
No I wreszcie !!!!!!!
Stalo sie !!!!!!!!!!!!!
Nasz bohater, nasz idoil wybawiciel Don Giovanniego, Dyrektor, Dyrygent Dariusz Mikulski pokazal w koncu ze ma jaja I ze niezly z niego kawalarz bo pozwal Don Giovanniego do Sadu o obraze majestatu!!!!!!!!!!!!
Wierni Blogo Czytacze ! W koncu slowo stalo sie cialem I mamy prawdziwy, najprawdziwszy z prawdziwych process o znieslawienie ….. !!!!!!!!
Pan Dyrektor-Dyrygent pozwal mnie malego I drobnego Don Giovanniego przed oblicze Sadu Najwyzszego, iz w blogu swym (znaczy sie tym) obrazam jego dobre imie, gdyz on nigdy ale to nigdy przenigdy nie mial romansu z zona DG, (ze nawet jej dobrze nie zna)…

…a w zwiazku z tym nie moglo to miec wplywu na fakt wyrezyserowania opery przez kosmetyczke z zawodu i ze oskarzenia te (o nepotyzm) uniemozliwiaja jemu biednemu robaczkowi wiarygodne prowadzenie jednostki budzetowej…..a poza tym,ze DG oskarza go w swoim (znaczy sie tym) blogu o kradziez……ale za to ….. bez wlamania.
Wezmy przez chwile na powaznie slowa Pana Dyrektora Dariusza Mikulskiego i zestawmy z zacytowanym na obrazku powyzej smsem. juz po krotkiej analizie wcale nie popartej naukowymi badaniami wyniklo by nam, ze kolega Dyrygent to mitoman i erotoman gawedziarz a tego typu zwierzenia czyni do ktorejs swojej reki…. to ja juz wole uchodzic za dupcyngera inwestora niz przyznac sie ze w wieku prawie czterdziestu lat nadal jade na recznym…a to chyba bedzie probowal przed sadem udowodnic Wybawiciel Don Giovanniego.
Po otrzymaniu oskarzenia z Sadu, DG zadzwonil wiec doDyrektora/Dyrygenta (robaczka biednego) i zaproponowal, aby ten akto skarzenia wycofal w zamian za co DG obiecuje nie wspomniec o tym ani slowem aby nie robic Dyrektorowi wiecej obciachu.
Po chwili, kiedy to Dyrektor odzyskal juz mowe odpowiedzial : “oddajmy krolowi co krolewskie a cesarzowi co cesarskie…..”i tu …… Don Giovanniemu az dech zaparlo z radosci, ze wreszcie Panstwo (Kochankowie z Werony – Artysci Prawdziwi) zechca oddac zainwestowana w ich opery i ksztalcenie kase i wlasciwie to juz nie bedzie mial im wiecej za zle, ze wyzywaja go od krolow lub cesarzow
a poki co moi Drodzy Blogo Czytacze w oczekiwaniu, az spelnia swoja obietnice mamy rozprawe, ktora odbedzie sie w Warszawie , na ktora Was wszystkich serdecznie zapraszam w charakterze swiadkow i widzow…. WSTEP WOLNY !!!!!!!!!! A o dokladnym terminie powiadomie na blogu….. tez nie moge sie doczekac !
)

SWIETO WSZYSTKICH ZAKOPANYCH I SPOPIELONYCH
czyli „Dobry katolik to martwy katolik“
zanim przesmykne sie do klu tematu , krotko nawiaze do dzisiejszej prasy w ktorej to przeczytalem,
ze niejaka DODA obrazila uczucia religijne (katolikow) i prowadzone jest przeciwko niej sledztwo na
podstawie donosu przewodniczacego Ogolnopolskiego Komitetu Obrony przed Sektami niejakiego Rysia Nowaka.
Od razu poczulem miete do niejakiej DODY i wyszedlem przy tym na nieuka i wsiocha bo kompletnie nie kojarze kobiety
ale o to mniejsza bo przyplusowala znajomoscia tematu z zakresu Biblii za co groza jej 2 lata odsiatki.
(Kocham ten kraj !!!!!!!)
Otoz podczas jakiegos wywiadu DODA powiedziala (cytuje za info w internecie )
“bardziej wierze w dinozaury niż w Biblię“,
bo ciężko wierzyć w coś, co spisał jakis napruty winem I palacy jakies ziola“.

Pominmy zatem kwestie wolnosci slowa bo ona zarezerwowana jest tylko dla katolikow. Ze niby nie mam racji ?
…… no to dowod jeden z wielu! – kolega Wojtek Cejrowski (ktorego nomen omen bardzo lubie i cenie za jego sposob na zycie i
umiejetnosc sprzedawania tego na zewnatrz) nazywa gejow pedalami i wszystko ma byc ok !!!!!!!!!

Pominmy zatem takze kwestie, iz Pan Rysio przewodniczy organizacji zajmujacej sie tepieniem konkurencji
dla kosciola katolickiego, ktory sam w sobie jest najwieksza sekta na swiecie …
…….bo spelnia wszystkie warunki jakie sa niezbedne aby tak ja okreslac.

Pominmy zatem takze fakt, ze uwielbienie katolikow do alkoholu jest atrybutem ich
religii, co potwierdzaja ksieza podczas kazdej mszy, kiedy to nawyzywawszy swoim
klientom (wierzacym) od alkoholikow, w 2 minuty pozniej zapijaja to kieliszeczkiem
(sorry) kielichem wina czyniac to bezczelnie na oczach spragnionych wiernych,
niepomni na wlasne nauki ze spragnionego nalezy przynajmniej poczestowac jesli nie napoic.
(przy okazji dodam iz popijane wino jest pedzone potajemnie i rozprowadzane bez banderol,
pomysleliscie o tym ? … jaki to rynek ?…. a jaki to wniosek ? ….
…..no nie podaruje sobie tego ,
….musze to napisac …..
najwieksza produkcje i dystrybucje nielegalnego alkoholu ma w Polsce …… kosciol !!!!)
Pomijajac cala ta kwestie musze jeszcze przytoczyc anegdote z Biblii, kiedy to Jezus
na jakiejs imprezce slubnej chcial sie zaprezentowac i zamienil wode w wino jakby
katolicy bez gorzaly nie mogli pobalowac.
Dlatego tez nastepnego dnia kiedy trzeba bylo kaca leczyc i wyslac kogos po wode -…. blagali,
aby poszedl ktokolwiek byle nie Jezus.

Tak wiec skoro pominelismy juz wszystkie istotne kwestie pozostaje sie zastanowic
za co naprawde (no bo przeciez nie „za prawde“) katolicy moga byc oburzeni na kolezanke DODE.
Otoz tylko i wylacznie za slownictwo.
Bo gdyby zamiast slowa „napruty“ uzyla „napity“ a zamiast „jakies ziola“ po prostu „maryche“ to wszystko
byloby ok, a tak moze byc pierwsza w Polsce skazana za nieumiejetny dobor slownictwa,.
Mogl on przeciez zasugerowac odbiorcom, ze tworcy Biblii to moczymordy icpuny a przeciez wszyscy wiemy, ze tak nie JEST !!!!
Bron boze !!!!!!!!!
Przeciez pierwsi papierze (prezesi) tej firmy / sekty , zbierajac do kupy luzne zapiski paru madrych ludzi
i wydajac je w formie Starego i Nowego Testamentu nigdy nie dotykali alkoholu i mlodych dziewczat (chlopcow),
odmawiali sobie dobrego jedzenia i wszystko co im bogaci przynosili oni oddawali natychmiast biednym.
I wogole cale zycie spedzili na poniewierce w kurzu i spekocie aby tylko katolicy mieli swoj elementarz.
Swoja misje doprowadzili do perfekcji i wydali cos co czytaja wszyscy i wszyscy maja nauki w niej zawarte gleboko w dupie.
Poczawszy od pijanych rozpustnych prezesow (papierzy) a na klientach (wierzacych) skonczywszy.
Bo jak inaczej nazwac zachowanie ludzi, ktorzy sluchajac „pieknych nauk o przykladnym zyciu“ ,
po wyjsciu z kosciola znecaja sie nad rodzina, pija, kradna i morduja.
Patrzac na ich zachowanie Don Giovanni postanowil nigdy w zyciu nie przeczytac Biblii bo niedaj bog stanie sie taki jak oni.

