna jest. Dostojna.

Robi wrazenie bogactwem w odroznieniu np od

amerykanskiej.

Zmeczony “walka z komuna” DG przeciagnal bagaze po

podlodze do stanowiska “suvenirow”, czyli tam gdzie

celnicy wypytujac o przewozone prezenty staraja sie

wygrzebac cos dla siebie.

Po raz kolejny paszport DG powedrowal w czarne rece.

- where are you from – usmiechnal sie celnik

- from Poland – odparl DG

- Holland ? – dopytywal celnik

- POLAND ! Papa polako, wodka , white grizzli… kapisci ?

- aaaa poland ! Walesa ! – wykazal sie znajomoscia czarny

czlowiek

- no walesa no, its mistake, forgett it, he is from Gdansk

mins germany… kontynuowal nauke historii i geografii DG.

Na twarzy celnika nie widac bylo ani sladu zrozumienia ani

najmniejszego chociazby wspolczucia dla naszego

polskiego narodu ciemiezonego wlasna glupota, wiec

zrezygnowany DG podsunal walizki i torby do

“przeswietlenia”.

Rece celnika szybciej niz jakikolwiek rentgen wykryly

alcohol I wyciagnely go triumfalnie na swiatlo dzienne,

a na czarnej twarzy zagoscil usmiech na widok “Jack’a”

- jakies prezenty ? – spytal naiwnie celnik,

przyzwyczajajac sie do ksztaltow butelki

- jakie prezenty ? odparl DG – ja tu nikogo nie znam ….

- No to dla kogo tyle whisky ? – nie ustepowal urzednik

No I na co to cale tlumaczenie ? – pomyslal DG -

poza tym skad to zdziwienie o glupie 10 butelek ?

DG zadeklarowal przecez wyraznie ze jest z Polski I ze w

Zimbabwe bedzie cale 2 tygodnie!

Bez uzycia kalkulatora wynikalo z tego, ze juz w polowie

pobytu nie bedzie co pic :( ale wiecej nie mogl zabrac ze

soba bo Corka zdecydowanie odmowila wspolpracy w

temacie.

Miala juz 5 lat (prawie) I moglaby “troche” pomoc.

Ale to jedynaczka :( .

Celnik widzac jak DG walecznie broni whisky, jakby to

miala byc jego ostatnia wypita na tej ziemi dal w koncu za

wygrana I przepuscil ich do wyjscia.

Duze drzwi z dykty otworzyly sie na “zimbabwanski swiat”

i oczom DG I coreczki ukazal sie …………komitet powitalny.

Artystka i Mesjasz

„Piekna para, pasuja do siebie…“ – pomyslal DG w pierwszej chwili.

I ten nieznosny ciezar powietrza, ktory sie zrobil wokol calego towarzystwa na powitanie.

Artystce widac bylo ze jast jakos glupio przywitac sie z DG bardziej czule niz tylko jak z ojcem lub bratem wiec skupila sie sciskaniu coreczki (choc nigdy wylewna nie byla) w obawie przed powitaniem pomiedzy DG i Mesjaszem.

Zupelnie niepotrzebnie, bo DG doskonale rozumial i odegral swoja role za co w nagrode otrzymal od Mesjasza ” lizaka”  a nawet dwa tzn dwie „laski wodza“ czyli rzezbione z drewna laski jakimi dla dodania sobie powagi podpiera sie starszyzna plemienna w Afryce.

Dlaczego dwie ?  i o jakie tu “laski” wlaciwie chodzi ? – pomyslal DG i od razu przyszlo mu na mysl skojarzenie z Grunwaldem, wiec tak tez podziekowal Misjonarzowi mowiac, ze :

„lasek“ ci u mnie dostatek ale i te dwie przyjme na znak zwyciestwa….

Ubawiony wlasnym dowcipem i wkur….ony cala sytuacja oddalil sie natychmiast w kierunku lotniskowego baru aby nie prowokowac dalszej eskalacji „milosci Polakow na obczyznie…“.

W barze wypil najdrozsze piwo na swiecie (gdyby tak po kursie oficjalnym przeliczyc  dolara zimbabwanskiego na amerykanskiego – o ekonomii tego kraju bedzie troche pozniej)  po czym udal sie na parking przed lotniskiem i wsiadl do srodka lokomocji przypominajacego stara mazde 323.

Swym niezwykle wnikliwym umyslem od razu dostrzegl, ze ktos zakosil mu kierownice i oddal pasazerowi po prawej stronie.

“no … ciekawa to bedzie jazda” – pomyslal i zmeczonymi z niewyspania oczami zaczal sie rozgladac  w terenie.

Nie wygladalo to zachwycajaco. Zupelnie inaczej niz w telewizorze , cholera!

Kolory szaro- bure, zero zieleni, dookola wyschniete krzaczory o roznej wysokosci wyrastajace z suchej brunatno-czerwonej ziemi.

Przynajmniej asfalt w miare porzadny…. No nie ma co narzekac , naprawde…… w Warszawie takiego nie ma, niestety- westchnal DG saczac piwo, ktorym “milosiernie” poczestowal go mesjasz.

I tak juz pol godziny przemierzali droge z lotniska w kierunku miasta.

Przy drodze mijali co jakis czas zabudowania. Murowane nawet. Dosyc duze posesje otoczone wysokimi murami zakonczonymi drutami kolczastymi pod pradem. Ponad nimi widac jedynie calkiem ladna gdzie nie gdzie dachowke i pioropusze pieknych palm. Swiadectwo minonego bogactwa tego kraju I jego mieszkancow.

Podobnie jak wspomniane wczesniej asfaltowe drogi.

Niestety … im blizej miasta tym gorzej. A samo miasto porazilo DG swoja staroscia , zaniedbaniem I brudem.

“…co za syf !!!!! … istny BADZIEWIELAD , MURZYNOWO !!!!“ – pomyslsl zasmucony DG – To jest niestety realna Afryka.

.

Pierwszy dom w Bulawayo/Zimbabwe

.

  

Domek okazal sie byc w dosyc spokojnej dzielnicy. Podjechawszy pod kuta z pretow brame misjonarz, ktory mial akurat we wladamiu kierownice zatrabil energicznie w przestrzen pomiedzy kaktusami i krzakami.

Po dluzszej chwili ….

nie nie, jeszcze troche dluzszej…. na sciezce pojawil sie czarny czlowiek , jak sie okazalo – ogrodnik – ktory w tempie nie rokujacym dotarcia w tym roku do bramy zaczal sie do niej zblizac.

“…przynajmniej nie bedzie mial problemu z wyhamowaniem przed brama…” – pomyslal DG i wysiadl z auta aby pokazac ze PAN przybyl.

Ogrodnik na widok DG nie przyspieszyl nawet o sekunde na kilometr za to wyszczerzyl sie w szerokim usmiechu i tak mu juz zostalo…

Koniec koncow jego podroz dobiegla konca i osiagnal brame aby z duma otworzyc ja przed przybyszami. Nastepnie przywital sie dosyc cieplo z Artystka i Mesjaszem (zupelnie jakby tu juz wczesniej mieszkali J ) i z godnoscia wladcy zamknal ja na powrot.

Od bramy do domu prowadzila wydeptana pomiedzy krzakami i kaktusami droga. Jakies 50m. Potem wylanial sie juz domek. Jak na zdjeciu powyzej. Sympatyczny, zbudowany z kamienia z dachem pokrytym trawa. Milo.  Chlodno w srodku.

Dajac czas artystce na rozpakowanie rzeczy DG poprosil aby misjonarz zawiozl go do centrum miasta, bo chcialby do jakiejs kwiaciarni trafic.

Pojechali. Bez slowa pokonali dystans do city I podjechali pod ogromy magazyn.

Cholera ! to jest kwiaciarnia ? – z zachwytem spytal DG

Zanim dotarla do niego odpowiedz , on sam byl juz w srodku ogromnej halii niczym AUCHAN w Polsce. W srodku panowal polmrok i fajny chlodek.

 

Tuz przy wejsciu za malenka odrapana stara lada siedzialo czterech czarnych leniwie rozgladajac sie po zupelnie ale to zupelnie……. ale to ku…rwa zupelnie pustej wybetonowanej przestrzeni. Widok DG zupelnie ich nie zaskoczyl, wrecz przeciwnie. Wygladali jakby mieli nadzieje, ze on cos dostrzeze w tej pustce, co oni zaraz mu sprzedadza. DG jednakze nie bedac w tamtej chwili zaintersowany kupowaniem swiezo zerwanego z podlogi betonu, podziekowal ladnie i zawrocil do samochodu. Tam przeprosil misjonarza za nieprecyzyjne zwroty i poprosil aby ten podrzucil go gdzies gdzie mozna kwiaty kupic , obojetnie gdzie, moze byc nawet do ‘miesnego”.

 

Ku zaskoczeniu DG, handel kwiatami  odbywal sie jednak na jednej z glownych ulic Bulawayo

.

W cieniu przeogromnych drzew na prawdziwym chodniku siedzialy grzecznie w rzadeczku czarne kobiety zasloniete przed oczami przechodniow przez stojace w naczyniach  bukiety kwiatow. To byl festiwal kwiatow ! karnawal ! istna uczta dla oczu !

Zadowolony DG wysiadl z auta I zanim doszedl do pierwszej kobiety zostal otoczony przez czarnych agitujacych w dosyc agresywny sposob.  Usmiechnal sie wiec przyjaznie i zaczal mowic do nich w swoim ojczystym jezyku.  Konsternacja trwala jednak zbyt krotko. Gdy czarni zorientowali sie ze maja do czynienia z totalnym turysta (frajerem) polaczyli swoje wysilki, wybrali kierownika i ten rozpoczal negocjacje.

 

Kwiaty byly naprawde piekne. Coz za wspanialy bukiet moglby z nich byc!

Odporny na gadanie czarnych, udajac ze ich niewiele rozumie, DG idac wzdloz rzedu “straganow” wybieral co piekniejsze okazy i na koniec kazal z nich zrobic wiazanke. Jak juz byla gotowa co trwalo ok 10 min, w czasie ktorych DG probowal nauczyc chociaz kilku podstawowych slow po polsku swoich nowych czarnych braci , kierownik grupy wykrztusil wreszcie z siebie cene…………

 

Trzeba powiedziec ze bukiet byl wspanialy I cholernie ciezki I DG patrzyl na niego z ogromnym podziwem. Pierwszy zachwyt w tym kraju. Po chwili jak przez mgle dotarla do niego cena……………

 

Rozbawionym wzrokiem popatrzyl na otaczajacych go czarnych braci. W ich oczach dostrzegl naiwna nadzieje, ze oto jednym dealem zarobia na caly rok.

No coz, business po afrykansku J. Westchnal wiec gleboko I rozpoczal ‘prace u podstaw” w zakresie edukacji ekonomicznej czarnej spolecznosci, ktora w miedzyczasie zebrala sie wokol. Aby nie popelnic bledow merytorycznych oraz nie chcac byc zle zrozumianym na wszelki wypadek mowil do nich po polsku.

Widzac jednak, ze nie pojmuja kompletnie podstaw ekonomii a na ich twarzach oczekiwanie powoli zamienia sie w zniecierpliwienie DG stanowczym glosem uzywajac lamanego jezyka angielskiego odpowiedzial, ze za 200 $ to na ulicy w Paryzu ma bukiet wraz z kwiaciarka.

I to byl kolosalny blad w negocjacjach!!!!

DG dal sie zlapac jak male dziecko.

 

Czarni bracia jeden przez drugiego zaczeli krzyczec napierajac coraz mocniej na DG,szarpiac za ubranie I ciagnac kazdy w swoja strone. Teraz kazdy z nich byl gotow dorzucic swoja kobiete do tego bukietu byleby tylko DG wybral jego zone. Widzac ze to nie przelewki DG zdecydowanie postanowil zbijac cene.

Oddal wiec bukiet pierwszemu z brzegu czarnemu , oswiadczajac ze jest gejem i dlatego nie kupuje kwiatow w Paryzu tylko Bylawayo. W wyniku tej argumentacji cena spadla do 100$ a bukiet znalazl sie ponownie w rekach DG. Mimo wszystko niezadowolony z ceny DG wcisnal bukiet najblizej stojacemu zwracajac uwage ze ma zbyt duzo fioletowych kwiatow ktore nie sa teraz trendi.

 

Nie czekajac na ponowna oferte, przebil sie przez spory tlumek, ktory ciagle sie powiekszal i po odsunieciu czarnego zajetego demontowaniem klamki w mazdzie misjonarza wskoczyl do srodka.

“…czy mozemy juz jechac ?” spytal uprzejmie misjonarza

“…a co z kwiatami ?” zainteresowal sie misjonarz

“…drozsze niz w Londynie, wiec jedzmy” odparl DG I z przerazeniem zobaczyl wrogo nastawiony tlumek czarnych braciszkow otaczajacych samochod.

 

Wspomniany juz wyzej czarny kierownik dzierzyl w jednej rece  bukiet a druga reka trzymal DG za koszule przez otwarta szybe wykrzykujac coraz to nizsze propozycje cenowe.

“…chyba jednak bede musial je kupic “ stropil sie DG i zaproponowal 20$

oferta zostala przyjeta i ostatecznie udalo sie odjechac bez wiekszych perturbacji.

Patrzac na trzymany przed soba bukiet, DG popadl w zadume, mocno niezadowolony z efektu swoich negocjacji. W koncu zaplacil przeciez rownowartosc dwoch pensji miesiecznych jakie zarabia sie srednio w Zimbabwe.

 

ZIMBABWE MY DREAM 03/02/2010

ZIMBABWE MY DREAM

    YOU CAN DRINK AND DRIVE

“Coz , nauka kosztuje. Nastepnym razem bedzie lepiej “ – pocieszal sam siebie wypijajac w samochodzie kolejne piwo. Oprocz kwiatow ta rzecz spodobala mu sie najbardziej.

Zimbabwe to najcudowniejszy kraj na ziemii dla Polakow I Rosjan. Jest to kraj w ktorym mozna pic i jezdzic. Bo cos pic w takim klimacie przeciez trzeba caly czas. A ze woda drozsza od piwa , wiec piwko sie popija przy kazdej okazji a czesciej popija sie bez okazji. Wogole to najlepsze miejsce na swiecie do picia piwa, DG odkryl wlasnie w Zimbabwe. Tym miejscem jest oczywiscie miejsce w jadacym samochodzie i to koniecznie za kierownica.

Po latach obserwacji, jak to w rodzimym kraju politycy walcza z bogu ducha winnymi kierowcami jezdzacymi po kielichu ( pomimo druzgocacej przeciez statystyki wskazujacej, ze to trzezwi powoduja wiecej wypadkow) DG z uwielbieniem zaczal oddawac sie temu “procederowi”.  Szybko doszedl tez do wnioskow, ktore nie sa zbyt korzystne dla rasy bialej nie wykluczajac w tym Polakow oczywiscie.

Po pierwsze………. i po drugie.

Ludzie czarni (bron boze nie myslic z okresleniem “ciemni”) maja wyjatkowy szacunek dla samochodu i ogromny respect przed wszystkim co sie po drodze porusza i wyglada na metalowe. Czarny czlowiek przemieszczajacy sie pieszo (w naszej nomenklaturze tzw ‘pieszy”)  na widok nadjezdzajacego auta, blyskawicznie (jest to cecha niedostepna Polakom) ocenia swoje szanse w potencjalnym zderzeniu i czym predzej ustepuje z drogi.

Sprawa ma sie podobnie z … jak to my nazywamy “przechodniami”. Kazdy kto ma bardziej opalona skore, zanim przejdzie przez jezdnie nawet jesli ma zielone swiatlo, upewni sie najpierw ze nadjezdzajace auta zatrzymaja sie napewno bo przeciez nikt mu nie zagwarantuje, ze zadzialaja hamulce w zblizajacym sie aucie lub ze pomimo porannej godziny , kierowca nie spi pijany za kierownica.

Tak zdrowe podejscie do tematu ruchu drogowego, powoduje ze wiecej czarnych ginie od hipopotamow (pewnie dlatego ze nie sa metalowe) niz samochodow prowadzonych przez pijanych kierowcow (trzezwi w tym rejonie swiata nie wystepuja).

“… ach, zeby tak to zaimportowac do Polski…” westchnal DG (nie zeby hipopotamy tylko SZACUNEK DLA PORUSZAJACEJ SIE METALOWEJ MASY !!!!)

Po powrocie z „kwiaciarni“, misjonarz wysadzil DG pod brama

i z mina obrazonego kochanka, czym predzej pognal na misje.

A moze tylko oltarz mu sie palil ???

DG z ogromnym bukietem ogromnie przeplaconych kwiatow

wkroczyl do domu I wreczyl je artystce ze slowami : „… na

nowej drodze zycia ….“

Ta , zachwycona udawanym podziwem podziekowala w 2

slowach i w zamian zaproponowala piwo.

„Hmm ale mi business….“ – pomyslal DG, ale piwo przyjal bo

w koncu lepsze to niz nic.

Artystka nie zaproponowala nic wiecej, gdyz ogarnela ja

wscieklosc wielka , ze Misjonarz stchorzyl I pozostawil ja

sam na sam z wrednym DG  w tak  malej  przestrzeni.

Domek  wewnatrz  byl malutki, ale swiezo zbudowany i bardzo sympatyczny.

Nic dziwnego, ze Artystce i Mesjaszowi  bylo tutaj jak u Pana Mugabego za piecem.

Zona  pomimo tego, ze nie widziala sie z DG prawie miesiac

czasu wcale nie zamierzala ukrywac swego niezadowolenia

z powodu nieobecnosci misjonarza.

Ten domek bez  Maciusia byl taaaaaaaaaaki pusty  taaaaaaaaaaki  malutki.

Brak Maciusia w otoczeniu oznaczal dla niej stracony dzien.

Byla w stanie „ tworzyc rzeczy wielkie“ tylko wtedy gdy Malicki byl w zasiegu.

Przy nim rodzila sie na nowo i codziennie.

Dzien bez narodzin, byl dniem straconym bezpowrotnie.

Ani Coreczka ani DG nie byli w stanie tej straty wyrownac.

DG majac tego pelna swiadomosc, postanowil wykorzystac

chwilowy dlugi odstep pomiedzy kochankamii i pozabijac

Artystke przynajmniej kilka razy, tak dla odmiany, aby

mogla sie swobodniej odradzac.

Zaczal wiec standardowo mowic o rodzinie, wartosciach,

moralnosci itd. Jeszcze wtedy walczyl o rodzine.

Artystka zas standardowo odpowiadala ze to sa pierdoly,

ktore jej nie dotycza i podjela niestandardowo probe

zajecia sie dzieckiem.

Wygladalo to dosc sztucznie, ale Coreczka steskniona za

mama, z ktora nie miala kontaktu przez dlugi okres czasu

z entuzjazmem przyjmowala kazda aktywnosc skierowana w

jej strone.

- „przynajmniej tyle z tego dobrego, ciekawe jak to bedzie

kiedy zjawi sie misjonarz ? no ciekawe …“ – pomyslal DG

wypijajac kolejny lyk z piwa, po czym rozejrzal sie dookola

posesji.

Wygladalo na to, ze znalazl sie w miejscu wiecznej

szczesliwosci, gdzie nie ma nic do robienia.

Zupelnie nic.

„Wakacje FOREVER“ . – westchnal leniwie DG I zaczal

przygladac sie trzem czarnym, ktorzy mieli funkcje naprawy

ogrodzenia posesji.

Bylo ich trzech. W kazdym z nich plynela krew …… bo sie

poruszali.

Najwyrazniej jednak nie mieli jej zbyt duzo, lub byli swiezo

po transfuzji bo ich ruchy byly jakies takie mgliste, takie

nie konczace sie nigdy.

Ogrodzenie zas, jak przystalo na ogrodzenie posesji w

Rodezji mialo ok 3 m wysokosci, bylo murowane i

zwienczone drutem kolczastym pod napieciem.

Ten widok przywolal na mysl zycie bialych kolonizatorow

i tak wlasciwie zaczelo wygladac zycie Don Giovanniego w

Afryce. Nic ….. zupelnie nic do robienia.

Ale tego tez trzeba sie nauczyc.

Dlatego DG upewniwszy sie, ze Artystka nie stracila

zainteresowania wlasnym dzieckiem i ze jeszcze sie nie

pozabijaly, siegnal po drugie piwo, zajal strategiczna

pozycje w fotelu na tarasie, skad mogl obserwowac i

pobierac lekcje pracy „na czarno“.

Trzej czarni bracia zjawiali sie codziennie rano do pracy w

okolicy 8 godziny .

Prace zaczynali od heroicznego wysilku w celu rozpalenia

ogniska przy uzyciu darmowych patykow znalezionych w

ogrodzie.

Najpierw DG myslal, ze wtym ognisku beda wypalac cegly,

ale potem sobie przypomnial ze przeciez cegly kupil w

cegielni.

„Wiec moze beda kuc lopaty i lemiesze ?“ – dywagowal DG

i z uwaga przypatrywal sie murarzom.

Po pol godzinie kiedy juz sie rozgrzali sobie rece (boze ….

co bedzie w zimie !!!) i wg DG byli gotowi do roboty, oni

postanawiali zapalic jointa.

Caly czas przy tym mieli wetkniete sluchawki w uszy i czy

to z zimna od slonca czy goraca od ogniska podrygiwali

i kolysali sie na boki.

Te ruchy w niczym nie przypominaly ruchow jakie nalezy

wykonac aby wmurowac chociaz jedna cegle i stad tez po

dwoch dniach obserwacji, DG zauwazyl ze dziura w murze,

ktora w dniu jego przyjazdu miala 3 metry szerokosci i 2

wysokosci nie zmniejszyla sie ani na jote.

Po osmiu godzinach podrygiwania przy ognisku, popalania

trawy, trzej murarze (najwyrazniej wykonczeni praca) znikali

z ogrodu, rownie bezszelestnie jak sie w nim pojawiali rano.

O ile czas rozpoczecia „pracy“ zdecydowanie wachal im sie

od 8 do 10 rano, o tyle fajrant zawsze nastepowal niezwykle

punktualnie jakby byli podlaczeni swiatlowodem do

Greenich.

DG przygladal sie codziennie „postepowi prac“

z zainteresowaniem oczekujac konca tygodnia czyli dnia

wyplaty.

Sobota oczywiscie nadeszla (bo nadejsc musiala) i murarze

wyciagneli rece po kase.

DG popatrzyl na ich utrudzone praca rece, popatrzyl na

ognisko, popatrzyl na mur, w ktorym w ciagu tygodnia pracy

przybyly 3 cegly .

Z rozbawieniem przysluchiwal sie tlumaczeniu problemow

jakie to musieli pokonac murarze aby wmurowac srednio

po jednej cegle na glowe na tydzien.

Z ich relacji wynikalo, ze bardzo szanuja swoja prace

i zamierzaja ja kontynuowac jak najdluzej sie tylko da,

co oczywiscie DG powinien zrozumiec i zaczac podskakiwac

z radosci, ze trafil na tak pracowitych ludkow.