A skoro tak, to jak widac w podtytule tej opowiastki : „ dobry katolik to martwy katolik“ i za nim rzuca sie na DG coby go ukrzyzowac (co tylko potwierdzi ich
niewatpliwa tolerancje, dobroc i umiejetnosc przebaczania) postaram sie udowodnic moja teze.
Dowod bedzie krotki :
Po pierwsze, drugie …. i ostatnie :
martwy katolik nie grzeszy !!!!!!!!!!!!!!!!
Tak wiec umierajac uwalnia ten swiat od swojego bytu, ktory juz od samego poczecia byl efektem grzechu i tak juz mu zostalo do konca.
Ktos jednak moze mi zarzucic : „… przeciez tylu wspanialych ludzi bylo katolikami !“
odpowiadam wprost : swiat jest pelen zblakanych owieczek, a im ktos lepszy tym latwiej ulega socjotechnice.
Ta socjotechnika doprowadzona do perfekcji przez Watykan na przestrzeni dziejow, wpoila katolikom niewiarygodny strach przed smiercia.
W jej obliczu wali sie wszystko i nawet ksieza nie staraja sie z tym chwilowym brakiem wiary walczyc.
Przykladny katolik uczeszczajacy regularnie do kosciola i przyjmujacy sakramenty
(czyli w nomenklaturze pozostalej czesci swiata – przechodzacy nastepne stadia
wtajemniczenia) wie, ze jesli bedzie „grzeczny“ za zycia, to po smierci czeka go nagroda w postaci nieba,
gdzie jest cudownie i pieknie i bez problemow.
Jesli natomiast „grzeczny“ nie bedzie to wyladuje w piekle czyli bedzie mial przerabane na wieki wiekow.
Niesttety, jak juz wczesniej na lamach tego bloga pisalem, kosciol nie daje gwarancji
na zbawienie katolikom, nawet jesli przestrzegaja dekalogu.
A dlaczego nie gwarantuje ? – bo zbawienie jest produktem czysto marketingowym co dociera do katolikow dopiero,
gdy smierc odbiera im najblizszych.
Zamiast podskakiwac z radosci, urzadzac fieste i balowac calymi dniami i nocami na czesc umarlego
(bo przeciez w koncu przestal sie meczyc na tym ziemskim podole i ma okazje bez problemow istniec w raju lub niebie….jak zwal tak zwal),
katolicy wylewaja lzy, biadola i rozpaczaja na czym swiat stoi.
Zmiast w mysl doktryny katolickiej dzien pogrzebu uczynic radosnym swietem, oni czuja sie pokrzywdzeni i
nieszczesliwi nie myslac o tym, ze osoba ktora odeszla z tego porabanego swiata jest od tej chwili poprostu i zwyczajnie
WOLNA !!!!
(a wiec bylo nie bylo szczesliwa)
Nikt nie moze juz jej skrzywdzic. Nic zlego juz jej nie dosiegnie.
Takiego podejscia do tematu nie reprezentuja nawet sami ksieza, ktorzy podczas ceremonii pogrzebu beznamietnym glosem i ze wzrokiem tepo wlepionym w dziure
ziemii powtarzaja : „… cieszmy sie i radujmy bo oto Pan przyjal swoja owieczke do zycia wiecznego…“
Normalnie w takich chwilach wszyscy dookola powinni podskakiwac z radosci. Tanczyc, spiewac jednym slowem – cieszyc sie (szczesciem zmarlej osoby).
Juz slysze te slowa skierowane po adresem DG. Ze jest tepym cynikiem i ciekawe co by powiedzial gdyby jemu ktos naprawde bliski umarl ?????? !!!!!!!!!
Wiec DG odpowiedzial by, ze jego bol nie znalby granic, bo nie jest katolikiem i nie wierzy w brednie o zyciu wiecznym wiec zachowywalby sie uczciwie
w stosunku do swoich pogladow. I chodzilby oplakiwac droga mu osobe we wszystkich miejscach, w ktorych ramen przebywali.
I dlatego, niepojetym jest dla DG sposob rozumowania (lub raczej braku rozumowania) katolikow, ktorzy wbrew swojej religii Swieto Zmarlych uczynili
dniem smutnym i przygnebiajacym. Nie jest to natomiast wbrew ich sugestiom dzien refleksji, bo jesli przez 364 dni w roku nie zrozumialo sie idei gloszonej przez ich
religie to nie ma nadzieji ze stanie sie to wlasnie teraz.
I tym optymistycznym akcentem:
POZDRAWIAM WAS WSZYSTKICH Z OKAZJI DNIA WSZYSTKICH ZAKOPANYCH

PS. dla porzadku podam, ze zdjecia wykozystane w tej czesci bloga pochodza w ulubionego przez DG w ostatnim czasie kalendarza wyprodukowanego przez firme
„LINDNER“ zajmujaca sie produkcja trumien (www.zptlindner.pl)
No i to byloby na tyle refleksji, ktore przepelnily DG na 3 dni przed majaca sie odbyc kolejna sprawa rozwodowa, podczas ktorej to rodzice artystki beda zeznawac jaki to z
DG byl dran i przestepca i jak pastwil sie nad rodzina. Poniewaz sa praktykujacymi katolikami wiec nie cofna sie przed zadnym klamstwem i oszczerstwem i zdaje sie ze
ten etap rozwodu DG bedzie mial pod gorke. Jednak dzielny jest z niego ”maz” i zamiast chodzic po cmentarzach zastanawiajac sie po raz kolejny nad geniuszem
wiary katolickiej kompletnie niezrozumialej dla jej wyznawcow oddal sie czytaniu emailii od artystki co natychmiast wprawilo go w ”doskonaly nastroj” w sam raz na ta
chwile i natchnelo do napisania swojej auto kontra jej biografii.

Pora ku temu j est jeszcze t ym bardziej odpowiednia , gdyz juz w grudniu tego roku nasza najlepsza polska kosmetyczka wsrod rezyserow operowych
i jednoczesnie najlepszy polski rezyser operowy wsrod kosmetyczek bedzie przedstawiala „swoje dzielo“ czyli „Czarodziejski Flet“ na deskach samej OPERY WROCLAWSKIEJ.!!!!!!!!!
Poniewaz sukces jest gwarantowany (finansowy, bo t ylko takim DG w tej chwili jest zainteresowany) Don Giovanni zamierza sie zwrocic do Pani Michnik ( Dyrektora Opery) o sprawiedliwy podzial lupow.
Zapowiada sie wiec duzo szumu I pewnie wszyscy chcieliby wiedziec kim jest skad pochodzi, z kim chodzi I dokad zajdzie Anna Dlugolecka.
Tak wiec panie I panowie dziennikarze ! ponizej dostajecie gotowca ….
Za darmo (poki co….)
Nieautoryzowana biografia
Anny Dlugoleckiej I Dariusza Mikulskiego
w powiazaniu z autobiografia autoryzowana
Don Giovanniego
rok 1964 – bez wczesniejszych uzgodnien I bez porozumienia z nim samym ….. na swiat przychodzi Don Giovanni,…potem przedszkole, szkola podstawowa, pierwsza komunia, druga komunia, trzecia……,
w tym czasie w 1971r, gdzies na dalekiej prowincji w niewielkim miasteczku zwanym do dzisiaj Makowem Maz. przychodzi na swiat dziewczynka, ktora na zawsze zatruje zycie wielu ludziom…..
….DG nie majac poki co pojecia o jej istnieniu dzielnie kroczy przez zycie i konczy osrodek szkolno-wychowawczy a w 1983 podejmuje studia dzienne – czteroletnie, ktore szczesliwie (dla wykladowcow) konczy po 10 latach…
w tym czasie dziewczynka z Makowa dorasta……..
w tak zwanym miedzyczasie (czyli pomiedzy zajeciami w szpitalu i na uczelni) od 1984 roku DG pracuje Ii samodzielnie zarabia na utrzymanie swoje i otoczenia, a w 1988 otwiera swoja pierwsza firme (glupi I naiwny bo od tej chwili ma juz same klopoty I nigdy chwili spokoju)….
W tym czasie dziewczynka z Makowa dorasta nadal …..
W 1990 r DG poznaje swoja pierwsza zone I od razu zakladaja bardzo podstawowa komorke spoleczna. Brak doswiadczenia DG w tych sprawach wydluza mu okres podjecia decyzji o slubie do 5 lat;. Dopiero po 5 latach wspolnego mieszkania, niekonczacych sie imprezach i sprawdzeniu ze wybranka aby na pewno jest doskonala gospodynia , zeswietnie prowadzi dom , doskonale gotuje, ze jest w stanie wiele zniesc i wybaczyc wiele i ze lepszej to juz nigdy nie znajdzie, DG postanawia sie oswiadczyc i w czerwcu 1995 wypowiada sakramentalne TAK !!! …. na „wieki wiekow … AMEN“ ….
W tym samym czasie dziewczynka z Makowa dorosla bardzo i ukonczyla szkole podstawowa, liceum I studium kosmetyczne w Gdansku.
Czas jest pojeciem wzglednym i „wieki wiekow“ trwaly cale 3 miesiace, kiedy to DG podczas spotkania ze swoimi starymi przyjaciolmi wysluchal ich usprawiedliwienia z powodu nieobecnosci na jego pierwszym w zyciu slubie. To co uslyszal, rzucilo zupelnie odmienne swiatlo na jego wybranke. Wsciekly na przyjaciol, ze mogli mu przeciez przynajmniej wydatkow zaoszczedzic, po 5 latach wspolnego zycia i 3 miesiacach malzenstwa, trzasnal drzwiami zostawiajac wszystko i zlozyl pozew o rozwod.
Zachcialo mu sie takze rozwodu koscielnego I w tym celu udal sie do
KURII.
Tam, po godzinie oczekiwania na lawce (na szczescie nie na kolanach) w
przerazliwie zimnym I ciemnym korytarzu, sekretarka/asystemtka/sluzaca zwana potocznie siostra ksiezy zaprowadzila
DG przed oblicze dosyc opaslego papieza po czym po cichutku zamknela
drzwi jakby sie bala ze z futryn wyleca ,bo cegly nie na zaprawe tylko
chlopskie jaja byly murowane.
Papierz nawet nie ruszyl tylka z za biurka tylko popatrzyl groznie na
usmiechnietego DG i nie mogac sie doczekac , burknal pierwszy :
- niech bedzie pochwalony Jezus Chrystus …
- no….. niech bedzie…. Dzien dobry … odpowiedzial radosnie DG
- z czym synu do mnie przychodzisz ? – zadudnilo pytanie
DG wyjatkowo nie lubi kiedy ktos podszywa sie pod jego ojca, ale zeby nie
zadrazniac sytuacji I dac poczucie wladzy przeciwnikowi odparl grzecznie :
- trzy miesiace temu wzialem slub w kosciele I chcialbym sie teraz
rozwiesc…
I tu nastapil dziesieciominutowy wyklad na temat nieodpowiedzialnosci,
braku szacunku itd…. Przerywany sapaniem I przeklenstwami rodem
z samego Watykanu… DG sluchal cierpliwie udajac niedorozwinietego bo
inaczej musialby wstac I przylac papiezowi, ktory najwyrazniej go obrazal.
Na szczescie przestal go nazywac wlasnym synem, za co DG przyznal mu
jeden punkt I zakwalifikowal do dalszej konwersacji.
Kiedy papiez mocno juz sie zasapal, DG spytal uprzejmie :
- ile ?
I ku swojemu zdumieniu uzyskal bardzo precyzyjna odpowiedz bez
jednego nawet sapniecia:
- trzykrotnosc miesiecznego dochodu…
„shit ! czy on zglupial do reszty ?“ – pomyslal DG – „I jak tu czlowiek ma
byc uczciwy ?“
ale papiez najwyrazniej przejrzal pokretne mysli DG I nadal bez sapniecia
dorzucil :
- ale dochod przyjmujemy na podstawie zaswiadczenia z urzedu
skarbowego…
„to cwaniaczek drobny ! , to barbarzynca, zdzierca ! to konkwistador !!!“ –
DG nie wierzyl wlasnym uszom…. „Wiec nie ma problemu z rozwodem
koscielnym, jest to tylko sprawa kasy ??????!!!!!!!!!!!!!!!!!
DG postanowil sie wiec targowac I rozpoczal obslizgle :
- prosze pana, fakt ze prowadze firme nie dyskredytuje mnie w
oczach Boga wiec proponuje zwyczajowa stawke, czyli co laska,
czyli max 5 zl…
jednakze slowa DG jakby nie docieraly do siedzacego naprzeciwko, ktory
najwyrazniej obliczywszy sobie w myslach ile zarobi gdy zlupi DG, oddawal
sie blogiemu shopingowi czyli modlitwie (w nomenklaturze katolickiej).
Nie mogac doczekac sie zadnej reakcji DG postanowil podbic stawke :
- no dobra ,niech panu bedzie trzykrotnosc czyli 15 zl ..
nic…..
tylko cisza w odpowiedzi…
straszna cisza….
powietrze zaczelo powoli gestniec…
chyba bedzie lalo….
oczy papieza powoli nabieraja wyrazistosci,, jego duch powraca na ziemie,
jego sylwetka prezy sie coraz bardziej a usta otwieraja sie powoli….
Otwieraja sie I otwieraja…. Od wciaganego (gestniejacego) powietrza,
twarz papieza stala sie juz purpurowa, ale on nadal nie przestaje wciagac
…..
„shit „ – pomyslal DG – „ jak tak dalej pojdzie, to….“ Nie konczac juz
nawet mysli, rzucil sie w kierunku okna I otworzyl je na osciez.
Do zimnego pokoju wplynelo cieple wilgotne jesienne powietrze.
Od razu zrobilo sie fajniej….przynajmniej Don Giovanniemu. Promienie
slonca swiecily mu prosto w twarz I to przyjemne ciepelko wlalo w niego
nastepna porcje optymizmu. Odwrocil sie wiec radosnie do mezczyzny za
biurkiem I spytal :
- to co , deal ?
papiez, ktoremu najwyrazniej to swieze powietrze tez posluzylo, bo twarz
z purpurowej zmienila sie na zielona, poderwal sie gwaltownie na nogi I
nie mogac wykrztusic zadnego cenzurowanego slowa zaczal wymachiwac
rekami liczac na inteligencje DG….
I tu sie nie zawiodl, chociaz z poczatku DG myslal, ze papiez rece po kase
wyciaga I juz chcial mu 15 zl nasypac, kiedy papiez jakas niezbornoscia
ruchowa sie wykazal I jego rece zaczely latac niczym holenderskie
wiatraki.
DG bojac sie rozsypac tyle kasy, czym predzej schowal je do kieszeni,
nacisnal klamke I rzucil na odchodnym :
- nie, to nie..
Po tych niezwykle odwaznych slowach DG rzucil sie do ucieczki zanim papiez zdazy
jakies posilki wezwac I do lochu na wiele lat go wtracic.
Gdy tylko opuscil ponury gmach KURII (przez nikogo nie niepokojony oczywiscie) na
zewnatrz przywitaly go piekne, piekielnie piekne i cieple promienie slonca.
„ach“ – westchnal DG – „zycie jest piekne…“