Co wiecej, ich ogromne zaangazowanie zasluguje ze

wszech miar na uznanie i dlatego oczekuja, ze zamiast

umowionych 10$ na lebka za tydzien pracy dostana p o 15$,

co obiecuja odpracowac w najblizszym nieokreslonym czasie.

KU SASA

Dla czlowieka w czarnym kolorze skory zamieszkujacego

tereny Zimbabwe i Sud Africa nie istnieje pojecie,

ze czegos nie da sie zrobic.

Nie maja takiego okreslenia w swoich jezykach a w jezyku

angielskim nie przechodzi im to przez czarne gardlo.

Kiedy wiec pytasz czarnego czy dana rzecz mozna zrobic,

nigdy nie odpowie ci przeczaco.

Nigdy nie odpowie , ze sie nie da.

Zawsze sie da. Jest to tylko kwestia czasu.

Na pytanie , KIEDY wiec da sie TO zrobic ?

Zawsze uslyszysz odpowiedz „ku sasa“.

Jest to zwrot z jezyka ndebele (zulu) i oznacza dokladnie

to o czym w danej chwili mysli odpowiadajacy na pytanie i

czego nie zamierza ci absolutnie ujawnic.

Tak wiec „ku sasa“ panuje wszedzie i jest jednym

z najbardziej popularnych sformulowan zarowno w zwrotach

oficjalnych (stosowanych przez urzednikow) jak i w

nieoficjalnych kontaktach towarzyskich.

Zupelnie jak „ maniana“ w Ameryce Lacinskiej.

„ku sasa“ tu „ku sasa“ tam gwarantuje ludziom

dlugowiecznosc, bo nie wypada umierac zanim nie

zrealizuje sie wszystkich obiecanych innym „ku sasa“.

.

DG postanowil popodskakiwac sobie z radosci ale

„ku sasa“ a w tamtej chwili poprzestal na rozplywaniu sie

nad filozofia pracy „na czarno“.

W konsekwencji tego rozplywania I w dowod uznania za

nadludzkie wysilki w utrzymanie stanowiska pracy, rozdal

czarnym przodownikom pracy po 2$ czym zagwarantowal

sobie ich obecnosc (nie mylic z praca) w nastepnym

tygodniu.

Jesli wyplacicie czarnemu cala naleznosc za tydzien pracy,

to macie jak w banku, ze dlugo go nie zobaczycie.

(Oczywiscie nie dotyczy to sluzby w domu).

Nalezy wiec wyplacac im dokladnie tyle, aby dozyli do

poniedzialku a wtedy honor i ambicja nie pozwola im

zrezygnowac z kontynuowania pracy u Was.

Tak wiec czarni murarze okazali sie byc ludzmi niezwykle

ambitnymi I niezwyklego honoru i po miesiacu pracy,

kiedy to Don Giovanniemu przyszlo opuszczac Bulawayo,

w ogrodzeniu nadal pozostawala wyrwa jakby przeleciala

przez nia slonica w ostatnim miesiacu ciazy.

Co prawda juz drugiego dnia obserwacji DG w przyplywie

energii chcial pokierowac pracami remontowymi,

ale Artystka zabronila mu kategorycznie zblizac sie do

robotnikow, zapewne w obawie, ze ci ostatni puciekaja

przez wyrwe murze a drugich takich pracowitych w calym

bushu nie znajdzie.

Na takie argumenty DG opadl tylko bezwladnie na fotel,

otworzyl kolejne piwo i zamyslil sie nad zwyczajami dnia

codziennego panujacymi w tym pieknym kraju.

.

Ach…….Rodezyjczykiem byc !!!!!

.

Zostaly one wprowadzone przez angielskich kolonizatorow,

przetrwaly probe rewolucji I dzieki temu, jesli jakis bialy

mial dom w tym kraju ….

………. ale zacznijmy od poczatku.

.

Bialy w Zimbabwe kojarzony jest zasadniczo z 3 cechami :

Po pierwsze jest bialy

Po drugie zna angielski

Po trzecie ma kase.

Czlowiek ktory nie z na angielskiego lub nie ma kasy lub

jeszcze gorzej nie spelnia tych ostatnich 2 kryteriow,

w odczuciu rdzennych mieszkancow bylej Rodezji

absolutnie nie moze byc bialym.

Dzieki nie spelnianiu tych 2 ostatnich kryteriow DG stosunkowo

latwo znalazl sobie nowych znajomych (jak sie okazalo w tym

samym wzglednym kolorze skory…..ale o tym kiedy indziej).

Skoro juz ustalilismy, ze DG to jest bialy lis farbowany,

wrocmy do znienawidzonych zwyczajow przejetych i

stosowanych dobrowolnie przez czarnych od

z nienawidzonych bialych bialych najezdzcow.

Kazdy bialy w Zimbabwe (i chyba wiekszej czesci Afryki)

jesli posiada dom lub go wynajmuje musi (ale to MUSI

BEZWZGLEDNIE !!!!) do jego obslugi zatrudnic czarna sluzbe.

W zaleznosci od wielkosci domu i ogrodu, wielkosc takiego

zatrudnienia wynosi minimum 2 osoby.

W sklad minimalnej obsady wchodza:

Kobieta, ktora sprzata dom bialego, pierze ubrania bialego,

gotuje bialemu posilki wg menu przygotowanego przez

bialych oraz ogrodnik, ktory ma zakaz wstepu do domu

bialego I obsluguje ogrod bialego I brame nalezaca do

ogrodu bialego.

Kobiety zatrudnione w domach wszystkie nazywaja sie tak

samo, czyli MAID, a ogrodnicy tak samo jak kobiety czyli

GARDNER.

DG zupelnie tego nie rozumial ale pogodzil sie z tym

szybko.

W koncu pochodzi ze starej polskiej zubozalej bardzo

szlachty, ktora przy kazdych drzwiach w domu miala

Szwajcara bo na regularnego lokaja z Londynu, zadko

kogo bylo wtedy stac.

Niestety Szwajcarom w Polsce i tak za duzo sie placilo,

jak za otwieranie drzwi, bo zarobiwszy pieniadze , wrocili

do swojego kraju, pootwierali banki, powplacali tam

zarobione przy polskich drzwiach pieniadze i tak

rozpoczela sie potega Szwajcarii, ktora trwa do dzisiaj.

DG nie zamierzal popelnic tego samego bledu co jego

przodkowie.

O co to to NIE !!!!!!

I nakazal czarnej sluzbie trzymac sie z daleka od drzwi !!!

Brama to juz zupelnie inna sprawa.

Do Maid lub Gardnera nie wolno oczywiscie zwracac sie

per Maid czy Gardner lecz po imieniu.

Oni natomiast z wyszukanym szacunkiem, wdziekiem, i

zawsze (powtarzam zawsze ) z usmiechem zwracaja sie do

bialych domownikow BOSS, MIS, LADY, MISSIS – slodziutkie J.

Co za maniery !!!!!!!

Oni sa naprawde dumni z wykonywanego zawodu I w ten

sposob takze okazuja wdziecznosc za zatrudnienie dzieki

ktoremu sa w stanie wyzywic cala rodzine.

Wynagrodzenie takiej sluzby lub lepeij nazwijmy to HOME

SUPPORTu zostalo uregulowane administracyjnie I po

przeliczeniu wg kursu czarnorynkowego w ciagu 1 miesiaca

nalezy kazdemu z nich zaplacic ok 40 dolarow amerykanskich.

Nie jest to tanio zwlaszcza, z e trzeba im jeszcze pokryc

koszty dojazdu (jesli akurat nie mieszkaja na posesji w

specjalnie dla nich wydzielonej czesci) I zapewnic mundurki :

dla MAID fartuszek a dla GARDNERA kombinezonik oraz

codziennie przyslugiwalo im po 2 herbaty na glowe. (na

szczescie nie piwo ale to reguluje ustawa o wychowaniu w

trzezwosci w Polsce, ktora jako pierwsza postanowil lDG

zaszczepic na afrykanskim gruncie).

.

DG z szacunkiem pochylal sie nad tymi zwyczajami podnoszac

z ziemii kolejne piwo.

.

Zeby nie popasc w zbyt duze koszty na starcie nowego zycia

artystki, zgodzil sie jedynie na podstawowy STAFF czyli po

jednym SUPPORCIE z kazdej dziedziny.

Poprzez to, koszt utrzymania miesiecznego wzrosl

drastycznie o 80 $ co po dodaniu do kosztu wynajmu domu

150$ oraz zsumowaniu z minimalnymi kosztem piwa na

miesiac, dawalo kwote 500 $.

„Nie jest tanio , wbrew temu to pisala w smsach Artystka“

– wzdechnal DG i powrocil do rozwarzan nad organizacja zycia

w Zimbabwe.

.

Dzieki pensji jaka co miesiac otrzymywal STAFF, byli oni w

stanie utrzymac sie przez miesiac z czteroosobowa rodzina

(pod warunkiem ze nie pili piwa), a dzieki temu ze biali

obrzydliwi kolonizatorzy nabudowali domow jak potluczeni,

potrzebna byla ich obsluga i zawody te staly sie sportem

narodowym w Zimbabwe.

Stanowia tez glowny czynnik dochodu narodowego.

Zanim jeszcze Rodezja zmienila sie niepostrzezenie w wyniku

rewolucji w Zimbabwe, kraj pod rzadami Rodesa (ktory jak

wiadomo caly kraj kupil od jakiegos wodza Zulusow za pare

paciorkow oczywicie namoczywszy go wczesniej obficie woda

ognista, a na przypieczetowanie transakcji zrobil z jego ludzi

niewolnikow) stala sie najbogatrzym krajem swiata (liczac

dochod na glowe bialego mieszkanca).

Kraj w ktorym jak wiemy na powierzchni ziemi doskonale

rozwijaly sie plantacje tytoniu, herbaty, pomaranczy, tuz

pod powierzchnia natomiast platacje orzeszkow ziemnych

a glebiej kopalnie wegla, zlota i diamentow.

W miastach kwiitl przemysl odziezowy rozwijalo sie

budownictwo przemyslowe i drogowe.

Wprowadzono wlasna walute (funta rodezyjskiego),

ktory szybko stal sie silniejszy od funta brytyjskiego.

Zycie typowego bialego rodezyjczyka bylo niewiarygodnie

nudne, bo wszystko za niego robili niewolnicy, wiec im

pozostawalo tylko picie i rozmnarzanie sie.

Paradoksalnie te 2 czynnosci wykluczaja sie, co widac dobitnie

na przykladzie niewolnikow ktorzy nie pili i rozmnarzali sie

zdecydowanie szybciej.

Taka ilosc nudy i sexu moze byc smiertelna i dla tego biali

postanowili dramatycznie zmienic swa kolonialna egzystencje

zanim zejda z tego swiata.

Potrzebny byl im tylko odpowiedni moment.

No i doczekali sie.

Na czele ruchu opozycyjnego (do bialych) stanal kolega

Mugabe, ktory bardzo zazdroscil bialym ich bezsensownego

stylu zycia.

Pod pozorem zniesiemia niewolnictwa (czyli „strzelajac w

stope“ kazdemu czarnemu) wzniecil rewolucje.

Postanowil rozdac bron wzystkim, ktorzy chcieli jej dotknac.

Poniewaz jak sie okazalo nie bylo ich zbyt wielu, bo normalie

myslacy czarny, ktory zasmakowal niewolnictwa zdaje sobie

sprawe, ze jesli bedzie wolny to w dupe wzielo darmowe

mieszkanie, karmienie, ubieranie i opieke medyczna (a jak PAN

byl w lepszym humorze to i darmowe piwko), wiec jasne bylo

ze chetnych do rewolucji dramatycznie zabraklo i Mugabe

musial ich zaimportowac z sasiedniego bushu.

Przybyli wiec do Rodezji czarni weterani wojenni, chwycili za

kalasznikowy I ruszyli zdobywac przemoca plantacje.

I tu sie lekko zdziwili. Bo biali najezdzcy tylko na to czekali.

W absolutnych pokoju I z radoscia I, bez jednego

defensywnego wystrzalu pooddawali im klucze do swoich

majatkow.

Od tej chwili zycie bialych w Zimbabwe nabralo sensu i tresci.

Najpierw musieli uciekac I chowac sie przed rozjuszonymi

wojownikami, ktorych wkurwili strasznie, pokojowo skladajac

bron. Nie bylo tego w scenariuszu przedstawianym

rewolucjonistom przez wodza rewolucji Mugabego, a nie mogac

dodzwonic sie do niego na komorke, postanowili jednak

wykonac plan I wystrzelac troche amunicji.

Temu wszystkiemu z ogromnym zdziwieniem przygladali sie

niewolnicy, ktorzy nie mogli pojac: : na cholere czarny chce

zajac miejsce bialego ? przeciez to wbrew prawu naturalnemu !

.

(Niby toto nie cytate nie pisate a jakie madre !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!)

.

Jak pokazala przyszlosc , niewolnicy mieli absolutna racje.

Przejecie od bialych ich super dochodowych farm, kopalni I

przedsiebiorstw i porowadzenie ich sciezka „czarnej“ ekonomii,

(ktora plasuje sie na drugim miejscu na swiecie zaraz za

ekonomia „sowiecka“) w krottkim czasie doprowadzilo ich do

ruiny a wolnych niewolnikow zepchnelo na skraj egzystencji.

Po 30 latach od rewolucji i zniesieniu niewolnictwa, Mugabemu

udalo sie doprowadzic swoj kraj do kompletnej ale to ku…wa

kompletnej ruiny a ludzie cierpia glod i zdychaja na co sie tylko

da i przy byle okazji.

Jednakze u dalo mu sie wyprzedzic reszte swiata i osiagnal

niespotykany jak dotad w historii i chyba juz nigdy w

przyszlosci nie do powtorzenia wynik w rocznej inflacji,

ktora w 2009 roku osuagnela poziom 20.000%.

Jest to procent tak abstrakcyjny, ktorego nawet Marks

z Engelsem czyli Dolce I Gabbana komunistycznej ekonomii by

nie wymyslili.

Aby go zobrazowac podam taki oto przyklad : na poczatku

roku 2009 posiadajac banknot 1 milionowy, mozna bylo kupic

chleb. Pod koniec roku idac po chleb nalezalo zaopatrzec sie

w banknoty bilionowe I worek zeglarski bo inaczej zabraklo by

drobnych.

Przekazanie czarnym doskonale funkcjonujacych farm i firm w

krotkim czasie doprowadzilo do ich ruiny.

Pytanie :

Co zrobill czarny, kiedy zostal wlascicielem np: plantacjii

tytoniu ?

Odpowiedz:

Posadzil drzewo, aby polezec w cieniu.

Jesli dla dalszego przykladu, zepsul mu sie traktor (URSUS

zreszta), to zamiast zadzwonic do Warszawy po inmstrukcje

i czesci, rozsprzedawal go po kawalku.

To bardzo nie spodobalo sie Mugabemu.

Znaczy nie fakt, ze jego ziomale nie dzwonili do Polski tylko,

ze wogole nie chcialo im sie sluchawki podnosic.

Postanowil temu czym predzej zaradzic zanim jego rewolucyjni

bracia pozbawia kawalka chleba nawet jego.

Majac niekwestionowana wladze o ktora w takim upale nikomu

nie chcialoby sie walczyc, sterowal krajem niczym pijany sternik

pieknym ale pustym zaglowcem posrod raf koralowych.

Reczne sterowanie gospodarka, tak uwielbiane przez geniuszy

ekonomii (nie wylaczajac Balcerowicza), w krotkim czasie

przeksztalca kazdy kraj w republike bananowa nawet jesli ma

zloza diamentow I zlota na ktorych banany ni cholery rosnac

nigdy nie chcialy.

Mugabe w szybkim tempie zaczal nacjonalizacje co bardziej

dochodowych dziedzin przemyslu co w praktyce wygladalo

nastepujaco :

jesli jego tajni agenci dostrzegli, ze jakas firma pod rzadami

bialego (ktory byl zbyt leniwy aby uciec przed rewolucja I nie

chcialo mu sie oddac kluczy do wlasnego businessu) dobrze

funkcjonuje , dostawal propozycje nie do odrzucenia, tzn musial

przyjac na wspolnika czarnego, ktory w efekcie byl skoligacony

z Mugabem.

Pozniej podobna zasade wprowadzono w USA i Kanadzie no

i w pozostalych krajach czarnej Afryki.

Tak wiec powoli ale niezwykle systematycznie przedsiebiorstwa

przechodzily w rece Mugabego.

Do niego naleza wszystkie taxowki, wszystkie sieci fast

foodow, caly import motorow, samochodow I paliwa, wiekszosc

kopalni zlota itd.

Wiec generalnie po rewolucji sie polepszylo.

MUGABEMU.

Stac go bylo nawet aby kupic w Szanghaju wille za 5 mln $ dla

swojej corki ktora postanowil tam ksztalcic.

No w tym wzgledzie to nawet DG nie byl w stanie go pobic

z oplacaniem jakiejs marnej British School w Warszawie.

.

Jak to mozliwe – Zapytacie – ze Mugabemu udalo sie

zniewolic I oglupic swoich rodakow do tego stopnia ?

Dlaczego caly swiat zachodni z nami wlacznie p rzyglada sie

temu biernie?

Wbrew pozorom najwiecej winy za taki stan rzeczy w

Zimbabwe ponosimy my Polacy a wlasciwie nieudolna

polityka kolejnych polskich rzadow od elektroprezydenta

poczawszy.

Zanim to udowodnie (z przykroscia i rozczarowaniem dla

naszego spoleczenstwa) musze jednak jasno okreslic moje

poglady.

Po pierwsze : nie ulega watpliwosci, ze Zimbabwe jest krajem

rdzennym ludow Shona i Ndebele i oni sa jego prawowitymi

wladcami jak i Polacy w swoim regionie geograficznym.

Po drugie : skolonizowanie ich przez anglikow w ostatecznym

rachunku wyrzadzilo im historyczna krzywde bo pokazalo jak

fajnie byc niewolnikiem.

Po trzecie : oburzenie swiata na rewolucje w Zimbabwe

jest kompletym bezsensem, bo to tak jakby sie obrazili za to,

ze mysmy ruskim skopali tylki.

Po czwarte : dlaczego swiat wypial sie na Zimbabwe,

tzn oblozyl go embargiem (czym sam sobie strzelil w

stope jak pokazuje historia) ?

odpowiadajac na te wszystkie pytania razem musze stwierdzic,

ze Mugabe w odroznieniu od prezydenta RPA- Mbekiego,

kategorycznie odmowil wyplaty jakichkolwiek reparacji

wojennych, czym bardzo Don Giovanniemu przyplusowal.

Przekladajac to na nasz polski grunt, to tak jakbysmy my

musieli wyplacac odszkodowania cholernym ruskim okupantom

za to ze nam np: Palac Kultury lub PeGeERy zbudowali.

Bzdura !!!!!

Niemniej Mbeki podzielajac jak najbardziej stanowisko

Mugabego i Don Giovanniego, nie powiedzial tego oficjalnie

na forum miedzynarodowym lecz skrycie realizuje I na pytania

kiedy zacznie wyplate reparacji , niezmiennie odpowiada „ku

sasa“.

Tak wiec swiat zachodni (durny) obrazil sie na Mugabego I na

zlosc jemu odmrozil sobie nos czyli zamrozil z nim wymiane

handlowa.

Nie wiadomo na co liczyli durne bialasy.

Ze niby czego oczekiwali ?

…ze Mugabe sie poplacze i zaprosi angoli z powrotem ???????

Swiat zachodni oblozyl wiec Zimbabwe embargiem I vice

wersa.

I tu powstala luka na naszym globie.

Czarna dziura mozna by powiedziec (tylko bez glupich

skojarzen prosze).

Juz po pierwszej wizycie w Zimbabwe w 2004 roku,

DG dostrzegl niewiarygodny potencjal tego kraju I jego

mieszkancow. Postanowil czym predzej doprowadzic do

wtornej kolonizacji tym razem na rzecz Polski.

W koncu wszyscy w europie juz swoje kolonie zamorskie mieli

tylko my jeszcze nie.

Nie bylo to tez niebezpieczne, bo czarni rewolucjonisci

wystrzelali wszystkie naboje przeciwko anglikom, a w wojnie

na piesci my jestesmy lepsi.

DG pisal wiec petycje do rzadu polskiego, ze oto wyladowal w

afrykanskim bushu, zajal placowke i systematycznie sie

umacnia, ale bez wsparcia (przynajmniej setki kiboli) dlugo nie

przetrwa.

…Ze utrzymanie takiej armii kibolii duzo tu nie kosztuje bo piwo

tansze niz woda, a czarnych wokol mnogo wiec wystarczy tylko

reka na oslep machnac aby przynajmniej ze 3 trafic.

Pisal I pisal, ale te durnowate polskie rzady nie reagowaly.

Zreszta czego tu oczekiwac skoro prezydent swoja edukccje

skonczyl na rozpoznawaniu znakow graficznych (czyli wie jak

wyglada plus dodatni I minus ujemny… do czytania nie

doszedl skoro listow od DG nie przeczytal).

Pomimo jego analfabetyzmu Don Giovanni przynajmniej na

jego walecznosc liczyl, ale i ta okazala sie iluzja wyssana

z palca duzego u prawej stopy polskiej historii.

DG zrozumial to dopiero wtedy, kiedy kilkakrotnie w

zwolnionym tempie (klatka po klatce) analizowal slawetny

skok przez mur(ek).

Po obejrzeniu tego horroru, postanowil podzielic sie

z Wami jego obserwacjami, ktore zapewnie udziela Wam

odpowiedzi na wiele nurtujacych Was pytan.

.

Jak pamietamy oddzialy ZOMOwcow uzbrojone po piekne

zeby, zabarykadowaly sie w Stoczni Gdanskiej, aby pod

nieobecnosc stoczniowcow poplywac sobie na statkach.

Gdy wiesc ta dotarla do stoczniowcow, ci w przemoznej

trsce o funkcjonariuszy czym predzej ruszyli wszyscy razem

pod bramy stoczni , liczac na to ze zdaza zanim chlopaki im

jakis statek rabna.

Nie byloby w tym nic tragicznego, gdyby nie fakt,

ze z dokach stalo mnostwo nie dokonczonych jeszcze

jednostek I durne ZOMOwcy mogli rabnac statek np bez

dziobu I utopic sie nim zanim dotra do Szwecji.

W trosce wiec o zdrowie uzbrojonych emigrantow, tlum

stoczniowcow skandowal slowa pelne uwielbienia, ktore

mialy zdezorientowac ZOMOwcow w architekturze stoczni.

Po kilku godzinach wydzierania sie pod brama,

stoczniowcy uznali najwyrazniej ze czas sprawdzic co sie

dzieje we firmie I we w tym celu wybralii sposrod siebie

najbardziej dziarskich I dorodnych tusza (kaczynskich) i

zmusili ich aby kogos podsadzili aby przez mur(ek)

zagladnal.