No nic tak nie motywuje DG do kontynuowania bloga, jak kontakt
(wystarczy jednominutowy i to telefoniczny) z artystka.
Tak wiec witajcie ponownie
Opuscilem sie w pisaniu tego bloga straszliwie, ale spiesze sie
usprawiedliwic i byc moze jeszcze jakies rozgrzeszenie dostane ?
.
Po pierwsze czas to byl w naszym moherowym kraju wypelniony
przygotowaniami do kolejnego swieta (boze narodzenie), ktore katolicy
zakosili innym religiom I obchodza jak swoje, wiec przeszkadzac nie
wypadalo co by ojca dyrektora nie wkurzyc…
Po drugie nasi bohaterowie czyli artysci prawdziwi szykowali sie do
wystawienia kolejnego przedstawienia „Czarodziejskiego Fleta“ tym razem
w samej Operze Wroclawskiej, wiec liczac na ich sukces nie mialem ochoty
zaprzatac im glowy moim pisaniem.
Oni niestety nie docenili mojej postawy i ich sztuka nie otrzymala nawet
jednej kulawej pozytywnej recenzji, tak ze Don Giovanniemu samemu sie
wstyd zrobilo ze w takiego gniota taka furmanke kasy zainwestowal.
Przyczyny ich porazki rozbierzemy na czynniki pierwsze podczas specjanie
do tego poswieconej analizy, a poki co czekajac na te swiecenia
wracajmy do biografii…
….DG jest ze swoim zyciem juz w roku 1995, kiedy to po nieudanej
probie otrzymania legalna metoda rozwodu koscielnego postanawia, ze
kolejny slub wezmie w jakims innym wyznaniu (dokladnie tyle samo
wartym co katolickie), ale specjalnie dla chronologii tej historii cofnijmy sie
do roku 1993.
Wtedy to po skonczonym studium kosmetycznym Anna Dlugolecka
poznaje w autobusie naszego bohatera – Dariusza Mikulskiego, ktory jak
wiadomo (z internetu) pochodzi z Lodzi ale skad dokladnie jechal
tamtego feralnego dnia …… do dzisiaj nie wiadomo.
Jada sobie oni razem autobusem do Niemiec i prowadza milutka
konwersacje o muzyce, sztuce i tak dalej…
Od slowa do slowa, z kilometra na kilometr od postoju do postoju w ich
cialach wzrasta fala uczucia milosci do wspolpasazera.
To uczucie osiaga apogeum tuz przed przystankiem koncowym i kiedy
tylko drzwi autobusu sie otworzyly…. wybucha gejzerem namietnosci.
Jednym slowem fajnie im sie gaworzylo w trasie.
Od tej pory postanawiaja te milosc utrzymywac i pielegnowac
pomimo dzielacej ich odleglosci w obcym kraju wypenionym naszymi
zaborcami.
Wkrotce czeka na nich jednak wiele niebezpieczenstw i wrogow wielu.
Beda musieli zmierzyc sie nie tylko z dzielaca ich odlegloscia ale takze ze
wszechogarniajaca ludzka zawiscia i nienawiscia (przynajmniej niektorych
potomkow germanskich), brakiem zrozumienia i tolerancji a w
szczegolnosci ze strony niejakiego Don Giovanniego pseudonim DG :) .
Wkrotce po tym jak autobus, ktorym na spotkanie swojego losu jechali
kochankowie, zatrzasnal drzwi za nimi, padli sobie czule w objecia jakby
znali sie przynajmniej kilkanascie godzin i wymieniwszy slowa przysiegi
skierowali swoje kroki w strony przeciwne.
Nasz poczatkujacy dyrygent do Stuttgartu a kandydatka na poczatkujaca
artystke do ………. (hm, nigdy nie zapamietam nazwy tej wiochy) ale
mniejsza o to.
Najwazniejsze , ze od tej pory odleglosc przekraczala dlugosc pomiedzy
kochankami co przyprawialo o „rozterki“ naszego „Wertera“.
Niepomna na jego cierpienie, artystka podejmuje prace jako barmanka w
dyskotece i w ramach napiwku dostaje pierscionek zareczynowy od
jakiegos bogatego Niemca. (historia niczym Coco Chanell) !!!!!!!
Pelna zalu i rozterek rozstaje sie wiec ze wschodzaca miloscia swojego
zycia, biednym muzykiem z Polski i niepomna na jego blagalne listy i
wiersze (czytalem niestety – piekne, zupelnie inna poezja i proza niz ta
tutaj) przyjmuje oswiadczyny mlodego germanskiego businessmena o
imieniu FUAT.
Nasz bohaterski muzyk w akcie rozpaczy takze sie zeni i osiada na stale w
Bawarii skad czerpie swoj akcent do lamania polszczyzny.
Po slubie dyrygenta, artystka uznaje, ze ten podly „Janko muzykant“ ja
zdradzil i zdradzil ich milosc i marzenia i zerwala z nim za kare.
Kontakt im sie urywa. Przynajmniej takie relacje zostaly przekazane Don
Giovanniemu w 1995r kiedy to po zareczynach z Niemcem artystka
urwala sie do Polski na dni pare i ………………… poznala DG.
Artystka i DG w najlepsze romansuja, muzyk umierajac z tesknoty za
atrystka rozwija swoje talenta dmac w waltornie a germaniec wymysla jak
by tu sie pozbyc DG.
Podczas jednej z wizyt w Polsce w pogoni za swoja narzeczona, niedoszly
zonkos zostaje przedstawiony Don Giovanniemu.
Ten ostatni antropologie na uczelni studiowal pilnie, bez potrzeby doglebnego
badania pacjenta rozpoznal, ze narzeczony regularnym Turkiem okazal sie byc,
chociaz jego nazwisko „SALCI“ raczej na korzenie zydowskie wskazywalo.
Najwidoczniej rod jego wycierpial wiele przy wprowadzaniu
chrzescijanstwa……….
Panowie jakos nie przypadaja sobie do gustu. Niemiec probuje robic
interesy z polskimi firmami w sposob standardowy, czyli bez regulowania
zobowiazan, czym wpedza w tarapaty swoja narzeczona a posrednio Don
Giovanniego, ktory udzielal mu takze wlasnych kontaktow.
Kiedy do artystki przyszlej dociera swiadomosc, ze rola zony wg sposobu
myslenia FUATA SALCI sprowadza sie tylko do prowadzenia domu i
rodzenia dzieci i nie ma tam miejsca na inne „artystyczne“ rzeczy (a
przeciez ona ma ambicje bycia projektantka mody) , postanawia zerwac
z nim na dobre. Odbywa sie to w rodzinnym domu Anny Dlugoleckiej w
Makowie Maz. w przeddzien wigilii 1995r.
Czas przygotowan do tego swieta, artystka przyszla i zonkos niedoszly,
spedzili na godzinnych awanturach, wyzwiskach i bijatykachch, podczas
ktorych probowala mu wytlumaczyc po polsku i niemiecku, ze miedzy nimi
koniec.
Ale on tepy Turek jak na zlosc rznal Greka.
Ale to wlasciwie chyba artystka nie rozumiala.
A wlasciwie to zabraklo jej wiedzy w temacie.
Gdyby bardziej uwazala na lekcjach w podstawowce to dowiedzialaby sie,
ze to historia i kultura wyznaczyla spolegliwe kobiety koloru blad z Polski
na niewolnice Turkow i innych muzulmanow i ciezko jest sie im z tego
jasyru potem uwolnic.
Nic wiec dziwnego, ze farbowany niemiec ani po polsku ani po niemiecku
nie chcial przyjac do zrozumienia ze „pod Wiedniem tez przegral“ i czas sie
wycofac.
Rodzina artystki majac dosyc dwudniowej karczemnej awantury,
wrzaskow, szarpania, ganiania po schodach….. postanowila udac sie do
rodziny na wigilie celem pojednania.
Artystka wraz z narzeczonym zajeci byli wtedy kolejna fala wzajemnej
agresji obiecali, ze zaraz dolacza do reszty tylko sie „pozabijaja“.
Wyczekawszy moment, kiedy Turek sie zasapal i postanowil przykucnac
na krzesle po kolejnej przebiezce po pietrach domu, artystka wyskoczyla
na ulice i zaczela gnac w kierunku domu ciotki u ktorej pelna pojednania
rodzina zasiadala do wigilijnego stolu.
Uciekajac przed oprawca/narzeczonym wybiegla z domu z lekka tylko
przyodziana (zupelnie ja dziewczynka z zapalkami) i wielkimi
z przerazenia oczami starala sie dostrzec koniec ulicy a tam zakret za ktorym
wystarczylo minac tylko szesc przecznic, skwer w centrum miasta,
pokonac most, wspaiac sie po 20 schodach aby poczuc sie bezpiecznie w
cieple ciotkowego domu wypenionego zapachem choinki, swiat i ojca
Rydzyka..
Ach , byla juz taaaaaaaaak blisko. Tak blisko…. Gdy nagle za plecami
swojego watlego ciala poczula snop znajomego swiatla z reflektorow
warczacego niczym wkurzony buldog, podrasowanego BMW M3 cabrio na
niemieckich blachach.
Jej instynkt nie pozwalal sie odwrocic. Przyspieszyla wiec kroku lecz jej
letnie trzewiczki zabuksowaly jedynie na oblodzonej jezdni.
Wkurzony buldog zajechal jej droge i opusciwszy elektryczna szybe, FUAT
zaproponowal Annie, ze ja podwiezie.
Mowil to tak delikatnym glosem i wygladal przy tym tak niewinnie, jak
skruszony kawal trzy tonowej kry lodowej dryfujacy w kiedunku
wodospadu.
Anna, jak kazdy „czerwony kapturek“ w jej przypadku ochoczo przystala
na propozycje i rozsiadla sie wygodnie w czarnych, skorzanych fotelach
podrasowanego BMW M3 cabrio (na niemieckich blachach).
Na pytanie narzeczonego dokad maja jechac, wyjasnila mu dokladnie
droge niczym wspolczesny GPS, tyle ze durnemu Turkowi kierunki sie
pomylily i zamiast na sasiednia ulice, zaczal gnac w kierunku granicy
polsko-niemieckiej.
Kiedy artystka zorientowala sie, ze narzeczony ma problemy z nawigacja,
zaczela sie drzec ale zaraz jej przeszlo pod wplywem ostrego drapania w
gardle… od noza ktory jej turek przystawil.
Zlorzyl jej tez propozycje, ze jesli sie nie zamknie to reszte podrozy do
niemiec odbedzie w bagazniku. A zima byla sroga, bagaznik maly a do
granicy jakies 500 km.
Po przemysleniu propozycji , co zajelo chwile, artystka postanowila sie
zamknac ale za to wydzierala sie i ujadala na niego w duchu.
I w takim to radosnym, swiatecznym nastroju otoczeni cisza zimy
zalegajacej wokolo bialymi, puszystymi sniegowymi zaspami z kazda
chwila przyblizali sie do granicy polsko niemieckiej.
(przynajmniej tak sie turkowi wydawalo ale gamon ta droge tez pomylil
i zamiast na Poznan skierowal sie najblizsza trasa do Kaliningradu).
Artystka, zorientowawszy sie ze niemiec do domu przez Klajpede
zamierza jechac, slusznie pomyslala, ze w polsce trzeba sie wysikac bo za
wschodnia granica to juz tylko biale niedzwiedzie i ruskie wojsko w polu.
W tym celu podjela trudne negocjacje z porywaczem i juz po 100km
przeklenstw pod jego adresem, Turek postanowil zjechac na stacje
benzynowa. Najwyrazniej zaczal sie moczyc ze strachu przed klatwami artystki.
Byl on jednak krztalcony na amerykanskich filmach i wiedzial, ze jeszcze
nie nadszedl TEN moment aby sie wycofac albo przynajmniej pasc
udawanym trupem.
Wcisnal ostrze noza w bok narzeczonej (…. dobrze ze nie w pecherz….. ),
wyciagnal z samochodu i popychal w kierunku drzwi do baru.
Zanim wepchnal przez nie swoja ofiare sprawdzil czy aby nie ma tam zbyt
wielu ludzi. Niestety zupelnie pusto nie bylo. Barmanka parzaca kawe za
wysokim barem, kobieta w towarzystwie trzech ogolonych lbow siedzaca
w kacie sali….
„..ostatni raz taki tlok widzialem pod Wiedniem, jak Sobieski podjechal“ –
zaklal Turek i wepchnal artystke na krzeslo przy stoliku tuz obok drzwi.
Po dluzszej chwili, kiedy odkryl polozenie toalety oraz wyliczyl, ze raczej
malo prawdopodobne aby ktos mial tak duze zatwardzenie aby okupowac
kibel tak dlugo (zwlaszcza ze byla wigilia i wszyscy jescze na glodniaka)
zaczal uswiadamiac artystce co ja spotka, jesli sie nie pospieszy
z sikaniem lub bedzie z kimkolwiek rozmawiac lub wytnie jakikolwiek
z numerow…….. ktore zaczal wyliczac…..
Artystka czujac, ze predzej sie z sika niz on skonczy swoja wyliczanke,
patrzyla na niego blagalnym wzrokiem a w jej zielonych oczach pojawily
sie lzy.
Turek widzac ze to nie przelewki, ze jego ofiara ciagnie a raczej trzyma
juz resztkami sil i zaczyna jej sie przelewac przez oczodoly, warknal po
niemiecku ze moze isc i pelen leku zastygl w oczekiwaniu … co tez
scenarzysta za niespodzianke przygotowal mu pod choinke?
Artystce nie trzeba bylo dwa razy powtarzac (nawet po niemiecku)
zaciskajac mocno uda i jedna powieke ddotarla szczesliwie do toalety.
Tam odetchnela z ulga, przetarla oczy z kropel (okazalo sie ze to byly
lzy) i zaczela sie rozgladac za droga ucieczki.
Do dzisiaj nie wiadomo, czy artystka po 6 latach intensywnej nauki jezyka
niemieckiego komletnie nie zrozumiala grozb Niemca, czy tez byla tak
odwazna (glupia), w kazdym badz razie wywalila caly scenariusz do gory
nogami i zaczela sie wydzierac z kibla w niebo glosy wzywajac pomocy.
Pomoc zjawila sie jak za dotknieciem czarodziejskiej rozdzki, bo zaraz za
artystka do toalety weszla kobieta, ta ktora siedziala z lbami przy stoliku.
Ale zanim artystka ja zobaczyla zdazyla sie juz drzec przez ladnych kilka
sekund.
Na wolanie o pomoc, takze porywacz i lby rzucili sie do damskiej
toalety, zupelnie jakby koledy uslyszeli.
Na szczescie dla artystki lbow bylo wiecej i siedzieli blizej toalet i pomimo
swej ogromnej odwagi i meznosci, Turek uznal przewage liczebna i
zakresliwszy szeroka volte szczesliwie dotarl do drzwi i wyskoczyl na
zewnatrz.
W tym czasie artystka przestala juz sie wydzierac, szybko opowiedziala o
porwaniu, pokazala slady na szyji i brzuchu od ukluc nozem i wymienila
atrakcje jakie ja czekaja gdy ja Turek dorwie.
Kobieta i lby uwaznie przygladali sie sladom ukluc, zastanawiajac sie czy
nie daloby sie tego przypadkiem jako stygmaty zakwalifikowac i jeszcze
pod choinke jakas kaske dorobic.
Ostatecznie jednakze postanowili zawezwac policje w obawie ze artystka
znowu zacznie sie wydzierac.
W tym czasie na zewnatrz baru, na siarczystym mrozie rozgrywal sie
prawdziwy dramat. Fuat dzieki swojemu instynktowi przetrwania domyslil
sie juz, ze scenarzysta wycial mu glupi numer i zawiadomil policje.
Postanowil wiec nie czekac na decydujaca rozmowe z rezyserem i
odjechac swym pieknym podrasowanym BMW M3 cabrio na niemieckich blachach.
Roztrzesionymi ze zdenerwowania lub zimna (scenarzysta nie okreslil
dokladnie) palcami (u rak) probowal przekrecic kluczyk w zamku w
drzwiach swego auta. Niestety, na prozno. Zamek zamarzl. Jeszcze chwila
i to samo grozilo wlascicielowi auta. Gdy po raz kolejny probowal
podgrzac kluczyk zapalkami zabranymi „dziewczynce“ , pod bar
podjechala policja swoja sportowa NYSKA.
Fuat bez chwili zastanowienia rzucil sie na druga strone samochodu
szukajac schronienia (przed zimnem ?). Kiedy juz w koncu czul jak
puszysty snieg amortyzuje upadek jego ciala, jego oczy wpatrywaly sie w
niedomkniete drzwi pasazera. Byl ocalony..
Policjanci po krotkiej rozmowie z artystka podjeli sluszna decyzje aby
rzucic sie w pogon za przestepca na piechote zamiast scigac go przy
uzyciu sportowej NYSKI.
Zanim jednak dobiegli do samochodu Fuata, on przeczolgal sie na
siedzenie kierowcy, odpalil silnik i wciskajac gaz do dechy z triumfalnym
usmiechem odjechal w sina dal.
Przynajmniej przez chwile byl szczesliwy, tzn dokad nie dojechal do ruskiej
granicy
.
Co sie dzialo z niemcem przez nastepne pare tygodni ? Nikt nie wie.
Policja ostatecznie zabrala artystke na posterunek skad mogla zadzwonic
do Don Giovanniego !!!!!!!!!
DLACZEGO ??????????????????????
DLACZEGO WYBRALA WLASNIE JEGO ????????????????????????
DLACZEGO NIE ZADZWONILA DO DYRYGENTA ?????????????????
(- kompletnie porabany ten scenariusz, albo kartki sie posklejaly……..)
Gdy telefon zadzwonil, DG byl jeszcze w domu bo jakos nie mogl sie
wybrac na rodzinna wigilie.
Kiedy artystka zdala mu relacje przez telefon krew w zylach DG wzburzyla
sie do granic zawalu i bez chwili zastanowienia (niestety) wskoczyl w
swoje podrasowane BMW M5 i pogdal na odsiecz wybrance.
Nie moze byc przeciez tak zeby nasze polskie kobiety jakis
Turek w jasyr bral !!!!! .
Potem juz wspolny sylwester i karnawal, wspolne plany na przyszlosc,
…. ze razem firme Don Giovanniego poprowadza …. a jak sie rozwinie to
zainwestuja w mode i artystka bedzie mogla w koncu projektankta zostac.
Ach te marzenia …………!!!!!!
Zycie zaczyna sie toczyc wiec normalnie, przerywane od czasu do czasu
tylko telefonicznymi awanturami pomiedzy artystka i Turkiem, ktory w
zadnym chrzescijanskim jezyku nie chcial przyjac do wiadomosci, ze
miedzy nimi koniec.
I zamiast sie z tym pogodzic, ktorejs nocy niczym piorun kulisty wtargnal
do mieszkania w ktorym artystka i DG wlasnie „bawili sie w doktora“.
Nie dosc ze skurczybyk wtargnal calkiem ubrany co oznaczalo ze nie chce
sie przylaczyc, to jeszcze wymachiwal scyzorykiem, takim w sam raz do
oprawiania niedzwiedzi.
DG natychmiast bohatersko wypial piers, aby odwrocic uwage przeciwnika
od bardziej delikatnych czlonkow swojego pieknego ciala i juz, juz mial sie
rzucic na najezdzce w samoobronie, kiedy pomiedzy nich wkroczyla
artystka calkiem naga.
No… nic tak nie lagodzi obyczajow jak kobiece kragle cialo, wiec i
Niemcowi opadly nieco emocje i scyzoryk i zrobilo sie miejsce do
negocjacji.
W trakcie chwilowego rozejmu, DG zdolal wciagnac spodnie , bo umierac
z gola pupa Polakowi nie przystoi.
Zreszta o umieraniu juz nie bylo mowy, bo artystka postanowila
zalagodzic sprawe i wyprosila Don Giovanniego za drzwi.
Co wydazylo sie pozniej …..za zamknietymi drzwiami, Don Giovanni mogl
sie tylko domyslac. Efektem tych wydarzen byla wycieczka artystki
nastepnego dnia na prokurature i zamkniecie FUATA w sledczym.
Wtedy Don Giovanniemu to zaimponowalo i nie dalo (niestety) do
myslenia nad metodami stosowanym przez artystke.
Po 13 latach mial doswiadczyc tego samego. (prawie)…..
Po wplaceniu kaucji za synka, ojciec rodu Salcich na dobre zabrania mu
kontaktow z Anna Dlugolecka i od tej pory sluch po narzeczonym zaginal.
Przynajmniej jeden sie posluchal.!!!!!!!!!!!
Od tamtego wydarzenia w polskim slowniku znalazlo sie przyslowie :
„madry Turek po szkodzie“
Po zakonczonej wojnie polsko-tureckiej DG i „artystka pozniejsza“
rozwijaja firme, w 1998 roku biora slub w Lisbonie, kupuja dom pod
Warszawa i rok pozniej rodzi im sie coreczka.
Wszystko uklada sie jak po masle. Firma kwitnie,. W jej rozwoju nie
przeszkadza takze cala masa nasladowcow ( w ciagu 5 lat powstaje na
polskim rynku ponad dwie setki podobnych firm i walka konkurencyjna jest
coraz bardziej zaciekla). Krach nadchodzi wraz z kryzysem na rynku
budowlanym w 2001.
Zobowiazania wzgledem dostawcow przekraczaja 1,5 mln zl.
Pomimo tego, ze po stronie naleznosci bylo troche wiecej, to ciagnace sie
od ponad roku kontrole (naslane przez konkurencje) z urzedu
skarbowego, zusu oraz nnych instytucji (wspierajacych przedsiebiorczosc
w naszym kraju) skutecznie paralizuja normalne funkconowanie.
DG postanawia wiec zamknac firme i rozpoczac na nowo , samodzielnie,
bo artystka zapowiedziala mu kategorycznie, ze ma dosc i ze chce
projektowac mode i ze jesli ma jej sie udac, to uda sie jej nawet bez
pieniedzy … od zera ……..i ze zaczyna od studiowania mody.