Kaczynscy jak na gwaizdy filmowe przystalo,

dlugo wybrzydzali I wybierali posrod proponowanych im

kandydatow do lewarowania.

Ostatecznie zgodzili sie na Walese, ze wzgledu na jego

mizerny I durnowaty wyglad.

W koncu do funkcji peryskopu potrzeba jedynie paru

sprawnych organow.

Nie zamierzali jednak , zbytnio mu pomagac. Nie chcieli

sie zbytnio nadstawiac.

Lechu przebieral wiec niezgrabnie nozkami w powietrzu

nie mogac osiagnac odpowiedniego poziomu na ramionach

rozrosnietych gwaizd. Juz chcial sie wycofac ku uciesze

blizniakow, ale od strony tlumu nadszedl grozny pomruk.

W przyplywie desperacji wiec wykonal rekami cos na

ksztalt krzyza i z trudem wdrapal sie na ramiona roslych

Kaczorow.

Po dluzszej chwili udalo mu sie zlapac rownowage pomimo

tego, ze bracia stali spokojnie , w koncu nie takie numery

w zyciu juz robili.

Kiedy oni cierpliwie oczekiwali na relacje z gory,

ich czlowiek na gorze zamiast sie rozgladac, przez caly

czas wykonywal znaki krzyza I wydzieral sie : „wyzej,

wyzej!!!!“

W koncu nawet postawnym blizniakom palcow u nogow

zaczelo brakowac, wiec podrzucili go nieznacznie do gory,

a ten zamiast zlapac sie z a szczyt ogrodzenia,

wykonal kolejny znak krzyza i ……. wyladowal z drugiej jego

strony.

(alez ja to ladnie napisalem !!! bez zadnych wulgaryzmow ,

no, no…)

Tlum zamarl w milczeniu a wraz z nim zamarla historia

obalania komunizmu w Polsce.

Kaczynscy popatrzyli na siebie, zadziwieni wlasna moca.

Teraz wypadki potoczyly sie lotem blyskawicy a raczej

lotem Walesy.

(Na pamiatke tego lotu, imieniem i nazwiskiem jego pilota

bez licencji nazwano pozniej lotnisko w Gdansku – to musial

byc jedyny powod bo do dzisiaj nie rozumiem zwiazku

pomiedzy peryskopem a lotniskiem).

Tlum stoczniowcow z napieciem nasluchiwal oznak zycia

zza muru stoczni, w miejscu gdzie peryskop zmienil

funkcje I osiagnal glebe.

Nic … tylko cisza. W koncu po chwili odpowiadajacej trzem

zdrowaskom, uslyszeli delikatny szelest lisci.

Szelest zaczal przesuwac sie powoli wzduz muru w

kierunku bramy.

Stoczniowcy nie zmarttwychwstali jeszcze z przerazenia

podobnie jak historia.

Czyzby jakis wsiekly, bezpanski PIES ciagnal ich peryskop

po ziemii ???

„O biada nam „ – mysleli Kaczynscy. – „ jesli niedajboze

Lechu przezyje ta akcje, to dopiero bedzie wkur…ony…“

Postanowili wiec czym predzej podejsc pod brame stoczni

I ublagac jakiegos ZOMOwca, aby sprawdzil czy ich

koledze nic sie nie stalo.

Niestety, przy bramie nikogo nie bylo.

.

(Widocznie wszyscy jZOMOwcy juz sie zaokretowali).

.

A brama zamknieta na drut. A w calym tlumie

kombinatorow historii ani jednej pary kombinerek.

Nie bardzo wiedzac co w takiej sytuacji poczac,

Kaczory zaczeli juz typowac kolejnego chetnego do

zwiadu, gdy tymczasem cos szeleszczaco zblizalo sie do

bramy stoczni.

Dzielni stoczniowcy na wszelki wypadek odstapili pare

krokow.

Po drugiej stronie bramy obsypany lisciami ukazal im sie

Lechu. Caly i zdrowy. I usmiechniety od ucha do ucha,

ze tak dzielnie sie spisal I nie zginal smiercia haniebna

podczas uziemienia socjalizmu, ktorego dokonal absolutnie

sam przy pomocy jedynie swoich wasow.

Wraz znim prawie wszyscy stoczniowcy zaczeli wiwatowac.

Prawie wszyscy, Kaczory nie wiwatowali bo od tamtej

pory maja przerabane.

Ot I cala historia prawdziwa.

..

Don Giovanni zdawal sobie sprawe, ze pod rzadami

niedouczonego elektryka, ktory podskakuje jak mu zachod

elektrody przytknie, potrzebujemy na gwalt nowych rynkow

zbytu, bo nasz genialny elektroprezydent w pierwszych dniach

rezydowania (zanim jeszcze znalazl droge do toalety w palacu

prezydenckim…niestety zabraklo kolegow ze stoczni ktorzy by

do tam podrzucili) zniszczyl nam kilkusetletnie tradycje

wymiany handlowej z najwiekszym naszym zaborca I odbiorca

czyli Rosja.

Co wiecej…. zrobil to z duma i radoscia na twarzy co

swiadczylo o zaawansowanym debilizmie ekonomicznym

(bo na dywersanta potrzebna jest odrobina inteligencji).

Samozadowolenie minelo mu zaraz po tym jak odlaczyli mu

elektrody i ktos podpowiedzial, ze miejsce polskich firm

zajely natychmiast firmy z europy zachodniej.

Bez jednego wystrzalu odebrali nam taaaaaaaki rynek.

Na wszelkie reakcje bylo za pozno.

Zreszta w tym czasie Polska znajdowala sie takze w

szponach kolejnego geniusza ekonomii czyli Balcerowicza (na

szczescie musial odejsc…szkoda tylko ze tak pozno), ktory (za

„namowa“ EU oczywiscie, bo sam by na to nie wpadl) schladzal

lub raczej hibernowal doskonale rozwijajaca sie po 1989 roku

polska gospodarke.

.

(Mysle, ze skoro swiat w chwili obecnej jest tak przerazony

rosnaca potega Chin, mamy okazje zrobic na tym naprawde

doskonaly interes i wyeksportujmy im Balcerowicza, a on

rozpierdoli im gospodarke w tri miga i podporzadkuje Uni

Europejskiej.

Ciekawe czy Rzad Chin w przededniiu ich najwiekszego

rozkwitu I globalnej ekspansji wpadnie na ten genialny plan?

no ciekawe … Polacy na to wpadli…)

.

No ale wrocmy na afrykanska ziemie, po tym ogromnym

historycznym prze skoku i popatrzmy, co tez widzi zza

swojego krzaczora, okopany w bushu Don Giovanni.

W oczekiwaniu na lodpowiedz od rzadu polskiego, DG

postanowil jak najlepiej poznac kulture i obyczaje tambylcow,

aby uchodzic za fachowca I nie wyjsc na kompletnego Kolumba

lub walesajacego sie po palacu prezydenckim elektryka,

kiedy delegacja z Polski przyjedzie, aby mu wladze nad

Zimbabwe przekazac.

W tym celu zaczal wstawac bardzo rano i wnikliwie obserwowac

otoczenie.

Codziennie budzily Don Giovanniego przepiekne promienie

slonca wlewajace niewiarygodna ilosc energii nawet w jego

watle I nikczemnie leniwe cialo.

Jakiez wiec bylo jego zdumienie, kiedy patrzac przez okno

na ogrod obserwowal przesuwajacego sie ogrodnika

(zupelnie jakby po tasmie na litnisku jechal w kompletnej

mgle) z ugietymi kolanami, przygniecionego pod ciezarem

konewek pelnych wody.

.

Zdjecie okien w domu

.

Po dluuuuuuuuuuuuuuuuugiej chwili jakiej potrzebowal

ogrodnik aby przemiescic sie pomiedzy jednym oknem domu

a drugim, DG zobaczyl jak wlewa wode w rurki, ktorymi ta

wilgoc ma sie dostac prosto do korzeni roslin, bez mozliwosci

wyparowania w miedzyczasie.

Po wykonaniu tego skomplikowanego zadania, w tym samym

tempie, tak samo przygnieciony ciezarem choc tym razem

pustych konewek, ogronik wracal do kranu.

Uzupelnial wode za pomoca koncowki weza gumowego

oplecionego wokol tego wlasnie kranu.

.

(pare dni pozniej DG rozwinal tego gumowego weza i

okazalo sie ze jest wystarczajaco dlugi aby podlac rosliny

w najdalszym zakatku ogrodu, na co ogrodnik stwierdzil, ze

……nie zna angielskiego I dalej roznosill wode w konewkach

… co za szacunek dla pracy !!!!!)

.

Pod wplywem tak dynamicznie przewijajacego sie obrazu

DG od razu przechodzila ochota do jakiegokolwiek wysilku

fizycznego z myciem zebow wlacznie..

Poranna toalete ograniczal wiec do przeplukania ust I udawal

sie na przygotowane przez Maid sniadanie.

W tym czasie Artystka byla juz po porannej awanturze

z Coreczka, ktora nie mogla zrozumiec dlaczego jej mama

znowu zostawi ja na caly dzien tylko z tatusiem posrod

piasku i kaktusow.

Atmosfera wiec przy sniadaniach byla niezmienna niczym

slonce nad Afryka.

Zreszta DG tez nie bardzo rozumial na cholere przyjechal do

Zimbabwe I przyciagnal ze soba dziecko, skoro cale dnie

spedzali w domu i ogrodzie odcieci od swiata.

W Polsce pozostawili duzo wiekszy dom i duzo wiekszy i

ogrod, mase przyjaciol a Coreczka – kolezanek.

Ale przeciez przygoda czeka na nas tutaj !!!!! –

argumentowala Artystka I codziennie ok 10 rano odjezdzala

na jej spotkanie razem z Misjonarzem.

DG wraz z Coreczka pozostawieni na pastwe b ushu w

ogrodzie i porzarciu przez czarnych przodownikow pracy,

zaczynali dzien od uganiania sie za jaszczurkami pomiedzy

kaktusami, potem kiedy robilo sie za goraco nastepowala

przerwa w uganianiu.

Coreczka zajmowala sie przenoszeniem otoczenia na papier za

pomoca kredek lub farb a DG intensywnie uzupelnial elaktrolity

w organizmie zadajac sobie po raz setny to same pytania :

Z czego zbudowane sa dzieci ???

Skad ma toto tyle e nnergii ???

Czy niemogloby toto posiedziec grzecznie 10 godzin w

jednym miejscu a potem pojsc spac ??

Nie uzyskawszy jak zwykle odpowiedzi, zjadal w

towarzystwie Coreczki obiad przygotowany przez Maid,

potem jeszcze kilka godzin nic nierobienia i w srodku nocy

wracala Artystka z Mesjaszem przeszczesliwa, ze rodzina w

komplecie i ze tak wszystko pieknie s ie uklada.

.

Po paru wieczornych piwach w towarzystwie Mesjasza

odprowadzala go do bramy, po czym wracala na kolejna porcje

awantury tym razem z DG, bo Coreczka zasadniczo juz spala

wykonczona calodziennym upalem.

.

….. ale o tym za chwile.

No nie , nie jestem dzisiaj w stanie rozwinac lotnie zadnego z tych watkow, gdyz

napity juz jestem , bo piatek w nocy jest i kazdy normalny w Afryce o tej porze spi

pijany.

Noc w Afryce jest tak czarna, jest tak czarna ……. ze az czarna jest !

Wychodzisz na  zewnatrz aby sie wysikac i nie widzisz swojego konca.

Nie zeby on nie wiadomo jak  dlugi byl , tylko dla tego, ze czarno jest

 i nic ale to nic nie widac, kompletnie nic.

Stad sie wzielo powiedzenie, ze jest ciemno jak w d… u m…… Juz wiecie ?

No.

Wiec wyobrazcie sobie teraz, ze wlasnie w srodku takiej nocy, komletnie narabani macie

wracac samochodem do domu w srodku takiego bushu. Dla ulatwienia dodam, ze podczas

jazdy noca nawet jesli uzywa sie swiatel, to i tak nie zobaczycie czarnego biegnacego

na golasa po asfalcie , no chyba ze usmiechnie sie do was pieknie rozciagniety na

masce waszego samochodu.

Ktoregos dnia, po kolejnej (czwartek byl , wiec czwartej w tym tygodniu) imprezie,

DG wraz z artystka  wracali do domu. Godzina byla ok 1 w nocy.

Ciemno i ponuro dookola pomimo ze przez miasto jechali. Latarnie dookola wysokie.

Prad za darmo. Ale CIEMNO !!!!!!!!!! bo zarowki zakosili, wiec jakiez bylo

zdziwienie DG, kiedy dojezdzajac do skrzyzowania zobaczyl dzialajaca sygnalizacje

swietlna.

Jego reakcja byla natychmiastowa. (4 promile we krwi). Nadepnal na hamulec i w

spokoju oczekiwal az auto laskawie doplynie do miejsca zatrzymania.

Wypadlo to dokladnie na srodku skrzyzowania. Poniewaz DG generalnie stara sie

przestrzegac przepisow jakie by one nie byly, utknal na srodku nie bardzo wiedzac

ktore swiatla go obowiazuja w tamtej chwili.

Z tego calego rozmyslania coraz bardziej zamykaly mu sie oczy a kierownica

wydawala sie miekka niczym poduszeczka. I gdy juz juz przed oczami jego pojawily

sie rozowe plasajace slonie i hipopotamy i walenie , walenie wlasnie bardzo mocne w

okno samochodu wyrwalo go z objec Morfeusza.

Przytomnym (4 promile we krwi) wzrokiem popatrzyl w kierunku szyby o ktora

opierala  sie wlasnie czesc jego ciala i zobaczyl ….. nic….. czarno…. zupelnie nic !

Zobaczyl przyslowiowa „ciemnosc“.

I juz mial polaczyc swe silne ramiona ponownie z ramionami Morfeusza, gdy czarne

nic walnelo dwukrotnie w szybe.

„ what the fuck ? – pozdrowil ciemnosc DG i patrzac w szybe nic nie widzac zaczal

ja opuszczac.

Za szyba pokazala sie biala poprzeczna kreska. Wpatrujac sie w ciemnosc ponad

kreska DG dostrzegl czapke policyjna. I wtedy zaswitala mu genialna mysl

„POLICJANT !“ – ………….. mysl musiala byc z rodzaju genialnych, gdyz o tej porze

w bushu nalezalo oczekiwac kazdej mozliwej zwierzyny czworonoznej a nie

dwunoznego rozesmianego  policjanta.

„ no i czego on tak sie szczerzy ?“ – pomyslal DG – „przeciez policja w Zimbabwe

pracuje do 16 ! Zgubil sie w tym bushu po ciemku czy jak ? ale na pewno przed

switem go nie znajda jesli bedzie smutny 

„ co tu robisz ?„ – wesolo spytal policjant

„ jak to co ?“ – ledwo wybelkotal DG – „ stoje, nie widzisz ze pali sie czerwone

swiatlo ?“

„ Jedz ! kto cie bedzie pilnowal „ – blagal policjant

„ ok, ok „ – mamrotal DG probujac wyplatac kierownice sposrod guzikow koszuli.

W koncu uznal, ze nie ma co sie szamotac z martwa natura, bo jeszcze ich cos ZJE na

tym skrzyzowaniu i nie ogladajac sie za siebie (ani tym bardziej na boki) dodal gazu i

po 15 min doplynal bezpiecznie do bramy domu.

Zmija … kontra …. Zmija

  

 

DG po dojechaniu do bramy, zgodnie ze  zwyczajem rodezyjskim uruchomil klakson dwukrotnie

coby przywolac czarnego  pilota do bramy.

Niestety o tej porze chyba juz mial wolne i DG musial poprosic artystke aby byla tak niezwykle

uprzejma i otworzyla im ja na osciez.

Artystka wytoczywszy sie z auta cala swoja sila woli i godnoscia osobista zaparla sie

o szczebelki i przesunela kawal blachy od konca do konca.

DG mogl wjechac na posesje, co tez niezwlocznie (4 promile we krwi) uczynil i

szczesliwie wyhamowal przed garazem.

Zanim otworzyl dom, artystka byla juz zamknela brame wjazdowa i chlodzila czolo o

elewacje obok framugi.

Poniewaz pora byla jeszcze wczesna (jakies w pol do drugiej w nocy), DG

zaproponowal :

„ nie wiem jak ty, ale ja bym sie czegos napil i moze jeszcze jakis film obejrzymy ?“

artystka propozycje przyjela i zanim DG odpalil kino, wrocila do pokoju w

towarzystwie Johnny (Walkera) i coca coli.

„ i za to kocham Afryke !“ – pomyslal DG wychylajac duzego drinka (4,2 promila we

krwi) . Z filmu niewiele zapamietal , bo jego wzrok juz tak daleko nie siegal, ale

pamieta, ze w pewnym momencie Artystka zaczela wydzierac sie z bolu.

„ co jest ?!“ – zapytal troskliwie

„ chyba mnie waz ukasil w noge ? – wyla artystka

„no no, chyba trzeba ruszyc na ratunek“ – pomyslal DG i rozkazal sflaczalym swoim

miesniom aby zpionizowaly jego  zrelaksowane  cialo.

„ Jednym rzutem“ dotarl pod przeciwlegla sciane pokoju, gdzie na sofie rozposcierala

sie pieknie artystka. Jego delikatne dlonie ostroznie uniosly stope artystki.

Po obroceniu jej o  270 stopni czujne oczy DG dostrzegly dwa czarne punkciki.

I wogole cala noga od duzego palca po staw skokowy zrobila sie jakas taka ciemnawa.

Przy uzyciu scyzoryka  ktory sluzy mu na codzien do otwierania butelek, wiec jest sterylny,

DG rozpoczal delikatnie skrobac skore na stopie Artystki probujac zetrzec ciemny kolor.

Niestety, ten ciemnawy problem nie chcial dac sie zedrzec, najwidoczniej tkwil gdzies glebiej.

DG okiem fachowca  popatrzyl na zegarek (nie zeby byl zegarmistrzem tylko konczyl kierunek medyczny !)

i stwierdzil autorytatywnie, ze kontakt z wezem byl ponad 20 min temu, wiec gdyby

byl naprawde jadowity to artystka juz by nie zyla. Wiec skoro nie byl naprawde

jadowity, to DG ze spokojem nalal sobie kolejnego drinka i zwrocil sie do artystki :

„ bedziesz zyla… niestety“

i zduzgotany  zajal swoje miejsce na legowisku.

Nastepnego dnia rano, czarny ogrodnik laczacy w sobie funkcje pilota do bramy

widzac wkurzonego DG pijacego leniwie piwo na tarasie, podszedl na bezpieczna odleglosc

 (poza  zasiegiem szklanki) i powiedzial, ze rano znalazl zdechla zmije przy bramie.

DG uprzejmie podziekowal za ta informacje i zasepil sie na dobre. „ zmija zdechla,

artystka przezyla …..“ To zdarzenie polozylo sie cieniem na dalszym zyciu DG.

  

Ale zanim kompletny cien przeslonil piekne afrykanskie slonce,
DG postanowil sie „przesiasc „ na cos mocniejszego (whisky z cola) bo juz poludnie
sie zblizalo i niedlugo po Corke do szkoly bedzie trzeba jechac.
Wiadomo ze od zbyt duzej ilosci piwa muli bardzo i mozna w spiaczke popasc i
spoznic sie do szkoly a w afryce spozniac sie nie wypada.
Nowy trunek wstrzasnal mocno DG potem nim zamieszal i nagle ….EUREKA !!!!!
OLSNIENIE !!!!  DG rozszyfrowal enigme.
Odgadl zagadke niesmiertelnosci artystki !
To bylo taaaaaaaakie proste, wlasciwie kazdy z nas moze to zastosowac i moze efekty

beda podobne. I po raz kolejny drogi myslowe DG skrzyzowaly sie z kosciolem.

Wniosek byl prosty. „Whisky is the best !!!“…. no, nie nie ten, ten ponizej :

„Bz…kaj ksiedza bedziesz niesmiertelna“

  

 

Te radosc przeslonila natychmiast inna mysl.

„Maja nadal nade mna zdecydowana przewage“ – posmutnial DG -…………….

„Nie ! Wrecz przeciwnie ! Klatwa przestala dzialac ! Zwrocilem kosciolowi to co na

mnie zeslal !!!!! Pokonalem ich ich wlasna bronia „– wyl dla odmiany z radosci DG, jego stan 

emocjonalny byl coraz mniej stabilny, ale najwazniejsze, ze …..

….Jego  DUSZA zostala UWOLNIONA ! – oszlaly ze szczescia, postanowil podzielic sie

natychmiast ta dobra nowina z kimkolwiek, wiec przywolal ogrodnika, poczestowal

piwem i zaczal opowiadac swoja historie. (historia nie byla zbyt dluga ale DG i tak

sie strasznie streszczal zdajac sobie sprawe ze jak tylko piwo sie skonczy to sluchacz

bedzie chcial nastepne…)

a oto ta historia :

Lat temu kilkanascie (jeszcze za czasow komuny) kiedy to DG podejmowal zyciowe

decyzje o sposobie zarabiania na zycie , w jego glowie byly tylko 2 mozliwosci :

- wziac w ajencje radar policyjny, lub

- wydzierzawic kosciol

W pierwszym przypadku skonczylo sie na 24 godzinach na dolku a w drugim na

nalozeniu klatwy do konca zycia.

DG dlugo nie mogl sie pogodzic z wykleciem z kosciola. Z odcieciem go od takiego

zrodelka.

Piwo sie skonczylo.

Shit. W takim tempie to skrzynka bedzie malo !

Odeslal wiec ogrodnika do naroznika i sam, delektujac sie zwyciestwem przezuwal

przemyslenia na temat naszych „zwiazkow“ z kosciolem.

Z tych przemyslen powstala ….. rozprawka o :

 

Tarzan Jerry 03/02/2010

   
Dajmy teraz artystce i dyrygentowi skupic sie na tworzeniu kolejnej opery i kosztow

i z okazji dzisiejszych urodzin przyjaciela DG, rozpocznijmy nowy watek, ktory w

ramach prezentu dedykuje Jerremu Tar-zanowi (bo na nic innego mnie w tej chwili

nie stac).

Zanim ruszymy w podroz z DG i Jerrym, chwilka na rozped.

Cofamy sie do maja 2007 roku.

Otoz artystke deportowano z Zimbabwe i nawet na lotnisku nie chciano ogladac jej

bladej twarzy, wiec kiedy pewnego dnia uciekla do Europy zostawiajac w Bulawayo

dom i zgromadzony przez lata dobytek, to juz nigdy wiecej tam nie powrocila.

DG zal bylo tego wszystkiego, poza tym otworzyl tam w miedzy czasie firme i

postanowil przeleciec sie do domu w Afryce, zeby „porzadek“ z tym wszystkim

zrobic.

Na swoj wyjazd zaprosil przyjaciol : Jerrego i Dane.

Trzeba dodac ze, Jerry pomagal artystce bezinteresownie wiele lat , tylko dla tego, ze

w towarzystwie DG lepiej mu wodka smakowala.