Ukonczyla wiec szkole projektowania, DG sfinansoal jej pierwszy pokaz
mody a potem wszystkie kolejne az do konca 2007r.
(Czesc z tych wydarzen udalo mi sie juz opisac na lamach tego bloga a
reszte opisze wkrotce.)
Jak sie okazalo wiele lat pozniej, w tym samym czasie Anna Dlugolecka
(zona DG) nawiazala ponownie kontakt z Dariuszem Mikulskim, ktory w
miedzyczasie jej przebaczyl jak i ona jemu, dorobil sie wlasnej firmy
impresaryjnej w Niemczech i dyplomu doktora muzyki w Polsce i coreczki
dokladnie w tym samym wieku i o tym samym imieniu co artystka z DG.
Milosc pomiedzy artysta i „artystka przyszla“ – odzyla.
Niestety dopiero teraz wiadomo, ze sie w tym czasie spotykali.
Nie przeszkodzilo to jednak artystce w nawiazaniu „znajomosci“
z misjonarzem do ktorego po raz pierwszy pojechala pod koniec 2003
roku a w 2004 przeprowadza sie do niego na stale.
(ale to juz na tym blogu….. bylo………………)
Aby nie uchodzic za niewierna zone, ktoregos dnia roku 2004 powiedziala
Don Giovanniemu ze go nie kocha , nigdy nie kochala i trudno jej
zachowanie nazwac zdrada, bo zanim cokolwiek zrobila, to w myslach
wypowiedziala, ze go nie kocha …2 razy i ze go zostawia na zawsze …1 raz i
jedyne co ich laczy to wspolny interes i corka i po tych slowach……….do
mesjasza poleciala.
DG dzwiga wiec z duma swoje piekne poroze, zglasza sie na ochotnika do kolka
lowieckiego i cierpliwie czeka na swoja kolejke na odstrzal.
Pomimo tego, ze dorosly z niego juz byl samiec i osobnik o dosc wybujalej
wyobrazni to zadna iskra- zadna mysl najmniejsza nie przeskoczyla pomiedzy jego
bujnymi rogami i do samego konca nie wiedzial, ze to najpierw on musi sie
wystrzelac z kasy.
Radosnie finansuje wiec artystke.
W Afryce artystka „tworzy“ z mesjaszem, jednym a potem drugim,
naromiast z Dyrygentam „tworzy“ podczas wspolnych podrozy do
Tajlandii czy na Zanzibar.
Placi oczywiscie za wszystko Don Giovanni myslac ze na „sztuke i wspolny
interes lozy“ i „dla dobra corki“.
Artystka zapewnia co chwile DG ze juz wkrotce sie usamodzielni i ze jego
inwestycja w mode zacznie sie zwracac, bo ona wlasnie uruchomila
produkcje sukienek w Zimbabwe (cokolwiek to mialo oznaczac)….ale to
juz bylo……
UFFF … na dzisiaj wystarczy, w nastepnej odslonie dowiecie sie jak to
artystka zostala impresario zespolu Reggae z Zimbabwe i jak to Don
Giovanniemu przyszlo zaimportowac tych czarnych do Polski i
zorganizowac im tourneeeeeeeeeeeeeee.
============================================================================
26.01.2010
A oto pierwsza reakcja artystki.
Slowa pelne uznania dla kunsztu bajkopisarstwa Don Giovanniego, stawiajace go conajmniej na rowni z Galem anonimem.
Po odcedzeniu tresci, dla zachowania prawdy obiektywnej publikuje smsa artystki.