Bez jego pomocy w firmie artystki nie dzialalby nigdy zaden komputer i ani zadne

inne informatyczne rzeczy.

Tak wiec artystka pelna wdziecznosci za pomoc zabronila kategorycznie aby

przyjaciolka Jerrego leciala z nimi.

Na pierwszy rzut oka wydaje sie to niemozliwe, prawda ?

Jak mozna czegos komus zabronic ? Tym bardziej ze ani to brat ani swat.

A jednak ! taka jest artystka prawdziwa !

Dotad robila awantury, dotad sie darla, dotad przeklinala, dotad plakala , ze :

„ to jest jej Zimbabwe ! i nikt niegodny nie ma prawa tam leciec !

to jest jej Afryka, jej dom , ona tam sie „urodzila“ i nikt nie ma prawa tego brudzic ! „

Nie rozumiejac kompletnie jej argumentow, ale dla swietego spokoju Jerry z DG

ustalili ze leca sami a DG musial zwrocic Danie pieniadze za bilety lotnicze.

Wyszlo jak zwykle po mysli artystki czyli kilkakrotnie drozej.

Artystka nie mogla sama zwrocic kasy poniewaz i tak zrobilaby to z pieniedzy DG.

Nawet jej to zreszta do glowy nie przyszlo.

Wiec szczesliwi wlasnym „samczym“ towarzystwem postanowili urozmaicic sobie

podroz i zamiast leciec na miejsce samolotami, podroz swa na skrzydlach Boeninga

przerwali w Johannesburgu z mysla o kontynuowaniu jej dalej autobusem.

Tu w Joburgu w towarzystwie prawdziwych Burow, spedzili caly dzien kosztujac

pierwszych smakow Afryki.

  

Smaki i zapachy byly cudowne i wygladalo na to, ze DG i Jerry juz sie zahaczyli i

gotowi byli dluzej zabalowac, wiec zaprzyjaznione (g)Bury odwiezli ich czym

predzej na dworzec autobusowy w samym srodku Down Town’u.

Na pytanie czy tu jest aby bezpiecznie, odpowiedzieli ze wlasciwie tak ale na wszelki

wypadek DG z Jerrym musieli wysiadac w biegu.

Po rozejrzeniu sie dookola biale globtrotery stwierdzili, ze faktycznie wyglada

bezpiecznie zupelnie jak na Bronksie , 20 lat temu.

Zcisneli wiec mocniej torby i pewnym krokiem zdobywcow dla postraszenia

ewentualnych amatorow cudzych walizek ruszyli w kierunku postoju autobusu.

Gdy dotarli (na godzine przed odjazdem) on juz stal.

Majestatyczny, dumny, komfortowy. No i klimatyzowany – to najwazniejsze.

Prawdziwy GREYHOUND.

Do pokonania bylo 700 km i jedna granica – wiec caly dzien jazdy. Ale w takich

warunkach szlo to jakos przezyc.

    

Wiedzac, ze ich jazda bedzie od jednego konca do drugiego zajeli strategiczne

pozycje na samym tyle. Juz sie cieszyli, ze caly rzad siedzen bedzie tylko ich i ze

beda sie mogli wygodnie wyciagnac, gdy przyszedl kierowca i powiedzial, ze tu

siedziec nie moga bo to miejsce jest dla bagazy.

A w autobusie nie bylo juz zadnego wolnego miejsca !

DG popatrzyl wiec na kierowce swoimi niebieskimi oczami i kierowca sobie poszedl.

Za to za chwile przyszli bagazowi i wszystkie wolne przestrzenie w autobusie upchali

torbami, waliskami i kartonami.

To ziomale z Zimbabwe wracali do swoich, wiozac co tylko sie da.

Zupelnie jak u nas kiedys na „Wschodnim“

  

Tak wiec dobrze zabezpieczeni z kazdej strony ruszylismy w droge.

Biorac pod uwage fakt, ze w autobusie bedzie toaleta ale napewno zamknieta (co

potwierdzil w pierwszym komunikacie kierowca) DG i Jerry postanowili nie brac na

droge piwa tylko czysta wodeczke.

Do granicy z Zimababwe dojechalismy w miare szczesliwie z jednym tylko postojem

na tankowanie i sesje zdjeciowa chlopca z obslugi stacji, ktory koniecznie musial byc

sfotografowany przez bialych. Pewnie liczyl ze go w jakiejs encyklopedii umiescimy.

Co mu zreszta obiecalismy i przestal sie czepiac zderzaka.

  

Na granicy obowiazkowo zakupy w Duty Free (pare litrow whisky) i juz prawie

mielismy przejechac na druga strone, gdy do autobusu wsiadl jakis czarny w czapce i

kazal wszystkim wysiasc. A dopiero co wsiedlismy

My biale baranki juz potulnie zbieralismy sie do wyjscia , gdy nasz kierowca

powiedzial ze to zalatwi i wyszedl. Za chwile wszedl jakis czarny boy z duzym

workiem na smieci i powiedzial, zeby kazdy cos tam wrzucil dla celnika to „szybciej

pojdzie“. Na pytanie ludzi ze nie maja pieniedzy, odparl zeby wrzucac cokolwiek.

Wiec poszly w ruch kieszenie i torebki damskie.

Jedni wrzucali papierosy na sztuki, inni cukierki, ktos wlozyl kartonik z napojem inny

znowu oddal skarpetki, my solidarnie dalismy po batoniku na oslode ciezkiej pracy

celnika i jeszcze zanim chlopak zamknal drzwi, autobus ruszyl.

  

Trzeba bylo przyznac ze autostrady w RPA (Sud Africa) sa naprade dobre.

No i te po stronie Zimbabwe tez. Ale mimo wszystko wyczuwalo sie roznice

podobnie jak wyjezdzajac ze Szwajcarii do Niemiec.

Zeby jednak przybyszow zbytnio nie rozpieszczac jakies 30 km za granica, kolega

Mugabe kazal zwinac jeden pas drogi i od tej pory jechalo nam sie weziej.

Noc zapadla. Ciemna . wiekszosc pasazerow obejmowala sie nawzajem myslac ze to

Morfeusz a my zmeczeni podziwianiem ciemnosci konczylismy nocne Polakow

rozmowy. W pewnym momencie autobus sie zatrzymal w szczerym bushu.

  

Drugi kierowca wysiadl i autobus zaczal cofac. Trwalo to dobre kilka minut,

podczas ktorych powstala cala masa teorii np: Ze przejechali cos na drodze i teraz

wracamy zeby sprawdzic czy zyje, a na wypadek ze moglo byc duze wracamy

wszyscy….

Albo ze : chlopaki zasneli i wjechali w jednokierunkowa…….. :)

 

ta wersja podobala sie DG najbardziej.

Albo ze : nas porwali (pewnie piraci somalijscy) i teraz cofaja nas do kryjowki a od

jutra beda nas wymieniac na kase albo inne gadzety.

Ta wersja DG podobala sie najmniej, gdyz nikt nie wiedzial o ich podrozy autobusem

wiec pewnie o nich nie beda rozmawiac tylko zrobia z nich kanapki.

A dookola taaaaaaaaaak ciemno. Kazda proba ucieczki w nocy jest bez sensu, bo jesli

teren jest obstawiony czarnymi na golasa i tak nie mieli szans.

Po ktorejs kolejnej wersji , kierowca widocznie mial dosc i zatrzymal autobus.

Wtedy do srodka wskoczyl drugi kierowca targajac przed soba ogromny ciemny

plecka Jerrego.

„What the fuck !“– obudzil sie Tar-zan

„Zgubili moj plecak, wypadl im z luku bagazowego…“ – powtarzal jak mantre,

podwijajac rekawki u koszulki polo.

„no ale przeciez znalezli, wiec juz daj spokoj czarnemu i tak cud ze go zobaczyli i ze

jeszcze czekal i ze go nie przejechal cofajac…“ – uspokajal go DG, trzymajac na

wszelki wypadek za nogawke.

Co do tego ostatniego stwierdzenia nie bylo jednak pewnosci, bo plecak wydawal sie

byc jakis taki klapcaty. Ale moze nam sie tylko wydawalo.

Od tej pory juz bez zadnych przygod w srodku nocy dojechali do Bulawayo.

Na miejscu czekal juz przyjaciel i samochod i po niedlugiej chwili chlopaki brali

prysznic w afrykanskim domku. Brali go oddzielnie jakby ktos pytal.

A po chwili nastepnej po szybkim drinkusiu lezeli w objeciach Morfeusza….

kazdy swojego jakby ktos pytal.

Tutaj zrobimy maly skok w czasie i przestrzeni, niczym skok na bungie z mostu na

Zambezi i przeniesiemy sie do Victoria Falls, dokad DG z Tar-zanem i trojgiem

ciemnoskorych przyjaciol wybral sie na 3 dni na wywczasy.

Zastaniemy ich w chwili gdy urozmaicaja wlasnie gosciom hotelowym wieczorny

posilek, udowadniajac, ze w Polsce w dobrym zwyczaju jest wykapac sie w stumyku

hotelowym w trakcie kolacji.

Poloneza czas zaczac czyli tance hulanki swawole w srodku getta.

  

Czujac, ze kapiel w hotelowym wodospadzie spowodowala zdecydowany spadek

promili we krwi oraz zaczelo sie dodatkowo zciemniac, wiec towarzystwo (DG , Tarzan,

Lynus i jego dwie kobiety) udalo sie w kierunku Lodge celem przebrania w cos

suchego i wprowadzenia do wewnatrz czegos mokrego.

Na miejscu okazalo sie, ze biali (madrale) przyjachali na 3 dni tak jak stali i jedyne

czym dysponowali w miare suchym to byly reczniki.

Na szczescie z drugim powodem powrotu do domku hotelowego bylo lepiej i

okreceni w reczniczki delektowali sie polaczeniem amerykanskiego mitu z rosyjska

rzeczywistoscia czyli Smirnoff z Cola.

Zestawik mocno postawil towarzystwo na nogi, a Don Giovanniemu zawsze w takich

momentach zbiera sie na danse, wiec postanowili pojechac do najblizszej dyskoteki.

Oczywiscie samochodem. Bo najblizsza „prawdziwa“ dyskoteka znajdowala sie

z centrum getta jakies 10 km stad.

Samochodem podjechalismy dosyc blisko do wejscia wlasciwie to na odleglosc

sznurowadel bramkarza. W koncu to byl jedyny samochod w okolicy.

Wiec powinien stac blisko aby go ochrona pilnowala.

Ta czarna dyskoteka najlepsza w gettcie przypominala remize gdzies z pcimia, ale to

bylo malo istotne, wazne ze piwo zimne sprzedawali a muzyka dudnila nawet na

zewnatrz dajac szanse czworonogom przylaczenia sie do imprezy.

Czarny bramkarz w czarnych drzwiach do czarnej dyskoteki wybaluszyl biale slepia

na golasow.

„ no i czego sie gapisz ?“ – spytal uprzejmie DG – „ bialych nie widziales ?“

po chwili rechoczac na cale gardlo wyksztusil

„ zywych nie, tylko w internecie“

i dalej zrywal z nas boki… ale pozwolil sie wtoczyc do srodka

potem DG domyslil sie o co mu chodzilo…..

reczniczki mieli dosyc kuse ale i tak nic spod nich nie wystawalo :)

 

przechodzili wiec czarnymi korytarzami wyczuwajac ze wzdluz nich stoja

imprezowicze, kiedy dotarli juz do glownej sali (duza byla i oswietlona calkiem

dobrze) pelnej ludzi zauwazyli „pewne“ zainteresowanie ich osobami.

Czarni plci meskiej i zenskiej spogladali ze zdziwieniem i zainteresowaniem

(zupelnie jak boa dusiciel w burdelu na widok kroliczka : sniadanie czy klient ?).

Tar-zan Jerry i DG nie dajac po sobie poznac, ze czarni maja przewage liczebna nad

bialasami ustalili, ze beda sie przemieszczac tylko plecami do siebie i bron boze nie

beda sie schylac pod zadnym pozorem.

Tak dziwnie spojeni przepchali sie przez tlum ubranych czarnych do baru.

Nie bylo to zreszta trudne bo na ich widok wszyscy i tak sie rozstepowali (ale uzycie

w tekscie slowa „przepchali“ znacznie wzmoglo dramaturgie u czytajacych).

Nie czuc bylo w nich agresji raczej zainteresowanie istotami jakby z innej planety.

Przynajmniej tak to na poczatku DG sie wydawalo.

Prawda byla bardziej okrutna i kosztowna. DG zamowil w barze 10 piw (po 2 dla

kazdego) i przekazywal je po kolei Jerremu opartemu o jego plecy.

Ten podawal je dalej za posrednictwem uprzejmych ludzi stojacych miedzy nami a

naszymi przyjaciolmi, ktorzy zajeli pozycje przy jedynym wolnym stoliku.

Po zaplaceniu za ostatnie piwo DG odwrocil sie i wydarl sie w kierunku stolika.

„ macie wszystko ?“

„jakie wszystko ?“ – Lynus ze zdziwienia rozkladal rece…

hmmm , znaczy sie cale piwo wsiaklo po drodze FUCK,FUCK,FUCK

„ komu podawales piwo ?“ – spytal wiec Jerrego

„ dalem jakiemus czarnemu i powiedzialem zeby zaniosl do stolika, ale zaraz go

znajde, bo przeciez zbyt wielu czarnych tu nie ma …. „ – odparl Jerry i rozpoczal

zagladanie w kazda ciemna twarz na sali.

Shit !

DG zlowieszczym wzrokiem popatrzyl dookola. I tu szok ! Zdumienie ! zadna para

bialych oczu nie patrzyla w ich strone. Chocby ktory zerknal przez sekunde.

DG od razu mialby winnego ! A tu nic . Zupelnie jakby zadnego nawet kulawego

bialego nie bylo na sali. Stracili zainterowanie. Biedaczki.

DG zly na siebie ze 10 piw rozplynelo sie w nie jego ustach zamowil kolejne 5 bo tyle

byl w stanie uniesc. Trzymajac je juz dzielnie w garsci ruszyl w kierunku przyjaciol.

I gdy byl juz tuz tuz bo w polowie drogi do stolika, poczul jak mu recznik zsuwa sie

na podloge.

„Szlag by to … ! tego juz za wiele ! – wkurzyl sie DG – „jak postawie na sekunde

piwo na podlodze to go zakosza. Jak pozwole zeby spadl recznik to reszte nocy

spedzam zupelnie na golasa. Fuck !“

Ale wyboru nie bylo.

„najwyzej recznik Jerrego podzielimy na chusteczki do nosa i jakos to bedzie“ –

zdecydowal DG (jak kazdy bialy Polak na jego miescu) i przyspieszyl kroku.

Decyzja byla absolutnie sluszna chociaz podjeta w niezwykle krytycznej sytuacji.

Na szczescie (dla DG oczywiscie) , recznik zatrzymal sie na wloskach, ktore wlasnie

zaczely odrastac DG na brzuchu i pupie po przedwczorajszej depilacji.

UFF ! – jeknal DG i postawil 4 piwa na stoliku , a piate wypil jednym duszkiem.

Czul jak cudowny chlod zalewa jego rozgrzane od emocji wnetrznosci.

Jak cudowna gorycz zmienia smak w jego slodkich ustach.

„Ok, no to jeszcze po jednym i idziemy tanczyc „ – zarzadzil DG

W tym czasie wrocil juz takze Jerry po wizytacji i stwierdzil, ze jakis czarny na

peeeeeeeewno sam sie przyzna tylko musimy troche poczekac.

DG nie bardzo zlapal o co chodzi Jerremu, czy ten nie powiesil przypadkiem

„jakiegos czarnego“ do gory nogami i mamy czekac, czy tez jak ten „jakis czarny“

wypije wszystkie piwa to od razu sie zdemaskuje.

Tak czy siak proces zapowiadal sie dlugi a w tym czasie mozna byloby sobie

potanczyc.

Muzyczka jak to w dyskotece na 500 osob przygrywala skoczna, z boom boxa

wzmocnionego radiem DIORA na 2 kolumnach z samochodu, ale najwazniejsze ze

wszyscy prawie tanczyli.

Prawie , bo wlasciwie tanczyli sami faceci. Kobiety byly zajete odganianiem sie od

facetow wiec nie bardzo im te plasy wychodzily.

Ale jak na prawdziwa czarna dyskoteke przystalo na 300 facetow byly ze 4 kobiety w

tym 2 nasze.

A poza tym taniec w Afryce wyglada jakos inaczej niz w Europie.

Wszyscy tancza z twarzami skierowanymi na scene, gdzie na podwyzszeniu plasaja

zespoly czarnych nadajac ton imprezce. Zmieniaja sie co pare minut i DG

z niecierpliwoscia czekal na swoja kolejke.

Jednoczesnie z kazda chwila czul coraz wiekszy luz w kolanach a wysokosc sceny

zaczela siegac niebios.

Nie czekajac wiec juz ani chwili dluzej, zacisnal recznik na biodrach i wskoczyl na

scene wprost w srodek kolejnego boys bandu.

Chlopcy przyjeli go dosyc oschle, ze niby chce sie nauczyc a potem im robote

odbierze,

Wiec zeby rozwiac ich watpliwosci i nawiazac przyjaznie nowe, zabral sie od razu za

nauke poloneza i mazurka w rytmie afrobitu.

Kazal sie chlopcom wziac za rece, to samo pokazywal w kierunku sali aby inni tez od

razu skorzystali, i wskazal kierunek poruszania dookola sceny.

Troche to przypominalo taniec wokol ogniska, wiec chlopaki przynajmniej kierunek

poruszania zlapali od razu.

Z reszta bylo gorzej. Ni cholery nie mogli zlapac tych pedalskich nachylen w

polonezie i DG musial je zastapic „przybiciem piatki“ aby przynajmniej rytm sie

zgadzal. Patrzac na swych nowych przyjaciol, jak morduja sie probujac wyciagac

paluszki u stop do przodu, pomyslal ze ten kto wymyslil ten taniec to w zyciu nic o

tancu nie slyszal i obca byla mu jakakolwiek ruchowosc poza wstawaniem z lozka i

siadaniem na kiblu.

Widzac jak nasz polski narodowy taniec jest okrutnie kaleczony przez barbarzyncow,

poczul sie niczym Krzysztof Kolumb probujacy nauczyc indian pierwszej

„zdrowaski“ . Wyprezyl sie wiec patrzac na swoje dzielo, a jego biala klatka

piersiowa zafalowala dumnie.

„No dobra, chlopaki…. pocwiczycie to w domu, a teraz cos lzejszego dajmy na to

goralskiego ! „ – i pokazawszy krok podstawowy DG poczul, ze juz czas na niego.

Poklonil sie wiec pieknie wszystkim i przez nikogo nie zaczepiany opuscil dyskoteke

w celu znalezienia samochodu.

Zeszlo mu sie chwile, bo dalby sobie glowe obciac i wszystkie czlonki, ze zostawil go

z innej strony wejscia ale szczesliwie dostrzegl go dzieki polyskujacej w blasku

ksiezyca snieznej bieli lakieru. I to byla jakby ostatnia rzecz, ktora byl dostrzegl tej

nocy.

Jeszcze dobrze nie oparl sie o kierownice, kiedy reszta towarzystwa siedziala w aucie.

Odpowiedzialny za ich bezpieczenstwo DG cala droge do hotelu przejechal nie

przekraczajac 80 km/h. Tak mu przynajmniej opowiadali nastepnego dnia. Podobno

jechal dobrze, przepisowo a to ze inna strona drogi to nie mialo znaczenia bo o tej

porze i tak nikt normalny nie jezdzi.

Od parkingu do Lodge bylo jakies 30 m pieknego trawiastego dywanu. I to miejsce

DG postanowil wybrac jako pierwsze na swoje spanie.

Na uwage Lynusa, ze lepiej w domu bo w nocy dzika zwierzyna blisko podchodzi,

burknal tylko „ no niech tylko podejda !“ podlozyl sobie reczniczek pod glowe (zeby

mu nikt ostatniej suchej rzeczy nie ukradl) i zasnal tuz przy przednim kole

samochodu.

Noc byla niespokojna , budzil sie wiele razy ale najwazniejsze bylo to ze z kazdym

przebudzeniem dom byl jakby coraz blizej.

Az w koncu o swicie, kiedy kolejne przebudzenie wypadlo na schodach domu,

niczym kon poczul stajnie i galopem wpadl do swojego lozka.

No nie bylo szans aby sie wymeldowac o godzinie 11.

DG „skonsultowal“ wiec swoja opinie i wszyscy jednomyslnie postanowili zostac

jeszcze kilka dni az wytrzezwiejemy.

Po kolejnych 4 dniach, kiedy to DG zupelnie juz starcil nadzieje, ze kiedykolwiek to

nastapi, w przyplywie przeogromnej odwagi , zadecydowal : „ pakujemy sie…

wracamy do Bulawayo“.

Pakowanie nie trwalo dlugo jeszcze tylko sklep i obowiazkowa skrzynka piwa na

droge i wyruszyli.

Jedyne 400 km. A pierwszy bar dopiero po 200.

Zanim jeszcze DG wrzucil 4 na prostej, juz mial dosc i zaczal sie modlic o koniec

podrozy. Udawal jednak dzielnego i w sumie po drugim piwie juz mu przeszlo i

zaczal jechac nawet po slusznej stronie drogi.

Droga przebiegala leniwie, naprawde nie ma co opisywac.

Krajobraz raczej gorzasty to znaczy co chwila wystajaca nie wiadomo skad i po co -

samotna gora, do tego czarna i lsniaca granitem niczym nagrobek.

 

DG jechal ze stala predkoscia i oczami stale wlepionymi w horyzont, bo kazdy

blizszy obraz natychmiast rzucal mu sie na twarz.

Jakies 100 km od startu, droga zaczela sie wznosic mocno do gory aby po

przelamaniu lagodnie ale zdecydowanie opadac w dol (no pewnie ze w dol sie opada !

chociaz po zimbabwanskiej gandzi bywa odwrotnie)

DG postanowil popuscic cugle i autko cudownie nabralo predkosci przekraczajac

niewiarygodny wynik 110 km/h.

Upojeni predkoscia (i nie tylko) wycieczkowicze radosnie suszyli zeby w pedzie

cieplego powietrza. Ach jak cudownie !!! Sielanka.

Z tego wszystkiego cudownego DG juz zaczal nawet przysypiac gdy nagle w oddali

na drodze zobaczyl cos szarego. Na poczatku pomyslal ze to jakas zwierzyna

wypelzla na asfalt tylko dlaczego nie ucieka na dzwiek klaksonu.

Po chwili gdy postanowil jednak zfokusowac swoj wzrok, dostrzegl policjanta

mierzacego do niego na srodku drogi.

„ no nie , nie wyhamuje… za chinskiego“ – i zaczal wymachiwac przez okno rekami

aby tamten zlazl z drogi.

Zupelnie niepotrzebnie, bo jak wiadomo oni maja to we krwi czego my bialasy nie

nauczymy sie nawet gdyby nas czolg kilka razy przejechal.

W wyniku tego wymachiwania rekami auto z podroznymi mocno zwolnilo a

ogromne doswiadczenie DG w kierowaniu pojazdami umozliwilo mu zatrzymanie go

na poboczu jakies 20 cm od rowu i 200m za policjantem.

Teraz najtrudniesza czesc zadania. Trzeba wysiasc z auta i dojsc do policjanta.

O cofaniu samochodem nie bylo mowy, bo to dodatkowe paliwo a benzyne mielismy

obliczona tylko w jednym kierunku.

DG dwa razy sie zastanowil czy aby napewno mu sie chce, czy nie lepiej jednak

jechac dalej ale towarzystwo postanowilo sie wysikac i od dluzszej chwili szukali

klamki w samochodzie.

„no dobra „ – pomyslal – „zanim oni zalatwia sprawe to i ja zalatwie sprawe „

zebral sie wiec w sobie i z usmiechem ropuchy poszedl na spotkanie wladzy.

A wladza w osobach 2 policjantow i jednej policjantki wygrzewala sie w sloneczku

oparta o radiowoz.

„saubona muchacha y muchachos“ – chcial zaimponowac znajomoscia jezykow DG

nie wiadomo czy wlasciwie oni cos zrozumieli poza saubona, ale usmiechali sie

przyjaznie wiec bylo ok.

„dokad tak sie spieszysz ?“ – zaczelo sie przesluchanie

„jak to spiesze ? ledwo sie toto toczy …“ – odpowiedzial DG wskazujac za siebie

reka.

Od tego dynamicznego ruchu zrobilo mu sie troche slabo wiec wsparl sie natychmiast

o maske tuz obok samego szefa druzyny.

„ a skad wiesz ile jechalem ? „ – postanowil zaatakowac DG

„ aaaaaa popatrz tylko …..“ – policjant radosnie wyciagnal suszarke zza plecow.

Na displeju aroganco poblyskiwal wynik 120 km/h .

„ i co ? to twoja predkosc ?“

„tez mi predkosc ?“ – Dg probowal olac sprawe….

„no tak ale tu jest dozwolone 50km/h …. nie widziales znaku ? tam….. za gorka ?“ –

tlumaczyl nie przestajac sie szczerzyc policjant.

DG pomyslal, ze nawet gdyby cos widzial to i tak pewnie by nie dostrzegl, ale to

chyba nie byla najlepsza linia obrony wiec zaczal z innej beczki :

„ 50/h ! w dzikim bushu ! Zwariowales ! z taka predkoscia nie uciekniesz nawet przed

spiacym hipopotamem ! „

Policjant przez dluzsza chwile zastanawial sie nad slowami DG po czy juz mniej

wesolo odparl „ ale tu jest miasto…a w miescie jest 50/h musisz zaplacic mandat a jak

nie to cie zabieramy do sadu“.

DG blednym wzrokiem rozejszal sie dookola. Gdzies w oddali pomiedzy krzakami

widac bylo dwie bomy (bushowe domki). Po zatoczeniu kola wzrok DG ponownie

spoczal na oczach policjanta.

Czy on sobie jaja robi ? W Polsce byl ? MISIA sie naogladal ?

„ no…. miasto jest …“ – wymamrotal DG – „ ale znaku o miescie i o limicie pradkosci

nie bylo …..naprawde „

„ znaki rano jeszcze byly , ale sam wiesz jak to jest w Afryce ….“ – ze spokojem

kontyuowal czarny – „ to jak placisz ? czy jedziemy do sadu ?“

Juz na sama mysl o spedzeniu kilkunastu godzin w sadzie po to aby dostac 20$

grzywny DG zrobilo sie slabo.

„ no , dobra ile chcesz ?“ – zapytal szefa

„ no a ile bys zaplacil za to samo u siebie w kraju ?“ – uslyszal pytanie w odpowiedzi

„Coz za brak dobrych manier ! no ale w sumie dosyc inteligentnie“ – pomyslal DG –

(gdyz mandaty w Zimbabwe po przeliczeniu wg kursu czarnorynkowego wynosily od

3 groszy do 3 zl., ale mogly osiagnac nawet 100$ jesli akurat sie turysta trafil)

a poniewaz DG pomimo 2 tygodni pobytu nadal wygladal na turyste a nawet tak

pachnial dzisiaj , wiec dumal dalej :

„Wlasciwie to po cholere ja sie targuje ? a w dodatku coraz bardziej pic sie chce !“

bez wychowania wiec odpowiedzial :

„ dogadamy sie, ide po kase, chcecie piwko ?“

Druzyna oczywiscie nie odmowila i pozbawila nas bezcennych 3 butelek zlocistego

slinodajnego plynu.

Po dojsciu do samochodu DG poprosil wszystkich zeby wyciagali z kieszeni co tam

maja bo mandat bedzie duzy. DG powiedzial wszyscy chociaz mial na mysli tylko

siebie i Jerrego Tar-zana, ale chcial uswiadomic swoim czarnym przyjaciolom ile

bedzie kosztowala ta ich szybka jazda i zeby na nastepny raz zwolnili.

Zanim wycieczka zrobila zrzutke, DG zdazyl wypic piwko i nawodniony opadl bez sil

na fotel.

„Jerry idz ty , ja juz nie dam rady „ – prosil blagalnie DG „ daj mu ta kase i piwo i

wracaj „

Na Jerrym zawsze mozna bylo polegac w trudnych chwilach. Dopil piwo zlapal

azymut i mniej wiecej po prostej osiagnal cel.

Wreczyl policjantowi pieniadze, poczestowal piwkiem i zatoczyl sie zgrabnie

z powrotem.

„ oddales mu cala kase ? „ zapytal DG

„ no …tak… tak jak mowiles „ – tlumaczyl sie belkotliwie Jerry

„cholera , idz i zabierz mu polowe , bo nie bedziemy mieli na piwo po drodze …“

Jerremu nie trzeba bylo 2 razy tlumaczyc, nabral wiatru w podkoszulke i podryfowal

w kierunku uszczesliwionego policjanta , ktory caly czas jeszcze liczyl kase.

W sumie dostal przeciez 3 miesieczna wyplate, o zgrozo, o rozpusto, o tepoto…….!!!!

Bez slowa tlumaczenia Jerry Tar-zan podszedl do policjanta, wyjal mu z rak

pieniadze, zlozyl w jedna kupke, po czym na oko podzielil na 2 czesci i jedna z nich

oddal policjantowi, ze slowami : „ nie bedziemy mieli na piwo po drodze…“

Policjant ze zrozumieniem i wdziecznoscia usmiechnal sie pieknie,

….w koncu i tak byl niezle zarobiony.

No, dobra, troche zbyt dlugi ten postuj wiec jedzmy juz, aby w nastepnej czesci story

dojechac z powrotem do Bylawayo.

              

Z pieknej Afryki przepojonej cudownymi zapachami i przygodami wracamy niestety do naszej szarej rzeczywistosci, do Polski targanej konfliktem drobiowym (palacowym)  i zasmradzanej palonymi przez stoczniowcow oponami (recycling ala polako)

I przez uchylone okienko telefonu komorkowego zagladamy w sam srodek „zamydlonej opery“ gdzie to artystka byla uprzejma wykonac polaczenie telefoniczne do DG i glosem mocno nadwatlonym wydzieraniem sie na Dyrygenta oznajmila placzliwie :

„ …jestes podlym czlowiekiem, osiagnales to co chciales, zniszczyles wszystko, nienawidze cie, jestes podlym czlowiekiem… „

w tym miejscu DG slyszac ze jakby tasma sie zaciela postanowil przyjsc z pomoca i wypowiedziec swoje argumenty. Jak zwykle mowil glosem lagodnym, pelnym troski i zmartwienia :

„ powiedz co sie dzieje ? naprawde martwie sie o was …chcialbym wam jakos pomoc, bo beze mnie wasza milosc od 15 lat nie przetrwa…“

i tu uslyszal pustke, znaczy sie artystka przerwala polaczenie bo przestala pojmowac i potrzebowala wiecej czasu na przeanalizowanie 2 zdan.

Nie zdziwilo to specjalnie DG podobnie jak to mialo miejsce 3 miesiace wczesniej, kiedy to artystka zabierajac pod pache z domu DG co tylko dala rade udzwignac, przeprowadzala sie do Paleczkarza znaczy Dyrygenta.

Wtedy DG uprzedzal, ze nie latwy czeka ja los i na potwierdzenie swoich przepowiedni opowiedzial jej historyjke katolicka:

„ po smierci Dyrygent/Dyrektor znalazl sie w niebie i od rana do wieczora oddawal sie modlitwom, wyciszeniu, przemysleniom,

jego oczy probowaly bezskutecznie wylapac jekikolwiek szybszy ruch w przestrzeni, jego czule uszka nasluchiwaly na darmo jakichkolwiek odglosow bitowych – nic , zupelnie nic tylko chorki, aniolki i mozart i bach dookola….. i nawet te tance  aniolkow o twarzach przypominajacych „jego“ prima balerine,  jakies takie zamglone jak po zbyt mocnej dawce LSD….

„ nic tylko k…rwa swietym zaraz zostane“ pomyslal Dyrygent i polewitowal w poszukiwaniu Sw Piotra.

Kiedy go dostrzegl, ich egzystencje sie przeniknely i Dyrygent zapytal:

„ Sw Piotrze, widzialem ze jest tutaj winda do piekla, czy ja moglbym wyskoczyc tam chociaz na jeden dzien…. blagam, musze sprawdzic,

bo tu w niebie czuje sie jakos tak nieswojo , wyskocze, sprawdze i wracam , obiecuje…“

Sw Piotr ( o twarzy marszalka wojewodztwa) zadumal sie nad slowami wykszatalconego czlowieka i odpowiedzial mu po chwili :

„ hmm …. znalazles sie tutaj przypadkiem, bo chcielismy dac ci szanse, ale byc moze jeszcze do tego nie dojrzales…Musisz jednak pamietac, ze jesli zjedziesz do piekla mozesz tego pozalowac… „

„ ale ja tylko na chwile, zaraz wracam … obiecuje, ze nie bede zalowal“

- argumentowal jak dziecko Dyrektor

„Ok“ – machnal lewym skrzydlem zrezygnowany Sw Piotr i ich egzystencje sie rozdzielily.

W Dyrygenta wstapila energia nowa moze nawet supernova !

Jego czlonki nabraly preznosci.

Ostatni raz takie wspaniale uczucie preznosci przezywal na widok „jego“ prima baleriny tanczacej w rytm Czarodziejskiego Fletu „jego“ artystki w Walbrzychu.

Radosnym uniesieniem jednym przeniknieciem znalazl sie przy windzie

i poczul jak zwozi go w czelusci piekielne.

Na samym dole (a raczej kilka stop pod…) drzwi od windy otworzyl sam krol Lucyfer w stroju kamerdynera. Z usmiecham na gebie przywital goscia i poprowadzil na salony.

Dyrygent drepczac za diablem z lekkim niepokojem zanotowal, ze zapachy raczej nie piekielne panuja. I ten Lucyferek nawet jakis taki mily niemalze gejowaty sie wydawal. Juz juz Dyrygent mial sprawdzic twardosc okolic przyrosniecia ogona diabelka, gdy ten jednym ruchem otworzyl przed nim wrota piekla.

„ O Boy !!!!“ – Dyrygentowi zaparlo dech w martwych plucach,

a zdechniete czlonki wyprezyly sie jeszcze bardziej.

Przyjemne mrowienie przebieglo jego cialo od czubka glowy az po czubek czubka.

Jego  oczkom ukazal sie widok niebianski. Widok, ktory kazdego prawdziwego mezczyzne przyprawia o gesia skorke nie tylko na czlonkach. Widok, ktory na zawsze pozostaje w pamieci, zeby w niewiadomo jakim potem pustym siodmym niebie sie znalazl.

Na kobiercach pelnych kwiatow, owocow i warzyw wyciagaly sie rozleniwione, przepiekne, nagie kobiety i chlopcy we wszystkich kolorach teczy. Wszystkie piekne, wszyscy piekni a rysy ich twarzy przypominaly rysy artystki.Nic tylko brac wybierac niczego nie pominac.

Ich wzrok przywital porzadliwie przybysza. Ich niedwuznaczne gesty wkazywaly na oczekiwanie, pragnienie, pozadanie.

Nadwrazliwe uszka Dyrygenta zostaly zalane fala techno bitow wypelniajacych kazda wolna przestrzen na salonach.

Jednym slowem sex, drugs and rock n roll J

Dyrygent nie mogl juz dluzej czekac.

Dal nura miedzy owoce i warzywa i sie zaczelo…………………….

Niedlugo potem sie skonczylo … i czas bylo wracac do nieba.

Dyrygent nasycony, spelniony i przepojony (nawet deczko zmeczony) z pewna ulga poprawial fryzurke z windzie szykujac sie na spotkanie ze Sw Piotrem.

Winda skonczyla swoj bieg i Dyrektor polewitowal w kierunku Piotrusia.

Szlo mu to dosc kulawo. Ciagle zaliczal jakis czarne dziury i potykal o biale karly.  Swiety patrzyl na niego coraz bardziej zasmucony.

„ no jak bylo ?“ – spytal retorycznie

„ no…. ok, moze byc , nic nadzwyczajnego wlasciwie“ – wykrecil sie Dyrygent i mamroczac zdrowaske wylewitowal z grawitacji Apostola.

Minal dzien, potem drugi a dookola nic tylko bach i mozart i sama lewitacja na przedawkowanym LSD.

„ nie, tak sie dluzej nie da….“ – wkurzal sie monotonia Dyrygent.

Dosyc juz tej nadopiekunczosci, lagodnosci, dbalosci i cholernej milosci aniolow o twarzach „jego“ prima baleriny

„Przenosze sie na stale do piekla. ! „ – zadecydowal dzielnie – „Gdzie jest Swiety ?!“

jak wiadomo w niebie nic sie ukryje i Swiety zjawil sie jakby stal wlasnie za „rogiem“

Dyrygent nie czekajac na „kazanie“ glosem pewnym i zdecydowanym oswiadczyl, ze podjal decyzje i ze natychmiast chce wracac do piekla.

„ ale moze jeszcze bys sie zastanowil troche, bo jesli tam ponownie pojedziesz nie bedziesz juz mial powrotu do nieba, zastanow sie prosze…“ – namawial Dyrygenta w swej niezmierzalnej dobroci Sw Piotr.

„ nie ! zdecydowalem i wybralem pieklo“ – postawil sie hardo Dyrygent.

„ dobrze, wiec jedz…ale nie bedziesz mial juz powrotu…pamietaj“- probowal jeszcze ratowac statystyke Swiety.

Dyrygentowi nie trzeba bylo 2 razy powtarzac. Z predkoscia mysli osiagnal winde i nim sam pomyslal juz zjezdzal w dol.

Na samym dole (a nawet kilka stop pod…) drzwi otworzyl sam krol Lucyfer odswietnie przyodziany i jeszcze bardziej rozesmiany.

Zapytal go o cel podrozy i gdy uslyszal, ze ten przybyl juz na stale

przywital go niezwykle ale to niezwykle wylewnie  i wykonawszy piruet na krogulczym paznokciu nakazal Dyrygentowi podazac za soba.

Dyrektor nie spodziewal sie az tak pieknego powitania. Jego serce zabiloby zywiej z dumy z dobrze dokonanego wyboru, gdyby…. zylo.

„no teraz to dopiero bedzie … !“ – usmiechal sie do siebie podazajac za swiszczacym radosnie ogonkiem diabelka.

Patrzac od tylu na plasajacego Lucyfera, Dyrektor zaczal odnosic wrazenie, ze juz gdzies wczesniej widzial ta czaszke zgrabnie zarysowana miedzy uszami, ta muskularna szyje, te muskularne ramiona, zgrabne wciecie w talii (tam gdzie splywa piekny miesien grzbietowy) ale najbardziej znajome byly te ruchy bioder. Pieknych meskich waskich bioder. Waskich ale jakze tanecznych.

Przez jego glowe przebiegla przerazajaca mysl. Ale nim dotarla do osrodka kojarzenia, Lucyfer otworzyl przed nim bramy piekla.

Oczodoly Dyrektora wypelnilo przerazenie.

Przed nim oto otworzyla sie kaznia.

Niemozliwy do wytrzymania smrod palacego sie ciala ( jesli ktos dysponuje chociaz resztkami receptorow wechowych) mieszal sie z przerazajacym wrzaskiem cierpiacych egzystencji.

Glosem drzacym z przerazenia Dyrektor wyszeptal do odwroconego tylem Lucyfera :

„ Stary ! co jest ? bylem tu kilka dni temu i bylo taaaak pieknie…. ?

„ tym wlasnie rozni sie turystyka od emigracji „ – wyrechotal Lucyfer i odwrocil sie.

Dyrektor zamorowalo. Ta rechocaca geba byla twarza Don Giovanniego.

Smiertelnie przerazony Dyrygent……………………..obudzil sie zlany potem.

Byla godzina 23.30.

U jego boku spala smacznie „jego“ artystka.

Namacal wiec z ulga telefon komorkowy i cichaczem przeniosl sie do kuchni.

Wybral czym predzej numer „jego“ prima baleriny majac nadzieje, ze ona jeszcze nie spi i ze pomimo tego, ze zostawial ja dla artystki kilka razy i kilka razy nawyzywal jej od najgorszych i kazal zwracac prezenty  i pieniadze za bilety kiedy do niego podrozowala i ze jesli tego nie zrobi to on zglosi to na policje (deja vu jakies cy cus ?) , ze pomimo tego  wszystkiego ONA odbierze od niego polaczenie….. Dyzio je….den .

Ale prima balerina akurat popijala piwko rozmawiajac na skype z DG i widzac znienawidzony numer odebrala, gdyz oznaczalo to swiezutenkie niusy prosciutko z serca „piekla“.

Dyrektorek, czarujacym glosem swiezo zakochanego faceta  pial do telefonu:

“Witaj, jak to dlugo trzeba bylo czekac by moc powiedziec Tobie dobry wieczor…”

Prima balerina wybuchnela smiechem odkladajac sluchawke i zasugerowala mu w smsie by nie pil az tyle, bo myla mu sie numery telefonow…

Jednakze po chwili  Dyrygent/Dyrektor gnany tesknota zadzwonil ponownie i ponownie slinil sie do sluchawki zyczac milego wieczoru i dobrej nocy.

Nastepnego dnia na prosbe Primy baleriny o wytlumaczenie sie na trzezwo Dyrygent odpisal ( glosu urzywac nie mogl…pewnie z powodu kontroli Artystki) “Kompletne nieporozumienie – przez pomylke nacisnalem zly przycisk – nastapilo polaczenie. Przepraszam. Nie mam Twojego numeru, nie mam zamiaru dzwonic ani przeszkadzac w Twoim zyciu. Nie pisz prosze.”

Pewnie LSD przestalo dzialac… a zaczela dzialac Artystka

Pytanie Konkursowe dla Błogo Czytaczy :

Kiedy Dyrygent bierze LSD, a kiedy Artystke ?

Nagroda za prawidlowa odpowiedz :

- mozliwosc pomachania sobie paleczka Dyrygenta…….. do woli :)

 

ojoj 31/07/2009

 

mug shot

No I wreszcie !!!!!!!
 
Stalo sie !!!!!!!!!!!!!

Nasz bohater, nasz  idoil wybawiciel Don Giovanniego, Dyrektor, Dyrygent Dariusz Mikulski pokazal w koncu ze ma jaja I ze niezly z niego kawalarz bo pozwal Don Giovanniego do Sadu o obraze majestatu!!!!!!!!!!!!

Wierni Blogo Czytacze ! W koncu slowo stalo sie cialem I mamy prawdziwy, najprawdziwszy z prawdziwych process o znieslawienie ….. !!!!!!!!

Pan Dyrektor-Dyrygent  pozwal mnie malego I drobnego Don Giovanniego przed oblicze Sadu Najwyzszego, iz w blogu swym (znaczy sie tym) obrazam jego dobre imie, gdyz on nigdy ale to nigdy przenigdy nie mial romansu z zona DG, (ze nawet jej dobrze nie zna)…

 

…a w zwiazku z tym nie moglo to miec wplywu na fakt wyrezyserowania opery przez kosmetyczke z zawodu i ze oskarzenia te (o nepotyzm) uniemozliwiaja  jemu biednemu robaczkowi wiarygodne prowadzenie jednostki budzetowej…..a poza tym,ze DG oskarza go w swoim (znaczy sie tym) blogu o kradziez……ale za to ….. bez wlamania.

Wezmy przez chwile na powaznie slowa Pana Dyrektora Dariusza Mikulskiego i zestawmy z zacytowanym na obrazku powyzej smsem. juz po krotkiej analizie wcale nie popartej naukowymi badaniami wyniklo by nam, ze kolega Dyrygent to mitoman i erotoman gawedziarz a tego typu zwierzenia czyni do ktorejs swojej reki…. to ja juz wole uchodzic za dupcyngera inwestora niz przyznac sie ze w wieku prawie czterdziestu lat nadal jade na recznym…a to chyba bedzie probowal przed sadem udowodnic Wybawiciel Don Giovanniego.

Po otrzymaniu oskarzenia z Sadu, DG zadzwonil wiec doDyrektora/Dyrygenta (robaczka biednego) i zaproponowal, aby ten akto skarzenia wycofal w zamian za co DG obiecuje nie wspomniec o tym ani slowem aby nie robic Dyrektorowi wiecej obciachu.