W odpowiedzi DG odpisal, ze ubolewa bardzo nad ta sytuacja i dla zachowania rownowagi w przyrodzie,
gotow jest poddac sie finansowaniu przez artystki przez nastepne 5 lat,
w zamian za co z nieukrywana radoscia pozwoli soba w podobny sposob pomiatac.
Juz nawet stworzyl liste krajow do ktorych za pieniadze artystki wyjedzie, a teraz siedzi nad pomyslem na business,
ktory okaze sie jego marzeniem i bedzie wart kazdych pieniedzy ktorymi ona dysponuje.
Na wypadek niepowodzenia, od razu uprzedza ze on w tym wszystkim poszukuje swojej drogi w zyciu i nie moze
biedaczek za cholere sie w nim odnalesc.
.

WALENTYNKI , WALENTYNKI…..
Bedzie banalnie ale w koncu kazda historia milosna tak sie
zaczyna , a WY zasluzyliscie naprawde na urocza idylle w
zamian za wczorajszego dolujacego posta.
Poza powyzszym czas jest najwyzszy aby przedstawic Wam
Moi Drodzy Blogo Czytacze kobiete, ktora DG sobie wymarzyl,
ktorej obraz nosil w sercu odkad zobaczy jakis l teledysk
Petera Gabriela .
O ktorej snil po nocach I wierzyl gleboko, ze istnieje gdzies na
swiecie (lub istniec wkrotce zacznie) I ze w najbardziej
odpowiedniej chwili swojego zycia ja pozna, uwiedzie i
zawiedzie na swym bialym rumaku w czarna otchlan zycia.

Ta kobiete, lub raczej marne , drobnej jej czastki od czasow
przedszkolnych odnajdowal w kazdej napotkanej w
przedszkolu, szkole, ulicy, tramwaju, koloniach, dyskotekach
dziewczynce/kobiecie co spowodowalo, ze wiecznie chodzil
zakochany I nie istnialo dla niego pojecie brzydkich kobiet.
Poznawal ich w zyciu duzo I kiedy tylko odkrywal ze obecna
nosi w sobie zbyt malo sladow jego marzenia, natychmiast
zmienial ja na nastepna.

Nie oznacza to wcale, ze kazda kolejna znajomosc przyblizala
go bardziej do wymarzonego idealu. Fascynujaca jednak byla
DROGA. I kiedy juz juz DG nabral niepewnosci czy aby
koniecznie chce osiagnac CEL, czy aby na pewno chce poznac
KOBIETE SWOICH MARZEN ….LUP !!!! stalo sie !!!!!!
… ale zanim landrynki obleja Wam powieki, a lica sploni
rumien niesmialosci od tej przepojonej eroztyzmem historii
….. jak zwykle w takich okolicznosciach cofnijmy sie w
przeszlosc, odgrzebmy troche korzeni…..
……stworzmy nastrój do opowiesci o milosci wielkiej
GOSCIE , GOSCIE………
Jest rok 2005 , czerwiec ….
Artystka jak wiemy przebywa w tym czasie w Zimbabwe u swojego “swietego” kochanka Mesjasza z ktorym posrod
Gor Matopos i bezdrozy w bushu razem i codziennie poszukuja

drogi zyciowej dla Artystki.

Ona kroczy dumnie choc na oslep, a on wplatany w te
wszystkie wloczki, uwiklany w nitki z oczami skupionymi w
dziurach pisze peany na jej czesc I skladal hold zaraz po
wyjsciu z kosciola.

Drugi z kolei kochanek Artystki (lub pierwszy wlasciwie …. ta
historia zaczyna mnie przerastac) , tym razem “dmacy w rog
stalowy” (waltornie) przyszly Dyrygent, uczac sie fachu w
niepokoju wypatrywal Artystki czy aby nie zabladziwszy gdzies
w afrykanskim bushu nie wyjdzie przez przypadek z za rogu
domu na ulicy w Stuttgarcie.
W tym takze czasie piecioletnia coreczka DG i Artystki
uczeszcza w tym ze bushu zimbabwianskim do szkoly
studiujac jezyki NDEBELE i SHONA, rownie przydatne w zyciu
bialego czlowieka co spowiedz i rozgrzeszenie.
Tymczasem DG zgodnie z wola zony (wtedy jeszcze w stanie
separacji) ktora go opuscila byla 1,5 roku wczesniej, probuje zycia
na wolnosci. Pierwsze kroki stawia nieporadne i czasami kazdy
w inna strone.

Nie wiedzac wlasciwie co zrobic z tak ogromna iloscia wolnosci
jaka spadla na niego niczym kometa na nasza ziemie w Triasie,
DG zaprosil pewnego piatkowego wieczora kilkoro znajomych
do swojego domu celem przedyskutowania tematu.

Posrod znajomych, ktorzy przybyli na panel , DG rozpoznal
Jerrego (przyszlego Tar-zana) z Dana, kolege Muzina (wlasnie
wrocil z RPA), Atu-Atu (kolege Muzina) i rozpoznal takze wiele
innych nieznanych mu osob, ktore byly znajomymi znajomych.

Jak wspomnialem ….. byl czerwiec.
Pierwszy weekend pamietnego goracego lata roku 2005.
Imprezka zaczela sie niewinnie, w ogrodzie przed domem…
… I nikt nawet w najbardziej koszmarnych przewidywaniach nie
wierzyl, ze potrwa do konca sierpnia 2005.
Taaaaaaa……
Fajnie bylo…..przynajmniej takie relacje krazyly po wsi.
Juz w drugim tygodniu imprezy (non stop), DG mial absolutnie
dosyc, ale jako gospodarz nie bardzo mial dokad sobie pojsc.
Zdesperowany, juz nawet chcial namiot kupic i w ogrodzie
rozbic, coby miec tylko dla siebie kawalek wlasnego eM.
Pomysl byl dobry, ale DG musial go zaniechac z obawy ze
jeszcze sie w nowym “mieszkanku” zgubi i jakas imprezka go
ominie.
Z odnajdywaniem sie natomiast w jego murowanym mieszkanku
nie mieli najmniejszego problemu goscie pomimo tego ze
zasadniczo odziennie sie zmieniali.

Zmieniali sie i zmieniali …….Z wyjatkiem wiernego sluchacza i
prelegenta w jednym tzn Jerrego.
Nie opuscil on ani jednej nawet kolejki , ani jednego drinka nie
pozwolil wypic sobie za plecami albo wylac za kolnierz.
Przez miesiac picia i balangowania, Jerry codziennie
podejmowal heroiczne proby opuszczenia domu DG, w
czym skutecznie przeszkadzaly mu kolejne rzucane pod
nogi kliny.
Jego ruchy paralizowaly wyrzuty sumienia w trosce o DG ,
ktorego bal sie zostawic na pastwe komarow i nastepnej tury
gosci.
I tak oto po miesiacu balowania Jerry stracil nadzieje na
“wyprowadzke” i wspolnie z DG wypracowali pewien system
egzystencji, ktory umozliwial zycie na haju bez opuszczania
posesji i bez koniecznosci pracy.
Dysponujac telefonem komorkowym oraz coraz szerszym
gronem znajomych jego dziewczyny Dany, zapewnili sobie
codzienne karmienie i pojenie w zamian za mozliwosc
“posluchania pieknej” muzyki w towarzystwie przystojnych
mezczyzn.

To sluchanie muzyki zazwyczaj trwalo do 4 lub 5 nad ranem,
kiedy to juz wyczerpane sluchaniem muzyki ciala DG i Jerrego
opadaly bezwladnie na dowolnie wybrane sofy a nowo przybyli
goscie z lepszym lub gorszym skutkiem znajdowali
samodzielnie drzwi wyjsciowe.
Przebudzenie nastepowalo z reguly ok godz 17, kiedy to
nabrzmiale od muzyki glowy dopominaly sie jakiegokolwiek
plynu. Po uzupelnieniu elektrolitu przenosili zie zazwyczaj do
ogrodu coby z pieknego lata
przynajmniej
krztyne
promieni
slonecznych
uszczknac
szczypczykami
do szpinaku..
Tam posrod bujnej roslinnosci ,
schronieni za wysokie tuje,
wystawiali bezwstydnie na swiatlo dzienne
swoje dlugie ….
torsy
(ha…. Tu Was mam !!! Pobudka !!! Rozmarzyliscie sie co ???!!!
oczywiscie, ze torsy !!!!
czy ktos z Was przeczytal cos innego ????
jesli tak to zaznaczam ze pokazywali z reguly torsy ,
a to co chcielibyscie przeczytac tez sie zdarzalo…..oczywiscie….)
Ok. Godz. 20 nadchodzila pora karmienia i zjawiala sie Dana z
duza porcja nowych gosci ….