Po chwili, kiedy to Dyrektor odzyskal juz mowe odpowiedzial : “oddajmy krolowi co krolewskie a cesarzowi co cesarskie…..”i tu …… Don Giovanniemu az dech zaparlo z radosci, ze wreszcie Panstwo (Kochankowie z Werony –  Artysci Prawdziwi) zechca oddac zainwestowana w ich opery i ksztalcenie kase i wlasciwie to juz nie bedzie mial im wiecej za zle, ze wyzywaja go od krolow lub cesarzow :)

a poki co moi Drodzy Blogo Czytacze w oczekiwaniu, az spelnia swoja obietnice mamy rozprawe, ktora odbedzie sie w Warszawie , na ktora Was wszystkich serdecznie zapraszam w charakterze swiadkow i widzow…. WSTEP WOLNY !!!!!!!!!! A o dokladnym terminie powiadomie na blogu….. tez nie moge sie doczekac ! :) )

z okazji swieta wordpress

SWIETO  WSZYSTKICH   ZAKOPANYCH    I  SPOPIELONYCH
czyli „Dobry katolik to martwy katolik“

zanim przesmykne sie do klu tematu , krotko nawiaze do dzisiejszej prasy w ktorej to przeczytalem,

ze niejaka DODA obrazila uczucia religijne (katolikow) i prowadzone jest przeciwko niej sledztwo na
podstawie donosu przewodniczacego Ogolnopolskiego Komitetu Obrony przed Sektami niejakiego Rysia Nowaka.
Od razu poczulem miete do niejakiej DODY i wyszedlem przy tym na nieuka i wsiocha bo kompletnie nie kojarze kobiety
ale o to mniejsza bo przyplusowala znajomoscia tematu z zakresu Biblii za co groza jej 2 lata odsiatki.
(Kocham ten kraj !!!!!!!)
Otoz podczas jakiegos wywiadu DODA powiedziala (cytuje za info w internecie )
 “bardziej wierze w dinozaury niż w Biblię“,

bo ciężko wierzyć w coś, co spisał jakis napruty winem I palacy jakies ziola“.

april
Pominmy zatem kwestie wolnosci slowa bo ona zarezerwowana jest tylko dla katolikow. Ze niby nie mam racji ?
…… no to dowod jeden z wielu! – kolega Wojtek  Cejrowski (ktorego nomen omen bardzo lubie i cenie za jego sposob na zycie i
umiejetnosc sprzedawania tego na zewnatrz) nazywa gejow pedalami i wszystko ma byc ok !!!!!!!!!
august
Pominmy zatem takze kwestie, iz Pan Rysio przewodniczy organizacji zajmujacej sie tepieniem konkurencji
dla kosciola katolickiego, ktory sam w sobie jest najwieksza sekta na swiecie …
…….bo spelnia wszystkie warunki jakie sa niezbedne aby tak ja okreslac.
september
Pominmy zatem takze fakt, ze uwielbienie katolikow do alkoholu jest atrybutem ich
religii, co potwierdzaja ksieza podczas kazdej mszy, kiedy to nawyzywawszy swoim
klientom (wierzacym) od alkoholikow, w 2 minuty pozniej zapijaja to kieliszeczkiem
(sorry) kielichem wina czyniac to bezczelnie na oczach  spragnionych wiernych,
niepomni na wlasne nauki ze spragnionego nalezy przynajmniej poczestowac jesli nie napoic.
(przy okazji dodam iz popijane wino jest pedzone potajemnie i rozprowadzane bez banderol,
pomysleliscie o tym ? … jaki to rynek ?…. a jaki to wniosek ? ….
…..no nie podaruje sobie tego ,
….musze to napisac …..
najwieksza produkcje i dystrybucje nielegalnego alkoholu ma w Polsce …… kosciol !!!!)
Pomijajac cala ta kwestie musze jeszcze przytoczyc anegdote z Biblii, kiedy to Jezus
na jakiejs imprezce slubnej chcial sie zaprezentowac i zamienil wode w wino jakby
katolicy bez gorzaly nie mogli pobalowac.
Dlatego tez nastepnego dnia kiedy trzeba bylo kaca leczyc i wyslac kogos po wode -…. blagali,
aby poszedl ktokolwiek byle nie Jezus.
march
Tak wiec skoro pominelismy juz wszystkie istotne kwestie pozostaje sie zastanowic
za co naprawde (no bo przeciez nie „za prawde“) katolicy moga byc oburzeni na kolezanke DODE.
Otoz tylko i wylacznie za slownictwo.
Bo gdyby zamiast slowa „napruty“ uzyla „napity“ a zamiast „jakies ziola“ po prostu „maryche“ to wszystko
byloby ok, a tak moze byc pierwsza w Polsce skazana za nieumiejetny dobor slownictwa,.
Mogl on przeciez zasugerowac odbiorcom, ze tworcy Biblii to moczymordy icpuny a przeciez wszyscy wiemy, ze tak nie JEST !!!!
Bron boze !!!!!!!!!
Przeciez pierwsi papierze (prezesi) tej firmy / sekty , zbierajac do kupy luzne zapiski paru madrych ludzi
i wydajac je w formie Starego i Nowego Testamentu nigdy nie dotykali alkoholu i mlodych dziewczat (chlopcow),
odmawiali sobie dobrego jedzenia i wszystko co im bogaci przynosili oni oddawali natychmiast biednym.
I wogole cale zycie spedzili na poniewierce w kurzu i spekocie aby tylko katolicy mieli swoj elementarz.
Swoja misje doprowadzili do perfekcji i wydali cos co czytaja wszyscy i wszyscy maja nauki w niej zawarte gleboko w dupie.
Poczawszy od pijanych rozpustnych prezesow (papierzy) a na klientach (wierzacych) skonczywszy.
Bo jak inaczej nazwac zachowanie ludzi, ktorzy sluchajac „pieknych nauk o przykladnym zyciu“ ,
po wyjsciu z kosciola znecaja sie nad rodzina, pija, kradna i morduja.
Patrzac na ich zachowanie Don Giovanni postanowil nigdy w zyciu nie przeczytac Biblii bo niedaj bog stanie sie taki jak oni.
january
A skoro tak, to jak widac w podtytule tej opowiastki : „ dobry katolik to martwy katolik“ i za nim rzuca sie na DG coby go ukrzyzowac (co tylko potwierdzi ich
niewatpliwa tolerancje, dobroc i umiejetnosc przebaczania) postaram sie udowodnic moja teze.
Dowod bedzie krotki :
Po pierwsze, drugie …. i ostatnie :
martwy katolik nie grzeszy !!!!!!!!!!!!!!!!
Tak wiec umierajac uwalnia ten swiat od swojego bytu, ktory juz od samego poczecia byl efektem grzechu i tak juz mu zostalo do konca.
Ktos jednak moze mi zarzucic : „… przeciez tylu wspanialych ludzi bylo katolikami !“
odpowiadam wprost : swiat jest pelen zblakanych owieczek, a im ktos lepszy tym latwiej ulega socjotechnice.
Ta socjotechnika doprowadzona do perfekcji przez Watykan na przestrzeni dziejow, wpoila katolikom niewiarygodny strach przed smiercia.
W jej obliczu wali sie wszystko i nawet ksieza nie staraja sie z tym chwilowym brakiem wiary walczyc.
Przykladny katolik uczeszczajacy regularnie do kosciola i przyjmujacy sakramenty
(czyli w nomenklaturze pozostalej czesci swiata – przechodzacy nastepne stadia
wtajemniczenia) wie, ze jesli bedzie „grzeczny“ za zycia, to po smierci czeka go nagroda w postaci nieba,
gdzie jest cudownie i pieknie i bez problemow.
Jesli natomiast „grzeczny“ nie bedzie to wyladuje w piekle czyli bedzie mial przerabane na wieki wiekow.
Niesttety, jak juz wczesniej na lamach tego bloga pisalem, kosciol nie daje gwarancji
na zbawienie katolikom, nawet jesli przestrzegaja dekalogu.
A dlaczego nie gwarantuje ? – bo zbawienie jest produktem czysto marketingowym co dociera do katolikow dopiero,
gdy smierc odbiera im najblizszych.
Zamiast podskakiwac z radosci, urzadzac fieste i balowac calymi dniami i nocami na czesc umarlego
(bo przeciez w koncu przestal sie meczyc na tym ziemskim podole i ma okazje bez problemow istniec w raju lub niebie….jak zwal tak zwal),
katolicy wylewaja lzy, biadola i rozpaczaja na czym swiat stoi.
Zmiast w mysl doktryny katolickiej dzien pogrzebu uczynic radosnym swietem, oni czuja sie pokrzywdzeni i
nieszczesliwi nie myslac o tym, ze osoba ktora odeszla z tego porabanego swiata jest od tej chwili poprostu i zwyczajnie
WOLNA !!!!
(a wiec bylo nie bylo szczesliwa)
Nikt nie moze juz jej skrzywdzic. Nic zlego juz jej nie dosiegnie.
Takiego podejscia do tematu nie reprezentuja nawet sami ksieza, ktorzy podczas ceremonii pogrzebu beznamietnym glosem i ze wzrokiem tepo wlepionym w dziure
ziemii powtarzaja : „… cieszmy sie i radujmy bo oto Pan przyjal swoja owieczke do zycia wiecznego…“
Normalnie w takich chwilach wszyscy dookola powinni podskakiwac z radosci. Tanczyc, spiewac jednym slowem – cieszyc sie (szczesciem zmarlej osoby).
Juz slysze te slowa skierowane po adresem DG. Ze jest tepym cynikiem i ciekawe co by powiedzial gdyby jemu ktos naprawde bliski umarl ?????? !!!!!!!!!
Wiec DG odpowiedzial by, ze jego bol nie znalby granic, bo nie jest katolikiem i nie wierzy w brednie o zyciu wiecznym wiec zachowywalby sie uczciwie
w stosunku do swoich pogladow. I chodzilby oplakiwac droga mu osobe we wszystkich miejscach, w ktorych ramen przebywali.
I dlatego, niepojetym jest dla DG sposob rozumowania (lub raczej braku rozumowania) katolikow, ktorzy wbrew swojej religii Swieto Zmarlych uczynili
dniem smutnym i przygnebiajacym. Nie jest to natomiast wbrew ich sugestiom dzien refleksji, bo jesli przez 364 dni w roku nie zrozumialo sie idei gloszonej przez ich
religie to nie ma nadzieji ze stanie sie to wlasnie teraz.
I tym optymistycznym akcentem:
POZDRAWIAM WAS WSZYSTKICH Z OKAZJI DNIA WSZYSTKICH ZAKOPANYCH
december
PS. dla porzadku podam, ze zdjecia wykozystane w tej czesci bloga pochodza w ulubionego przez DG w ostatnim czasie kalendarza wyprodukowanego przez firme
„LINDNER“ zajmujaca sie produkcja trumien (www.zptlindner.pl)
No i to byloby na tyle refleksji, ktore przepelnily DG na 3 dni przed majaca sie odbyc kolejna sprawa rozwodowa, podczas ktorej to rodzice artystki beda zeznawac jaki to z
DG byl dran i przestepca i jak pastwil sie nad rodzina. Poniewaz sa praktykujacymi katolikami wiec nie cofna sie przed zadnym klamstwem i oszczerstwem i zdaje sie ze
ten etap rozwodu DG bedzie mial pod gorke. Jednak dzielny jest z niego ”maz” i zamiast chodzic po cmentarzach zastanawiajac sie po raz kolejny nad geniuszem
wiary katolickiej kompletnie niezrozumialej dla jej wyznawcow oddal sie czytaniu emailii od artystki co natychmiast wprawilo go w ”doskonaly nastroj” w sam raz na ta
chwile i natchnelo do napisania swojej auto  kontra jej biografii.

czesc1 wp autobiografia

Pora  ku  temu j est  jeszcze t ym  bardziej  odpowiednia , gdyz juz w grudniu tego  roku  nasza  najlepsza  polska  kosmetyczka  wsrod  rezyserow  operowych

i jednoczesnie najlepszy polski rezyser operowy wsrod  kosmetyczek bedzie przedstawiala „swoje dzielo“ czyli „Czarodziejski  Flet“ na deskach samej   OPERY WROCLAWSKIEJ.!!!!!!!!!

Poniewaz  sukces  jest  gwarantowany   (finansowy,  bo t ylko  takim DG  w  tej chwili jest zainteresowany)  Don Giovanni zamierza sie zwrocic do Pani Michnik ( Dyrektora Opery) o sprawiedliwy podzial lupow.

Zapowiada  sie  wiec  duzo  szumu I  pewnie  wszyscy  chcieliby  wiedziec  kim jest  skad  pochodzi,  z  kim chodzi I dokad zajdzie  Anna Dlugolecka.

Tak wiec panie I panowie dziennikarze ! ponizej dostajecie gotowca ….

Za  darmo (poki co….)

Nieautoryzowana biografia

Anny Dlugoleckiej I Dariusza Mikulskiego

w powiazaniu z autobiografia autoryzowana

Don Giovanniego

rok 1964 – bez wczesniejszych uzgodnien I bez porozumienia z nim samym ….. na swiat przychodzi Don Giovanni,…potem przedszkole, szkola podstawowa, pierwsza komunia, druga komunia, trzecia……,

w tym czasie w 1971r, gdzies na dalekiej prowincji w niewielkim  miasteczku zwanym do dzisiaj Makowem Maz.  przychodzi na swiat dziewczynka, ktora na zawsze zatruje zycie wielu ludziom…..

….DG nie majac poki co pojecia o jej istnieniu dzielnie kroczy przez zycie i konczy osrodek szkolno-wychowawczy a w 1983 podejmuje studia dzienne – czteroletnie, ktore szczesliwie (dla wykladowcow) konczy po 10 latach…

w tym czasie dziewczynka z Makowa dorasta……..

w tak zwanym miedzyczasie (czyli pomiedzy zajeciami w szpitalu i na uczelni) od 1984 roku DG pracuje Ii samodzielnie zarabia na utrzymanie swoje i otoczenia, a w 1988 otwiera swoja pierwsza firme (glupi I naiwny bo od tej chwili ma juz same klopoty I nigdy chwili spokoju)….

W tym czasie dziewczynka z Makowa dorasta nadal …..

W 1990 r DG poznaje swoja pierwsza zone I od razu zakladaja bardzo podstawowa komorke spoleczna. Brak doswiadczenia DG w tych sprawach wydluza mu okres podjecia decyzji o slubie do 5 lat;. Dopiero po 5 latach wspolnego mieszkania, niekonczacych sie imprezach i sprawdzeniu ze wybranka aby na pewno jest doskonala gospodynia , zeswietnie prowadzi dom , doskonale gotuje, ze jest w stanie wiele zniesc i wybaczyc wiele i ze lepszej to juz nigdy nie znajdzie, DG postanawia sie oswiadczyc i w czerwcu 1995 wypowiada sakramentalne TAK !!! …. na „wieki wiekow … AMEN“ ….

W tym samym czasie dziewczynka z Makowa dorosla bardzo i ukonczyla szkole podstawowa, liceum I studium kosmetyczne w Gdansku.

Czas jest pojeciem wzglednym i „wieki wiekow“ trwaly cale 3 miesiace, kiedy to DG podczas spotkania ze swoimi starymi przyjaciolmi wysluchal ich usprawiedliwienia z powodu nieobecnosci na jego pierwszym w zyciu slubie. To co uslyszal, rzucilo zupelnie odmienne swiatlo na jego wybranke. Wsciekly na przyjaciol, ze mogli mu przeciez przynajmniej wydatkow zaoszczedzic, po 5 latach wspolnego zycia i 3 miesiacach malzenstwa, trzasnal drzwiami zostawiajac wszystko i zlozyl pozew o rozwod.

Zachcialo mu sie takze rozwodu koscielnego I w tym celu udal sie do

KURII.

Tam, po godzinie oczekiwania na lawce (na szczescie nie na kolanach) w

przerazliwie zimnym I ciemnym korytarzu, sekretarka/asystemtka/sluzaca zwana potocznie siostra ksiezy zaprowadzila

DG przed oblicze dosyc opaslego papieza po czym po cichutku zamknela

drzwi jakby sie bala ze z futryn wyleca ,bo cegly nie na zaprawe tylko

chlopskie jaja byly murowane.

Papierz nawet nie ruszyl tylka z za biurka tylko popatrzyl groznie na

usmiechnietego DG i nie mogac sie doczekac , burknal pierwszy :

- niech bedzie pochwalony Jezus Chrystus …

- no….. niech bedzie…. Dzien dobry … odpowiedzial radosnie DG

- z czym synu do mnie przychodzisz ? – zadudnilo pytanie

DG wyjatkowo nie lubi kiedy ktos podszywa sie pod jego ojca, ale zeby nie

zadrazniac sytuacji I dac poczucie wladzy przeciwnikowi odparl grzecznie :

- trzy miesiace temu wzialem slub w kosciele I chcialbym sie teraz

rozwiesc…

I tu nastapil dziesieciominutowy wyklad na temat nieodpowiedzialnosci,

braku szacunku itd…. Przerywany sapaniem I przeklenstwami rodem

z samego Watykanu… DG sluchal cierpliwie udajac niedorozwinietego bo

inaczej musialby wstac I przylac papiezowi, ktory najwyrazniej go obrazal.

Na szczescie przestal go nazywac wlasnym synem, za co DG przyznal mu

jeden punkt I zakwalifikowal do dalszej konwersacji.

Kiedy papiez mocno juz sie zasapal, DG spytal uprzejmie :

- ile ?

I ku swojemu zdumieniu uzyskal bardzo precyzyjna odpowiedz bez

jednego nawet sapniecia:

- trzykrotnosc miesiecznego dochodu…

„shit ! czy on zglupial do reszty ?“ – pomyslal DG – „I jak tu czlowiek ma

byc uczciwy ?“

ale papiez najwyrazniej przejrzal pokretne mysli DG I nadal bez sapniecia

dorzucil :

- ale dochod przyjmujemy na podstawie zaswiadczenia z urzedu

skarbowego…

„to cwaniaczek drobny ! , to barbarzynca, zdzierca ! to konkwistador !!!“ –

DG nie wierzyl wlasnym uszom…. „Wiec nie ma problemu z rozwodem

koscielnym, jest to tylko sprawa kasy ??????!!!!!!!!!!!!!!!!!

DG postanowil sie wiec targowac I rozpoczal obslizgle :

- prosze pana, fakt ze prowadze firme nie dyskredytuje mnie w

oczach Boga wiec proponuje zwyczajowa stawke, czyli co laska,

czyli max 5 zl…

jednakze slowa DG jakby nie docieraly do siedzacego naprzeciwko, ktory

najwyrazniej obliczywszy sobie w myslach ile zarobi gdy zlupi DG, oddawal

sie blogiemu shopingowi czyli modlitwie (w nomenklaturze katolickiej).

Nie mogac doczekac sie zadnej reakcji DG postanowil podbic stawke :

- no dobra ,niech panu bedzie trzykrotnosc czyli 15 zl ..

nic…..

tylko cisza w odpowiedzi…

straszna cisza….

powietrze zaczelo powoli gestniec…

chyba bedzie lalo….

oczy papieza powoli nabieraja wyrazistosci,, jego duch powraca na ziemie,

jego sylwetka prezy sie coraz bardziej a usta otwieraja sie powoli….

Otwieraja sie I otwieraja…. Od wciaganego (gestniejacego) powietrza,

twarz papieza stala sie juz purpurowa, ale on nadal nie przestaje wciagac

…..

„shit „ – pomyslal DG – „ jak tak dalej pojdzie, to….“ Nie konczac juz

nawet mysli, rzucil sie w kierunku okna I otworzyl je na osciez.

Do zimnego pokoju wplynelo cieple wilgotne jesienne powietrze.

Od razu zrobilo sie fajniej….przynajmniej Don Giovanniemu. Promienie

slonca swiecily mu prosto w twarz I to przyjemne ciepelko wlalo w niego

nastepna porcje optymizmu. Odwrocil sie wiec radosnie do mezczyzny za

biurkiem I spytal :

- to co , deal ?

papiez, ktoremu najwyrazniej to swieze powietrze tez posluzylo, bo twarz

z purpurowej zmienila sie na zielona, poderwal sie gwaltownie na nogi I

nie mogac wykrztusic zadnego cenzurowanego slowa zaczal wymachiwac

rekami liczac na inteligencje DG….

I tu sie nie zawiodl, chociaz z poczatku DG myslal, ze papiez rece po kase

wyciaga I juz chcial mu 15 zl nasypac, kiedy papiez jakas niezbornoscia

ruchowa sie wykazal I jego rece zaczely latac niczym holenderskie

wiatraki.

DG bojac sie rozsypac tyle kasy, czym predzej schowal je do kieszeni,

nacisnal klamke I rzucil na odchodnym :

- nie, to nie..

Po tych niezwykle odwaznych  slowach DG rzucil sie do ucieczki zanim papiez zdazy

jakies posilki wezwac I do lochu na wiele lat go wtracic.

Gdy tylko opuscil ponury gmach KURII (przez nikogo nie niepokojony oczywiscie) na

zewnatrz przywitaly go piekne, piekielnie piekne i cieple promienie slonca.

„ach“ – westchnal DG – „zycie jest piekne…“ :)

 

No nic tak nie motywuje DG do kontynuowania bloga, jak kontakt

(wystarczy jednominutowy i to telefoniczny) z artystka.

Tak wiec witajcie ponownie :)

Opuscilem sie w pisaniu tego bloga straszliwie, ale spiesze sie

usprawiedliwic i  byc moze jeszcze jakies rozgrzeszenie dostane ? :) .

Po pierwsze czas to byl w naszym moherowym kraju wypelniony

przygotowaniami do kolejnego swieta (boze narodzenie), ktore katolicy

zakosili innym religiom I obchodza jak swoje, wiec przeszkadzac nie

wypadalo co by ojca dyrektora nie wkurzyc…

Po drugie nasi bohaterowie czyli artysci prawdziwi szykowali sie do

wystawienia kolejnego przedstawienia „Czarodziejskiego Fleta“ tym razem

w samej Operze Wroclawskiej, wiec liczac na ich sukces nie mialem ochoty

zaprzatac im glowy moim pisaniem.

Oni niestety nie docenili mojej postawy i  ich sztuka nie otrzymala nawet

jednej kulawej pozytywnej recenzji, tak ze Don Giovanniemu samemu sie

wstyd zrobilo ze w takiego gniota taka furmanke kasy zainwestowal.

Przyczyny ich porazki rozbierzemy na czynniki pierwsze podczas specjanie

do tego poswieconej analizy, a poki co czekajac na te swiecenia

wracajmy do biografii…

….DG jest ze swoim zyciem juz w roku 1995, kiedy to po nieudanej

probie otrzymania legalna metoda rozwodu koscielnego postanawia, ze

kolejny slub wezmie w jakims innym wyznaniu (dokladnie tyle samo

wartym co katolickie), ale specjalnie dla chronologii tej historii cofnijmy sie

do roku 1993.

Wtedy to po skonczonym studium kosmetycznym Anna Dlugolecka

poznaje w autobusie naszego bohatera – Dariusza Mikulskiego, ktory jak

wiadomo (z internetu) pochodzi z Lodzi ale skad dokladnie jechal

tamtego feralnego dnia …… do dzisiaj nie wiadomo.

Jada sobie oni razem autobusem do Niemiec i prowadza milutka

konwersacje o muzyce, sztuce i  tak dalej…

Od slowa do slowa, z kilometra na kilometr od postoju do postoju w ich

cialach wzrasta fala uczucia milosci do wspolpasazera.

To uczucie osiaga apogeum tuz przed przystankiem koncowym i  kiedy

tylko drzwi autobusu sie otworzyly…. wybucha gejzerem namietnosci.

Jednym slowem fajnie im sie gaworzylo w trasie.

Od tej pory postanawiaja te milosc utrzymywac i pielegnowac

pomimo dzielacej ich odleglosci w obcym kraju wypenionym naszymi

zaborcami.

Wkrotce czeka na nich jednak wiele niebezpieczenstw i wrogow wielu.

Beda musieli zmierzyc sie  nie tylko z dzielaca ich odlegloscia ale takze ze

wszechogarniajaca ludzka zawiscia i  nienawiscia (przynajmniej niektorych

potomkow germanskich),  brakiem zrozumienia i  tolerancji a w

szczegolnosci ze strony niejakiego Don Giovanniego pseudonim DG :) .

Wkrotce po tym jak autobus, ktorym na spotkanie swojego losu jechali

kochankowie, zatrzasnal drzwi za nimi, padli sobie czule w objecia jakby

znali sie przynajmniej kilkanascie godzin i  wymieniwszy slowa przysiegi

skierowali swoje kroki w strony przeciwne.

Nasz poczatkujacy dyrygent do Stuttgartu a kandydatka na poczatkujaca

artystke do ………. (hm, nigdy nie zapamietam nazwy tej wiochy) ale

mniejsza o to.

Najwazniejsze , ze od tej pory odleglosc przekraczala dlugosc pomiedzy

kochankami co przyprawialo  o „rozterki“ naszego „Wertera“.

Niepomna na jego cierpienie, artystka podejmuje prace jako barmanka w

dyskotece i  w ramach napiwku dostaje pierscionek zareczynowy od

jakiegos bogatego Niemca. (historia niczym Coco Chanell) !!!!!!!

Pelna zalu i  rozterek rozstaje sie wiec ze wschodzaca miloscia swojego

zycia, biednym muzykiem z Polski i  niepomna na jego blagalne listy i

wiersze (czytalem niestety – piekne, zupelnie inna poezja i  proza niz ta

tutaj) przyjmuje oswiadczyny mlodego germanskiego businessmena o

imieniu FUAT.

Nasz bohaterski muzyk w akcie rozpaczy takze sie zeni i  osiada na stale w

Bawarii skad czerpie swoj akcent do lamania polszczyzny.

Po slubie dyrygenta, artystka uznaje, ze ten podly „Janko muzykant“ ja

zdradzil i  zdradzil ich milosc i marzenia i zerwala z nim za kare.

Kontakt im sie urywa. Przynajmniej takie relacje zostaly przekazane Don

Giovanniemu w 1995r kiedy to  po zareczynach z Niemcem artystka

urwala sie do Polski na dni pare i ………………… poznala DG.

Artystka  i DG w najlepsze romansuja, muzyk umierajac z tesknoty za

atrystka rozwija swoje talenta dmac w waltornie a germaniec wymysla jak

by tu sie pozbyc DG.

Podczas jednej z wizyt w Polsce w pogoni za swoja narzeczona, niedoszly

zonkos zostaje przedstawiony Don Giovanniemu.

Ten ostatni antropologie na uczelni studiowal pilnie, bez potrzeby doglebnego

badania pacjenta rozpoznal, ze narzeczony regularnym Turkiem okazal sie byc,

chociaz jego nazwisko „SALCI“ raczej na korzenie zydowskie wskazywalo.

Najwidoczniej rod jego wycierpial wiele przy wprowadzaniu

chrzescijanstwa………. :)

Panowie jakos nie przypadaja sobie do gustu. Niemiec probuje robic

interesy z polskimi firmami w sposob standardowy, czyli bez regulowania

zobowiazan, czym wpedza w tarapaty swoja narzeczona a posrednio Don

Giovanniego, ktory udzielal mu takze wlasnych kontaktow.

Kiedy do artystki przyszlej dociera swiadomosc, ze rola zony wg sposobu

myslenia FUATA SALCI sprowadza sie tylko do prowadzenia domu i

rodzenia dzieci i  nie ma tam miejsca na inne „artystyczne“ rzeczy (a

przeciez ona ma ambicje bycia projektantka mody) , postanawia zerwac

z nim na dobre. Odbywa sie to w rodzinnym domu Anny Dlugoleckiej w

Makowie Maz. w przeddzien wigilii 1995r.

Czas przygotowan do tego swieta, artystka przyszla i  zonkos niedoszly,

spedzili na godzinnych awanturach, wyzwiskach i bijatykachch, podczas

ktorych probowala mu wytlumaczyc po polsku i  niemiecku, ze miedzy nimi

koniec.

Ale on tepy Turek jak na zlosc rznal Greka.

Ale to wlasciwie chyba artystka nie rozumiala.

A wlasciwie to zabraklo jej wiedzy w temacie.

Gdyby bardziej uwazala na lekcjach w podstawowce to dowiedzialaby sie,

ze to historia i kultura wyznaczyla spolegliwe kobiety koloru blad z Polski

na niewolnice Turkow i innych muzulmanow i ciezko jest sie im z tego

jasyru potem uwolnic.

Nic wiec dziwnego, ze farbowany niemiec ani po polsku ani po niemiecku

nie chcial przyjac do zrozumienia ze „pod Wiedniem tez przegral“ i  czas sie

wycofac.

Rodzina artystki majac dosyc dwudniowej karczemnej awantury,

wrzaskow, szarpania, ganiania po schodach….. postanowila udac sie do

rodziny na wigilie celem pojednania.

Artystka wraz z narzeczonym zajeci byli wtedy kolejna fala wzajemnej

agresji obiecali, ze zaraz dolacza do reszty tylko sie „pozabijaja“.

Wyczekawszy moment, kiedy Turek sie zasapal i postanowil przykucnac

na krzesle po kolejnej przebiezce po pietrach domu, artystka wyskoczyla

na ulice i zaczela gnac w kierunku domu ciotki u ktorej pelna pojednania

rodzina zasiadala do wigilijnego stolu.

Uciekajac przed oprawca/narzeczonym wybiegla z domu z lekka tylko

przyodziana (zupelnie ja dziewczynka z zapalkami)  i wielkimi

z przerazenia oczami starala sie dostrzec koniec ulicy a tam zakret za ktorym

wystarczylo minac tylko szesc przecznic, skwer w centrum miasta,

pokonac most, wspaiac sie po 20 schodach aby poczuc sie bezpiecznie w

cieple ciotkowego domu wypenionego zapachem choinki, swiat  i ojca

Rydzyka..

Ach , byla juz taaaaaaaaak blisko. Tak blisko…. Gdy nagle za plecami

swojego watlego ciala poczula snop znajomego swiatla z reflektorow

warczacego niczym wkurzony buldog, podrasowanego BMW M3 cabrio na

niemieckich blachach.

Jej instynkt nie pozwalal sie odwrocic. Przyspieszyla wiec kroku lecz jej

letnie trzewiczki zabuksowaly jedynie na oblodzonej jezdni.

Wkurzony buldog zajechal jej droge i opusciwszy elektryczna szybe, FUAT

zaproponowal Annie, ze ja podwiezie.

Mowil to tak delikatnym glosem i wygladal przy tym tak niewinnie, jak

skruszony kawal trzy tonowej kry lodowej dryfujacy w kiedunku

wodospadu.

Anna, jak kazdy „czerwony kapturek“ w jej przypadku ochoczo przystala

na propozycje i rozsiadla sie wygodnie w czarnych, skorzanych fotelach

podrasowanego BMW M3 cabrio (na niemieckich blachach).

Na pytanie narzeczonego dokad maja jechac, wyjasnila mu dokladnie

droge niczym wspolczesny GPS, tyle ze durnemu Turkowi kierunki sie

pomylily i zamiast na sasiednia ulice, zaczal gnac w kierunku granicy

polsko-niemieckiej.

Kiedy artystka zorientowala sie, ze narzeczony ma problemy z nawigacja,

zaczela sie drzec ale zaraz jej przeszlo pod wplywem ostrego drapania w

gardle… od noza ktory jej turek przystawil.

Zlorzyl jej tez propozycje, ze jesli sie nie zamknie to reszte podrozy do

niemiec odbedzie w bagazniku. A zima byla sroga, bagaznik maly a do

granicy jakies 500 km.

Po przemysleniu propozycji , co zajelo chwile, artystka postanowila sie

zamknac ale za to wydzierala sie i  ujadala na niego w duchu.

I w takim to radosnym, swiatecznym nastroju otoczeni cisza zimy

zalegajacej wokolo bialymi, puszystymi sniegowymi zaspami z kazda

chwila przyblizali sie do granicy polsko niemieckiej.

(przynajmniej tak sie turkowi wydawalo ale gamon ta droge tez pomylil

i zamiast na Poznan skierowal sie najblizsza trasa do Kaliningradu).

Artystka, zorientowawszy sie ze niemiec do domu przez Klajpede

zamierza jechac, slusznie pomyslala, ze w polsce trzeba sie wysikac bo za

wschodnia granica to juz tylko biale niedzwiedzie i ruskie wojsko w polu.

W tym celu podjela trudne negocjacje z porywaczem i juz po 100km

przeklenstw pod jego adresem, Turek postanowil zjechac na stacje

benzynowa. Najwyrazniej zaczal sie moczyc ze strachu przed klatwami artystki.

Byl on jednak krztalcony na amerykanskich filmach i wiedzial, ze jeszcze

nie nadszedl TEN moment aby sie wycofac albo przynajmniej pasc

udawanym trupem.

Wcisnal ostrze noza w bok narzeczonej (…. dobrze ze nie w pecherz….. ),

wyciagnal z samochodu i popychal w kierunku drzwi do baru.

Zanim wepchnal przez nie swoja ofiare sprawdzil czy aby nie ma tam zbyt

wielu ludzi. Niestety zupelnie pusto nie bylo. Barmanka parzaca kawe za

wysokim barem, kobieta w towarzystwie trzech ogolonych lbow siedzaca

w kacie sali….

„..ostatni raz taki tlok widzialem pod Wiedniem, jak Sobieski podjechal“ –

zaklal Turek i wepchnal artystke na krzeslo przy stoliku tuz obok drzwi.

Po dluzszej chwili, kiedy odkryl polozenie toalety oraz wyliczyl, ze raczej

malo prawdopodobne aby ktos mial tak duze zatwardzenie aby okupowac

kibel tak dlugo (zwlaszcza ze byla wigilia i wszyscy jescze na glodniaka)

zaczal uswiadamiac artystce co ja spotka, jesli sie nie pospieszy

z sikaniem lub bedzie z kimkolwiek rozmawiac lub wytnie jakikolwiek

z numerow…….. ktore zaczal wyliczac…..

Artystka czujac, ze predzej sie z sika niz on skonczy swoja wyliczanke,

patrzyla na niego blagalnym wzrokiem a w jej zielonych oczach pojawily

sie lzy.

Turek widzac ze to nie przelewki, ze jego ofiara ciagnie a raczej trzyma

juz resztkami sil i zaczyna jej sie przelewac przez oczodoly, warknal po

niemiecku ze moze isc i  pelen leku zastygl w oczekiwaniu … co tez

scenarzysta za niespodzianke przygotowal mu pod choinke?

Artystce nie trzeba bylo dwa razy powtarzac (nawet po niemiecku)

zaciskajac mocno uda  i jedna powieke ddotarla szczesliwie do toalety.

Tam odetchnela z ulga, przetarla oczy z kropel (okazalo sie ze to byly

lzy)  i zaczela sie rozgladac za droga ucieczki.

Do dzisiaj nie wiadomo, czy artystka po 6 latach intensywnej nauki jezyka

niemieckiego komletnie nie zrozumiala grozb Niemca, czy tez byla tak

odwazna (glupia), w kazdym badz razie wywalila caly scenariusz do gory

nogami i zaczela sie wydzierac z kibla w niebo glosy wzywajac pomocy.

Pomoc zjawila sie jak za dotknieciem czarodziejskiej rozdzki, bo zaraz za

artystka do toalety weszla kobieta, ta ktora siedziala z lbami przy stoliku.

Ale zanim artystka ja zobaczyla zdazyla sie juz drzec przez ladnych kilka

sekund.

Na wolanie o pomoc, takze porywacz i lby rzucili sie do damskiej

toalety, zupelnie jakby koledy uslyszeli.

Na szczescie dla artystki lbow bylo wiecej i siedzieli blizej toalet i  pomimo

swej ogromnej odwagi i meznosci,  Turek uznal przewage liczebna i

zakresliwszy szeroka volte szczesliwie dotarl do drzwi i wyskoczyl na

zewnatrz.

W tym czasie artystka przestala juz sie wydzierac, szybko opowiedziala o

porwaniu, pokazala slady na szyji i brzuchu od ukluc nozem i  wymienila

atrakcje jakie ja czekaja gdy ja Turek dorwie.

Kobieta i  lby uwaznie przygladali sie sladom ukluc,  zastanawiajac sie czy

nie daloby sie tego przypadkiem jako stygmaty zakwalifikowac i jeszcze

pod choinke jakas kaske dorobic.

Ostatecznie jednakze postanowili zawezwac policje w obawie ze artystka

znowu zacznie sie wydzierac.

W tym czasie na zewnatrz baru, na siarczystym mrozie rozgrywal sie

prawdziwy dramat. Fuat dzieki swojemu instynktowi przetrwania domyslil

sie juz, ze scenarzysta wycial mu glupi numer i  zawiadomil policje.

Postanowil wiec nie czekac na decydujaca rozmowe z rezyserem i

odjechac swym pieknym podrasowanym BMW M3 cabrio na niemieckich blachach.

Roztrzesionymi ze zdenerwowania lub zimna (scenarzysta nie okreslil

dokladnie) palcami (u rak) probowal przekrecic kluczyk w zamku w

drzwiach swego auta. Niestety, na prozno. Zamek zamarzl. Jeszcze chwila

i  to samo grozilo wlascicielowi auta. Gdy po raz kolejny probowal

podgrzac kluczyk zapalkami zabranymi „dziewczynce“ , pod bar

podjechala policja swoja sportowa NYSKA.

Fuat bez chwili zastanowienia rzucil sie na druga strone samochodu

szukajac schronienia (przed zimnem ?). Kiedy juz w koncu czul jak

puszysty snieg amortyzuje upadek jego ciala, jego oczy wpatrywaly sie w

niedomkniete drzwi pasazera. Byl ocalony..

Policjanci po krotkiej rozmowie z artystka podjeli sluszna decyzje aby

rzucic sie w pogon za przestepca na piechote zamiast scigac go przy

uzyciu sportowej NYSKI.

Zanim jednak dobiegli do samochodu Fuata, on przeczolgal sie na

siedzenie kierowcy, odpalil silnik i  wciskajac gaz do dechy z triumfalnym

usmiechem odjechal w sina dal.

Przynajmniej przez chwile byl szczesliwy, tzn dokad nie dojechal do ruskiej

granicy :) .

Co sie dzialo z niemcem przez nastepne pare tygodni ? Nikt nie wie.

Policja ostatecznie zabrala artystke na posterunek skad mogla zadzwonic

do Don Giovanniego !!!!!!!!!

DLACZEGO ??????????????????????

DLACZEGO WYBRALA WLASNIE JEGO ????????????????????????

DLACZEGO NIE ZADZWONILA DO DYRYGENTA ?????????????????

(- kompletnie porabany ten scenariusz, albo kartki sie posklejaly……..)

Gdy telefon zadzwonil, DG byl jeszcze w domu bo jakos nie mogl sie

wybrac na rodzinna wigilie.

Kiedy artystka zdala mu relacje przez telefon krew w zylach DG wzburzyla

sie do granic zawalu i  bez chwili zastanowienia (niestety) wskoczyl w

swoje podrasowane BMW M5  i  pogdal na odsiecz wybrance.

Nie moze byc przeciez tak zeby nasze polskie kobiety jakis

Turek w jasyr bral !!!!! .

Potem juz wspolny sylwester i  karnawal, wspolne plany na przyszlosc,

…. ze razem firme Don Giovanniego poprowadza …. a jak sie rozwinie to

zainwestuja w mode i  artystka bedzie mogla w koncu projektankta zostac.

Ach te marzenia …………!!!!!!

Zycie zaczyna sie toczyc wiec normalnie, przerywane od czasu do czasu

tylko telefonicznymi awanturami pomiedzy artystka i  Turkiem, ktory w

zadnym chrzescijanskim jezyku nie chcial przyjac do wiadomosci, ze

miedzy nimi koniec.

I zamiast sie z tym pogodzic, ktorejs nocy niczym piorun kulisty wtargnal

do mieszkania w ktorym artystka i  DG wlasnie „bawili sie w doktora“.

Nie dosc ze skurczybyk wtargnal calkiem ubrany co oznaczalo ze nie chce

sie przylaczyc, to jeszcze wymachiwal scyzorykiem, takim w sam raz do

oprawiania niedzwiedzi.

DG natychmiast bohatersko wypial piers, aby odwrocic uwage przeciwnika

od bardziej delikatnych czlonkow swojego pieknego ciala i juz,  juz mial sie

rzucic na najezdzce w samoobronie, kiedy pomiedzy nich wkroczyla

artystka calkiem naga.

No… nic tak nie lagodzi obyczajow jak kobiece kragle cialo, wiec i

Niemcowi opadly nieco emocje i scyzoryk i zrobilo sie miejsce do

negocjacji.

W trakcie chwilowego rozejmu, DG zdolal wciagnac spodnie , bo umierac

z gola pupa Polakowi nie przystoi.

Zreszta o umieraniu juz nie bylo mowy, bo artystka postanowila

zalagodzic sprawe i wyprosila Don Giovanniego za drzwi.

Co wydazylo sie pozniej …..za zamknietymi drzwiami, Don Giovanni mogl

sie tylko domyslac. Efektem tych wydarzen byla wycieczka artystki

nastepnego dnia na prokurature i zamkniecie FUATA w sledczym.

Wtedy Don Giovanniemu to zaimponowalo i nie dalo (niestety) do

myslenia nad metodami stosowanym przez artystke.

Po 13 latach mial doswiadczyc tego samego. (prawie)…..

Po wplaceniu kaucji za synka, ojciec rodu Salcich na dobre zabrania mu

kontaktow z Anna Dlugolecka i od tej pory sluch po narzeczonym zaginal.

Przynajmniej jeden sie posluchal.!!!!!!!!!!!

Od tamtego wydarzenia w polskim slowniku znalazlo sie przyslowie :

„madry Turek po szkodzie“

Po zakonczonej wojnie polsko-tureckiej DG  i  „artystka pozniejsza“

rozwijaja firme,  w 1998 roku biora slub w Lisbonie, kupuja dom pod

Warszawa i rok pozniej rodzi im sie coreczka.

Wszystko uklada sie jak po masle. Firma kwitnie,. W jej rozwoju nie

przeszkadza takze cala masa nasladowcow ( w ciagu 5 lat powstaje na

polskim rynku ponad dwie setki podobnych firm i  walka konkurencyjna jest

coraz bardziej zaciekla). Krach nadchodzi wraz z kryzysem na rynku

budowlanym w 2001.

Zobowiazania wzgledem dostawcow przekraczaja 1,5 mln zl.

Pomimo tego, ze po stronie naleznosci bylo troche wiecej, to ciagnace sie

od ponad roku kontrole (naslane przez konkurencje) z urzedu

skarbowego, zusu oraz nnych instytucji (wspierajacych przedsiebiorczosc

w naszym kraju) skutecznie paralizuja normalne funkconowanie.

DG postanawia wiec zamknac firme i  rozpoczac na nowo , samodzielnie,

bo artystka zapowiedziala mu kategorycznie, ze ma dosc i ze chce

projektowac mode i ze jesli ma jej sie udac, to uda sie jej nawet bez

pieniedzy … od zera ……..i ze zaczyna od studiowania mody.

Ukonczyla wiec szkole projektowania, DG sfinansoal jej pierwszy pokaz

mody a potem wszystkie kolejne az do konca 2007r.

(Czesc z tych wydarzen udalo mi sie juz opisac na lamach tego bloga a

reszte opisze wkrotce.)

Jak sie okazalo wiele lat pozniej, w tym samym czasie Anna Dlugolecka

(zona DG) nawiazala ponownie kontakt z Dariuszem Mikulskim, ktory w

miedzyczasie jej przebaczyl jak i  ona jemu, dorobil sie wlasnej firmy

impresaryjnej w Niemczech i  dyplomu doktora muzyki w Polsce i coreczki

dokladnie w tym samym wieku i o tym samym imieniu co artystka z DG.

Milosc pomiedzy artysta i „artystka przyszla“ – odzyla.

Niestety dopiero teraz wiadomo, ze sie w tym czasie spotykali.

Nie przeszkodzilo to jednak artystce w nawiazaniu „znajomosci“

z misjonarzem do ktorego po raz pierwszy pojechala pod koniec 2003

roku a w 2004 przeprowadza sie do niego na stale.

(ale to juz na tym blogu….. bylo………………)

Aby nie uchodzic za niewierna zone, ktoregos dnia roku 2004 powiedziala

Don Giovanniemu ze go nie kocha , nigdy nie kochala i trudno jej

zachowanie nazwac zdrada, bo zanim cokolwiek zrobila, to w myslach

wypowiedziala, ze go nie kocha …2 razy i ze go zostawia na zawsze …1 raz i

jedyne co ich laczy to wspolny interes i corka i po tych slowach……….do

mesjasza poleciala.

DG dzwiga wiec z duma swoje piekne poroze, zglasza sie na ochotnika do kolka

lowieckiego i cierpliwie czeka na swoja kolejke na odstrzal.

Pomimo tego, ze dorosly z niego juz byl samiec i osobnik o dosc wybujalej

wyobrazni to zadna iskra- zadna mysl  najmniejsza nie przeskoczyla pomiedzy jego

bujnymi  rogami i do samego konca nie wiedzial, ze to najpierw on musi sie

wystrzelac z kasy.

Radosnie  finansuje wiec artystke.

W Afryce artystka „tworzy“ z mesjaszem, jednym a potem drugim,

naromiast z Dyrygentam „tworzy“ podczas wspolnych podrozy do

Tajlandii czy na Zanzibar.

Placi oczywiscie za wszystko Don Giovanni myslac ze na „sztuke i wspolny

interes lozy“ i  „dla dobra corki“.

Artystka zapewnia co chwile DG ze juz wkrotce sie usamodzielni i  ze jego

inwestycja w mode zacznie sie zwracac, bo ona wlasnie uruchomila

produkcje sukienek w Zimbabwe (cokolwiek to mialo oznaczac)….ale to

juz bylo……

UFFF … na dzisiaj wystarczy, w nastepnej odslonie dowiecie sie jak to

artystka zostala impresario zespolu Reggae z Zimbabwe i jak to Don

Giovanniemu przyszlo zaimportowac tych czarnych do Polski i

zorganizowac im tourneeeeeeeeeeeeeee.

============================================================================

26.01.2010

A oto pierwsza reakcja artystki.

Slowa pelne uznania  dla kunsztu bajkopisarstwa Don Giovanniego, stawiajace go conajmniej  na rowni z Galem anonimem.

Po odcedzeniu tresci, dla zachowania prawdy obiektywnej publikuje smsa artystki.

W odpowiedzi DG odpisal, ze ubolewa bardzo nad ta sytuacja i dla zachowania rownowagi w przyrodzie,

gotow jest poddac sie finansowaniu przez artystki przez nastepne 5 lat,

w zamian za co z nieukrywana radoscia  pozwoli soba w podobny sposob pomiatac.

Juz nawet stworzyl liste  krajow do ktorych za pieniadze artystki wyjedzie, a teraz siedzi nad pomyslem na business,

ktory okaze sie jego marzeniem i bedzie wart kazdych pieniedzy ktorymi ona dysponuje.

Na wypadek niepowodzenia, od razu uprzedza ze on w tym wszystkim poszukuje swojej drogi w zyciu  i nie moze

biedaczek za cholere sie w nim odnalesc.

.

WALENTYNKI , WALENTYNKI…..

 

Bedzie banalnie ale w koncu kazda historia milosna tak sie

zaczyna , a WY zasluzyliscie naprawde na urocza idylle w

zamian za wczorajszego dolujacego posta.

Poza powyzszym czas jest najwyzszy aby przedstawic Wam

Moi Drodzy Blogo Czytacze kobiete, ktora DG sobie wymarzyl,

ktorej obraz nosil w sercu odkad zobaczy jakis l teledysk

Petera Gabriela .

O ktorej snil po nocach I wierzyl gleboko, ze istnieje gdzies na

swiecie (lub istniec wkrotce zacznie) I ze w najbardziej

odpowiedniej chwili swojego zycia ja pozna, uwiedzie i

zawiedzie na swym bialym rumaku w czarna otchlan zycia.

Ta kobiete, lub raczej marne , drobnej jej czastki od czasow

przedszkolnych odnajdowal w kazdej napotkanej w

przedszkolu, szkole, ulicy, tramwaju, koloniach, dyskotekach

dziewczynce/kobiecie co spowodowalo, ze wiecznie chodzil

zakochany I nie istnialo dla niego pojecie brzydkich kobiet.

Poznawal ich w zyciu duzo I kiedy tylko odkrywal ze obecna

nosi w sobie zbyt malo sladow jego marzenia, natychmiast

zmienial ja na nastepna.

Nie oznacza to wcale, ze kazda kolejna znajomosc przyblizala

go bardziej do wymarzonego idealu. Fascynujaca jednak byla

DROGA. I kiedy juz juz DG nabral niepewnosci czy aby

koniecznie chce osiagnac CEL, czy aby na pewno chce poznac

KOBIETE SWOICH MARZEN ….LUP !!!! stalo sie !!!!!!

… ale zanim landrynki obleja Wam powieki, a lica sploni

rumien niesmialosci od tej przepojonej eroztyzmem historii

….. jak zwykle w takich okolicznosciach cofnijmy sie w

przeszlosc, odgrzebmy troche korzeni…..

……stworzmy nastrój do opowiesci o milosci wielkiej :)

 

GOSCIE , GOSCIE………

 

Jest rok 2005 , czerwiec ….

Artystka  jak wiemy przebywa w tym czasie w Zimbabwe u  swojego “swietego” kochanka Mesjasza z ktorym posrod

Gor  Matopos i  bezdrozy w bushu razem i codziennie  poszukuja

drogi  zyciowej  dla  Artystki.

Ona kroczy dumnie choc na oslep, a on wplatany w te

wszystkie wloczki, uwiklany w nitki z oczami skupionymi w

dziurach pisze peany na jej czesc I skladal hold zaraz po

wyjsciu z kosciola.

Drugi z kolei kochanek Artystki (lub pierwszy wlasciwie …. ta

historia zaczyna mnie przerastac) , tym razem “dmacy w rog

stalowy” (waltornie) przyszly Dyrygent, uczac sie fachu w

niepokoju wypatrywal Artystki czy aby nie zabladziwszy gdzies

w afrykanskim bushu nie wyjdzie przez przypadek z za rogu

domu na ulicy w Stuttgarcie.

W tym takze czasie piecioletnia coreczka DG i Artystki

uczeszcza w tym ze bushu zimbabwianskim do szkoly

studiujac jezyki NDEBELE i SHONA, rownie przydatne w zyciu

bialego czlowieka co spowiedz i rozgrzeszenie.

Tymczasem DG zgodnie z wola  zony (wtedy jeszcze w stanie

separacji) ktora go opuscila  byla 1,5 roku wczesniej, probuje zycia

na wolnosci. Pierwsze kroki stawia nieporadne i czasami kazdy

w inna strone.

Nie wiedzac wlasciwie co zrobic z tak ogromna iloscia wolnosci

jaka spadla na niego niczym kometa na nasza ziemie w Triasie,

DG zaprosil pewnego piatkowego wieczora kilkoro znajomych

do swojego domu celem przedyskutowania tematu.

Posrod znajomych, ktorzy przybyli na panel , DG rozpoznal

Jerrego (przyszlego Tar-zana) z Dana, kolege Muzina (wlasnie

wrocil z RPA), Atu-Atu (kolege Muzina) i rozpoznal takze wiele

innych nieznanych mu osob, ktore byly znajomymi znajomych.

Jak wspomnialem ….. byl czerwiec.

Pierwszy weekend pamietnego goracego lata roku 2005.

Imprezka  zaczela sie niewinnie, w ogrodzie przed domem…

… I nikt nawet w najbardziej koszmarnych przewidywaniach nie

wierzyl, ze potrwa do konca sierpnia 2005.

Taaaaaaa……

Fajnie bylo…..przynajmniej takie relacje krazyly po wsi.

Juz w drugim tygodniu imprezy (non stop), DG mial absolutnie

dosyc, ale jako gospodarz nie bardzo mial dokad sobie pojsc.

Zdesperowany, juz nawet chcial namiot kupic i w ogrodzie

rozbic, coby miec tylko dla siebie kawalek wlasnego eM.

Pomysl byl dobry, ale DG musial go zaniechac z obawy ze

jeszcze sie w nowym “mieszkanku” zgubi i jakas imprezka go

ominie.

Z odnajdywaniem sie natomiast w jego murowanym mieszkanku

nie mieli najmniejszego problemu goscie pomimo tego ze

zasadniczo odziennie sie zmieniali.

Zmieniali sie i zmieniali …….Z wyjatkiem wiernego sluchacza i

prelegenta w jednym tzn Jerrego.

Nie opuscil on ani jednej nawet kolejki , ani jednego drinka nie

pozwolil wypic sobie za plecami albo wylac za kolnierz.

Przez miesiac picia i balangowania, Jerry codziennie

podejmowal  heroiczne  proby opuszczenia domu DG, w

czym skutecznie przeszkadzaly mu kolejne rzucane pod

nogi kliny.

Jego ruchy paralizowaly wyrzuty sumienia w trosce o DG ,

ktorego bal sie zostawic na pastwe komarow i nastepnej tury

gosci.

I tak oto po miesiacu balowania Jerry stracil nadzieje na

“wyprowadzke” i wspolnie z DG wypracowali pewien system

egzystencji, ktory umozliwial zycie na haju bez opuszczania

posesji i bez koniecznosci pracy.

Dysponujac telefonem komorkowym oraz coraz szerszym

gronem znajomych jego dziewczyny Dany, zapewnili sobie

codzienne karmienie i pojenie w zamian za mozliwosc

“posluchania pieknej” muzyki w towarzystwie przystojnych

mezczyzn.

To sluchanie muzyki zazwyczaj trwalo do 4 lub 5 nad ranem,

kiedy to juz wyczerpane sluchaniem muzyki ciala DG i Jerrego

opadaly bezwladnie na dowolnie wybrane sofy a nowo przybyli

goscie z lepszym lub gorszym skutkiem znajdowali

samodzielnie drzwi wyjsciowe.

Przebudzenie nastepowalo z reguly ok godz 17, kiedy to

nabrzmiale od muzyki glowy dopominaly sie jakiegokolwiek

plynu. Po uzupelnieniu  elektrolitu przenosili zie zazwyczaj do

ogrodu coby z pieknego lata

przynajmniej

krztyne

promieni

slonecznych

uszczknac

szczypczykami

do szpinaku..

Tam posrod bujnej roslinnosci ,

schronieni za wysokie tuje,

wystawiali bezwstydnie na swiatlo dzienne

swoje dlugie ….

torsy

(ha…. Tu Was mam !!! Pobudka !!! Rozmarzyliscie sie co ???!!!

oczywiscie, ze torsy !!!!

czy ktos z Was przeczytal cos innego ????

jesli tak to zaznaczam ze pokazywali z reguly torsy ,

a to co chcielibyscie przeczytac tez sie zdarzalo…..oczywiscie….)

Ok. Godz. 20 nadchodzila pora karmienia i zjawiala sie Dana z

duza porcja nowych gosci ….

… i z coraz wiekszym zatroskaniem patrzyla na “domownikow”.

Ona jedna biedna co nigdy ale to nigdy nie pila. (Jakis defect

miala, cy cus ?)

Po 2 miesiacach balowania, powieki Jerrego wlasciwie juz nie

chcialy sie otwierac, a on sam spuchl od tej muzyki o jakies 10 kg.

DG prezentowal sie zdecydowanie lepiej, przytyl jedynie 9,5 kg,

moze dlatego, ze zasadniczo staral sie nie mieszac…….. sluchanej muzyki.

Tak wiec roznic bylo miedzy nimi co nie miara., ale nabrali takze cech wspolnych.

Obydwaj przestali rozpoznawac Dane, natomiast kazdy nowo przybyly wydawal im sie znajomym od piaskownicy.

Delirka trwala w najlepsze do polowy sierpnia i kiedy DG byl juz tak blisko, bliziutenko osiagniecia celu glownego bohatera z

filmu “Living Las Vegas”, kiedy brakowalo juz mu tylko kilka dni aby dogonic lidera, ktorys z gosci byl na tyle brutalny i

nietaktowny, ze zdradzil DG najwiekszy secret i powiedzial, ze Nicolas Cage nadal zyje i ze nawet rezyser nie chcial go wylac

z roboty za to chlanie na planie.

DG stracil wiec kolejny sens zycia i wtedy zadzwonila Artystka wprost z Zimbabwe.

Poprosila go aby pojechal na spotkanie jakiejs fundacji artystycznej w centrum Warszawy.

DG oczywiscie sie zgodzil, choc nie mial zielonego pojecia po jaka cholere Artystka go tam wysyla,

ale myslenie o tym sprawialo mu wyrazny bol, wiec to zmartwienie pozostawil

sobie na nastepny dzien, a poki co …. Muzyka !!!!!!!!!!

Dzien 18 sierpnia 2005 (dzien urodzin Artystki !!!) rozpoczal

sie zaraz po polnocy i zastal DG “wsluchanego w muzyke” na srodku salonika.

Wokol wirowaly ciala, w sposob zupelnie dla DG niezrozumialy.

Przeczyly one bowiem wszelkim prawom grawitacji i zdrowemu rozsadkowi.

Az dziw, ze przez 3 miesiace “koncertow w tej filharmonii” obylo sie bez ofiar smiertelnych i trwalych kalectw.

Od obserwowania plasow tanczacych gosci ok godz 6 rano DG zakrecilo sie w glowie i jego radar naprowadzil go za reke na

najblizsza sofe. Tuz przed oddaniem sie blogiej lewitacji zazyczyl sobie od Dany aby go kategorycznie zwlokla z lozka

ok 15, bo na 17 musi byc w centrum miasta a to odleglosc ok 30 km.

Po odebraniu roty od Dany, zmeczony DG zasnal z poczuciem cudownie spedzonego kolejnego dnia w tym bezsensownym zyciu.

Kiedy w swej podrozy po drodze mlecznej byl juz tak blisko Jowisza ze wystarczylo zdjac kapcie aby go dotknac bosa stopa,

jakis brutalny barbazynca bez cienia istnienia serca w jego grzesznym ciele szarpal DG za jego kombinezon kosmiczny

a ryk w intercomie powodowal smierc kolejnych komorek nerwowych w jego lewitujacym mozgu.

DG z trudem uniosl oslone helmu i w blasku slonca zobaczyl nachylona nad nim DANE. Byla bez kombinezonu kosmicznego.

Jak jej sie udalo przetrwac tak niska temperature w kosmosie bez kombinezonu kosmicznego ?

Jak ONA egzystuje w otoczeniu zer  absolutnych? I co z tlenem ? dlaczego nie ma helmu ?

no i przede wszystkim czego tak sie DRZE ? prom kosmiczny sie jara , czy co ?

DG postanowil nie reagowac na ta zjawe, bo najwyrazniej nie mogla byc realna i juz zaczal zdejmowac kapec aby dotknac

stopa powierzchni Jowisza, kiedy jakies UFO wyrwalo mu kapec z rekawicy i zaczelo okladac po helmie.

No….. tego to juz bylo zdecydowanie za wiele nawet dla DG. Postanowil dobyc swojego laserowego miecza usiepac tepych

najezdzcow z kosmosu kladac tym samym kres panoszeniu sie bez szacunku najmniejszego .

Po chwili poszukiwan w koncu poczul jego twardza jrekojesc i juz juz chcial nim postraszyc kosmitow, gdy przerazliwy krzyk

sparalizowal jego receptory.

“to tchorzliwe ufojadki” – mial juz pomyslec DG, gdy jego receptory przetworzyly signal na zupelnie inny jezyk :

“DG !!!! DG !!! nie lej do lozka …….. !!!!!!”

Ta komenda zupelnie zbila z tropu dzielnego DG i spowodowala nawet chwilowe poluzowanie uscisku (co przynioslo mu swoista ulge) .

Spowodowala takze niestety brutalny powrot na ziemie.

A Jowisz byl juz tak blisko…. Tak blisko byl …..

Pierwszy kontakt z cywilacja ziemska zawsze jest trudny.

Ludzie sa jacys tacy rozmazani, niewyrazni, gadaja za glosno a mimo wszystko niezrozumiale.

Jednak wrodzony talent DG do jezykow obcych, spowodowal ze w tym calym belkocie wylowil slowo “pietnasta” i z nienawiscia

do calej cywilizacji na ziemii przyjal pozycje siedzaca.

Kiedy juz w koncu mieszkancy ziemi nabrali bardziej ostrych ksztaltow,

DG rozpoznal, ze podobnemu procesowi zciagania na ziemie jest wlasnie poddawany Jerry,

ktory najwyrazniej byl juz gdzies na koncach galaktyki, bo Dana nawet z  predkoscia mysli nie byla w stanie go dogonic.

Wspolczujac jej wysilkom, DG nastwil nozdrza w kierunku barku skad spodziewal sie wywachac choc odrobine wilgoci.

Jak zwykle trafil w dziesiatke (zeby nie powiedziec w setke) i znalazl nawet spora ilosc wilgoci ladnie skupiona w butelce

i zakorkowana coby nie przyciagala wiekszej ilosci osobnikow z kosmosu i okolic.

Pomimo usuwajacej sie z pod nog podlogi (widocznie trwalo kolejne trzesiemie ziemi) DG kilkoma susami osiagnal barek

i w ostatniej doslownie chwili zdazyl chwycic butelke z wilgocia  zanim spadla na podloge w wyniku trzesienia.

Nie zwracajac kompletnie uwagi na walace sie wokol sciany, DG nalal sobie pokaznego drinka wilgoci

i wypil jednym duszkiem.

Jak za dotknieciem czarodziejskiej rozdzki (a moze fleta ?), trzesienie ziemi ustalo i DG mogl sie rozejrzec coby oszacowac staty.

Nie bylo najgorzej. Richter sie nie wysilil albo blefowal.

Sciany staly na miejscu pionowo, klepka lezala poziomo, podobnie jak Jerry.

“ nastepny dom zbuduje w rejonie o mniejszej aktywnosci sejsmicznie” – postanowil DG i skierowal sie ku przyjacielowi

nad ktorym pastwila sie jego dziewczyna.

Widzac jej bezskuteczne proby dobudzenia Jerrego, bez slowa (w jej jezyku dzisiaj DG postanowil nie rozmawiac) odsunal jej

reke i podetknal drinka pod nos Jerremu.

Tego najwyrazniej bylo trzeba dzielnemu Tar-zanowi. Nie bedac w stanie otworzyc ust, zaczal wciagac klina nosem.

“no nie….” – pomyslal DG – “ musimy zrobic sobie przerwe, bo za chwile bedziemy mogli wprowadzac alcohol juz tylko w

postaci czopkow, co zdecydowanie obnizy walory estetyczne konsumpcji”

Po odczekaniu paru minut, w czasie ktorych Dana chciala wzywac pogotowie , DG udalo sie odwiesc ja od tego pomyslu

argumentujac, ze nie dysponuja taka iloscia alkoholu w domu zeby tu jeszcze cala ekipe karetki goscic.

Po tym chwilowym zwyciestwie, DG glosem zdecydowanym na jaki moze sie zdecydowac jedynie ktos kto z

niejednego kubla pil i  na niejednym spal trawniku, wiec glosem zdecydowanym … zarzadal natychmiastowej przerwy w libacji,

gdyz on musi spelnic dobry uczynek i za 1,5 godziny porozmawiac z artystami w jakiejs fundacji.

Mowiac te pelne odwagi slowa staral sie patrzec w oczy Jerremu, ale ten osiagnal poziom stuporu katatonicznego

i z oczami szeroko zamknietymi ale pelnymi nadzieji wpatrywal sie niemo w reke DG w ktorej znajdowala sie butelka,

w ktorej znajdowala sie spora ilosc wilgoci.

Po chwili uniesienia i po zachwycie nad swoja elokwencja DG z rezygnacja rozlal pozostala czesc wilgoci na 2 szklanki

i z oczami pelnymi lez (to byla ostatnia wilgoc w domu) jedna podal Jerremu.

Ten bez chwili szacunku zadnego (bez jednej lzy) wychylil ja jednym lykiem i po sekundzie byl z powrotem

na koncach galaktyki.

DG ze smutkiem (nie lubi pic sam) wychylil swojego drinka i zaproponowal Danie, ze zaraz podrzuci ja do Warszawy,

tylko jakis szauer wezmie.

Wspomniany szauer udalo sie znalesc po dluzszej chwili poszukiwan w lazience i to w najbardziej bez sensownym

miejscu czyli wiszacy bezczynnie nad wanna.

“Branie biernego Szauera” trwalo dosyc dlugo, bo DG przy uzyciu wszystkich dostepnych szamponow i mydel probowal

pozbawic swoje cialo dziwnego zapachu, ktory wzial sie niewiadomo skad.

Chyba z kosmosu ?  taki wniosek pasowal mu najbardziej i stwierdziwszy,

ze jest to nie do usuniecia (w koncu jestesmy czescia galaktyki) wskoczyl czym predzej w swieze ciuchy,

wylawszy na nie uprzednio caly flakon wody kolonskiej.

“MMMMMMM…. Jak pieknie “– zaciagnal sie tym zapachem DG

–“boze , zaraz sie porzygam” , najwyrazniej DG nie posluzyl jednak ten zapach.

Oddychajac gleboko co drugi krok, szybko zszedl na dol i zobaczyl jak Dana pieszczotliwie przykrywa kocem Jerrego.

“ Ech…. Co za milosc !!!!!” – westchnal I poszedl poszukac samochodu.

Za chwile dolaczyla Dana i DG mogl ruszyc samochodem w kiedunku bramy.

Po pokonaniu 200 m (o tyle jest oddalony dom DG od pierwszego asfaltu) Danie zrobilo sie niedobrze

i trzeba bylo sie zatrzymac coby wywietrzyc Don Giovanniego.

Zezlony DG nawymyslal Danie ze moglaby tyle nie pic i pootwierawszy wszystkie okna i dach w samochodzie

ruszyli ku wielkiemu miastu.

Z drogi do Warszawy DG pamieta jedynie walke z silnym wiatrem i proba skupienia na prosbie Dany,

ktora w najblizsza sobote (czyli jutro) chcialaby urzadzic urodzinowa imprezke i zaprosic “dla odmiany” swoich gosci do domu DG.

Nie bardzo mogl pojac o co Danie wlasciwie chodzi, przeciez i tak baluja non stop, ale skoro mielismy oficjalnie celebrowac

takie swieto to i oficjalne zgloszenie nalezalo rozpatrzyc.

Po chwili milczenia (ze niby sie zastanawia) DG oczywiscie z

radoscia przyjal informacje o kolejnej imprezce :(

Po tych ustaleniach Dana radosnie wyskoczyla pod swoim domem a DG udal sie na spotkanie fundacji,

nadal zupelnie nie rozumiejac po co tam idzie, z cicha nadzieja jedynie , ze moze darmowe drinki beda i jakos czas zleci.

Spotkanie bylo na ul. Marszalkowskiej.

Przed wejsciem do salonu w ktorym mialo odbywac sie spotkanie, klebil sie maly tlumek gosci o sredniej wieku 70 lat.

Wygladalo na to ze wszyscy sie znaja i w wiekszym lub mniejszym stopniu , na skale ogolna lub tylko wlasna sa ARTYSTAMI.

DG rozejrzal sie bezradnie dookola. Znikad pomocy.

Baru tez nie bylo na horyzoncie ani nawet polamanego stolika , byle by tylko z aperitiffem.

“DESERT na deser .Przyjdzie zdechnac …. z pragnienia” – westchnal DG I opadl beznadziejnie na krzeslo.

Przygladal sie znudzonym wzrokiem jak Artysci w podgrupach poklepuja sie po plecach, usmiechaja i “wchodza sobie nawzajem…”.

Godzina byla 17. Sloneczko jeszcze grzalo i nic dziwnego, ze DG zaczely sie zamykac powieki.

Walczac z ogarniajacym go snem (czyli wlasciwie walczac o zycie, bo gdyby zasnal i wyrznal glowa o betonowy chodniczek ul Marszalkowskiej,

to nawet w pobliskim szpitalu dzieciecym by go nie odratowali bo za krotkie lozka maja).

Kiedy wiec po raz drugi uratowal sobie sam zycie, przebudziwszy sie 5 cm od chodnika, postanowil wstac z krzesla i wyruszyc w poszukiwaniu jakiegos trunku,

bo fakt ze nie zginal od atakujacej go plyty chodnikowej, nie wyeliminowal calkowicie niebezpieczenstwa.

Grozila mu jeszcze smierc z pragnienia.

.

Ciag dalszy nastapi ….. milosc wielka nadejdzie wkrotce

(ja czekalem 41 lat na swoja Milosc aby ja poznac, Wam nie kaze

tak dlugo czekac…..)

.

Jak widac wracam do formy, bo tekstu o zespole reggae

oczywiscie nie napisalem (jeszcze troche Poczekacie) za to

wysmazylem tekscicho na 10 stron zupelnie o niczym …. :)

scena 1 strona 3 i 4

artystka udowadnia jak bardzo pilnie pracowala i doskonale

zarabiala w przeciwienstwie do DG :

A teraz troszku historii…

 

Dalej pismo do sadu:

I znowu troche historii…

scena 2 strona 6

artystka udowadnia cos zupelnie przeciwnego :

scena 3 strona 7

i w koncu artystka dochodzi do sedna :

Ach te fakty :)

.

 

Takie zachowanie artystki nazwalem (na wlasne potrzeby)

korpusem dualno-falowym, co w nomenklaturze fachowej

okreslane jest jako typowy objaw schizofrenii.

Jak sie okazuje mozna bez zadnej odpowiedzialnosci karnej

karmic sedziow tego typu frazesami a oni ze stoickim

spokojem lykaja te bzdety marnujac czas i pieniadze

podatnikow.

.

 

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.