… i z coraz wiekszym zatroskaniem patrzyla na “domownikow”.
Ona jedna biedna co nigdy ale to nigdy nie pila. (Jakis defect
miala, cy cus ?)
Po 2 miesiacach balowania, powieki Jerrego wlasciwie juz nie
chcialy sie otwierac, a on sam spuchl od tej muzyki o jakies 10 kg.
DG prezentowal sie zdecydowanie lepiej, przytyl jedynie 9,5 kg,
moze dlatego, ze zasadniczo staral sie nie mieszac…….. sluchanej muzyki.
Tak wiec roznic bylo miedzy nimi co nie miara., ale nabrali takze cech wspolnych.
Obydwaj przestali rozpoznawac Dane, natomiast kazdy nowo przybyly wydawal im sie znajomym od piaskownicy.
Delirka trwala w najlepsze do polowy sierpnia i kiedy DG byl juz tak blisko, bliziutenko osiagniecia celu glownego bohatera z
filmu “Living Las Vegas”, kiedy brakowalo juz mu tylko kilka dni aby dogonic lidera, ktorys z gosci byl na tyle brutalny i
nietaktowny, ze zdradzil DG najwiekszy secret i powiedzial, ze Nicolas Cage nadal zyje i ze nawet rezyser nie chcial go wylac
z roboty za to chlanie na planie.
DG stracil wiec kolejny sens zycia i wtedy zadzwonila Artystka wprost z Zimbabwe.
Poprosila go aby pojechal na spotkanie jakiejs fundacji artystycznej w centrum Warszawy.
DG oczywiscie sie zgodzil, choc nie mial zielonego pojecia po jaka cholere Artystka go tam wysyla,
ale myslenie o tym sprawialo mu wyrazny bol, wiec to zmartwienie pozostawil
sobie na nastepny dzien, a poki co …. Muzyka !!!!!!!!!!
Dzien 18 sierpnia 2005 (dzien urodzin Artystki !!!) rozpoczal
sie zaraz po polnocy i zastal DG “wsluchanego w muzyke” na srodku salonika.
Wokol wirowaly ciala, w sposob zupelnie dla DG niezrozumialy.
Przeczyly one bowiem wszelkim prawom grawitacji i zdrowemu rozsadkowi.
Az dziw, ze przez 3 miesiace “koncertow w tej filharmonii” obylo sie bez ofiar smiertelnych i trwalych kalectw.
Od obserwowania plasow tanczacych gosci ok godz 6 rano DG zakrecilo sie w glowie i jego radar naprowadzil go za reke na
najblizsza sofe. Tuz przed oddaniem sie blogiej lewitacji zazyczyl sobie od Dany aby go kategorycznie zwlokla z lozka
ok 15, bo na 17 musi byc w centrum miasta a to odleglosc ok 30 km.
Po odebraniu roty od Dany, zmeczony DG zasnal z poczuciem cudownie spedzonego kolejnego dnia w tym bezsensownym zyciu.

Kiedy w swej podrozy po drodze mlecznej byl juz tak blisko Jowisza ze wystarczylo zdjac kapcie aby go dotknac bosa stopa,
jakis brutalny barbazynca bez cienia istnienia serca w jego grzesznym ciele szarpal DG za jego kombinezon kosmiczny
a ryk w intercomie powodowal smierc kolejnych komorek nerwowych w jego lewitujacym mozgu.
DG z trudem uniosl oslone helmu i w blasku slonca zobaczyl nachylona nad nim DANE. Byla bez kombinezonu kosmicznego.
Jak jej sie udalo przetrwac tak niska temperature w kosmosie bez kombinezonu kosmicznego ?
Jak ONA egzystuje w otoczeniu zer absolutnych? I co z tlenem ? dlaczego nie ma helmu ?
no i przede wszystkim czego tak sie DRZE ? prom kosmiczny sie jara , czy co ?
DG postanowil nie reagowac na ta zjawe, bo najwyrazniej nie mogla byc realna i juz zaczal zdejmowac kapec aby dotknac
stopa powierzchni Jowisza, kiedy jakies UFO wyrwalo mu kapec z rekawicy i zaczelo okladac po helmie.
No….. tego to juz bylo zdecydowanie za wiele nawet dla DG. Postanowil dobyc swojego laserowego miecza usiepac tepych
najezdzcow z kosmosu kladac tym samym kres panoszeniu sie bez szacunku najmniejszego .
Po chwili poszukiwan w koncu poczul jego twardza jrekojesc i juz juz chcial nim postraszyc kosmitow, gdy przerazliwy krzyk
sparalizowal jego receptory.
“to tchorzliwe ufojadki” – mial juz pomyslec DG, gdy jego receptory przetworzyly signal na zupelnie inny jezyk :
“DG !!!! DG !!! nie lej do lozka …….. !!!!!!”
Ta komenda zupelnie zbila z tropu dzielnego DG i spowodowala nawet chwilowe poluzowanie uscisku (co przynioslo mu swoista ulge) .
Spowodowala takze niestety brutalny powrot na ziemie.
A Jowisz byl juz tak blisko…. Tak blisko byl …..
Pierwszy kontakt z cywilacja ziemska zawsze jest trudny.
Ludzie sa jacys tacy rozmazani, niewyrazni, gadaja za glosno a mimo wszystko niezrozumiale.
Jednak wrodzony talent DG do jezykow obcych, spowodowal ze w tym calym belkocie wylowil slowo “pietnasta” i z nienawiscia
do calej cywilizacji na ziemii przyjal pozycje siedzaca.
Kiedy juz w koncu mieszkancy ziemi nabrali bardziej ostrych ksztaltow,
DG rozpoznal, ze podobnemu procesowi zciagania na ziemie jest wlasnie poddawany Jerry,
ktory najwyrazniej byl juz gdzies na koncach galaktyki, bo Dana nawet z predkoscia mysli nie byla w stanie go dogonic.
Wspolczujac jej wysilkom, DG nastwil nozdrza w kierunku barku skad spodziewal sie wywachac choc odrobine wilgoci.
Jak zwykle trafil w dziesiatke (zeby nie powiedziec w setke) i znalazl nawet spora ilosc wilgoci ladnie skupiona w butelce
i zakorkowana coby nie przyciagala wiekszej ilosci osobnikow z kosmosu i okolic.
Pomimo usuwajacej sie z pod nog podlogi (widocznie trwalo kolejne trzesiemie ziemi) DG kilkoma susami osiagnal barek
i w ostatniej doslownie chwili zdazyl chwycic butelke z wilgocia zanim spadla na podloge w wyniku trzesienia.
Nie zwracajac kompletnie uwagi na walace sie wokol sciany, DG nalal sobie pokaznego drinka wilgoci
i wypil jednym duszkiem.
Jak za dotknieciem czarodziejskiej rozdzki (a moze fleta ?), trzesienie ziemi ustalo i DG mogl sie rozejrzec coby oszacowac staty.
Nie bylo najgorzej. Richter sie nie wysilil albo blefowal.
Sciany staly na miejscu pionowo, klepka lezala poziomo, podobnie jak Jerry.
“ nastepny dom zbuduje w rejonie o mniejszej aktywnosci sejsmicznie” – postanowil DG i skierowal sie ku przyjacielowi
nad ktorym pastwila sie jego dziewczyna.
Widzac jej bezskuteczne proby dobudzenia Jerrego, bez slowa (w jej jezyku dzisiaj DG postanowil nie rozmawiac) odsunal jej
reke i podetknal drinka pod nos Jerremu.
Tego najwyrazniej bylo trzeba dzielnemu Tar-zanowi. Nie bedac w stanie otworzyc ust, zaczal wciagac klina nosem.
“no nie….” – pomyslal DG – “ musimy zrobic sobie przerwe, bo za chwile bedziemy mogli wprowadzac alcohol juz tylko w
postaci czopkow, co zdecydowanie obnizy walory estetyczne konsumpcji”
Po odczekaniu paru minut, w czasie ktorych Dana chciala wzywac pogotowie , DG udalo sie odwiesc ja od tego pomyslu
argumentujac, ze nie dysponuja taka iloscia alkoholu w domu zeby tu jeszcze cala ekipe karetki goscic.
Po tym chwilowym zwyciestwie, DG glosem zdecydowanym na jaki moze sie zdecydowac jedynie ktos kto z
niejednego kubla pil i na niejednym spal trawniku, wiec glosem zdecydowanym … zarzadal natychmiastowej przerwy w libacji,
gdyz on musi spelnic dobry uczynek i za 1,5 godziny porozmawiac z artystami w jakiejs fundacji.
Mowiac te pelne odwagi slowa staral sie patrzec w oczy Jerremu, ale ten osiagnal poziom stuporu katatonicznego
i z oczami szeroko zamknietymi ale pelnymi nadzieji wpatrywal sie niemo w reke DG w ktorej znajdowala sie butelka,
w ktorej znajdowala sie spora ilosc wilgoci.
Po chwili uniesienia i po zachwycie nad swoja elokwencja DG z rezygnacja rozlal pozostala czesc wilgoci na 2 szklanki
i z oczami pelnymi lez (to byla ostatnia wilgoc w domu) jedna podal Jerremu.
Ten bez chwili szacunku zadnego (bez jednej lzy) wychylil ja jednym lykiem i po sekundzie byl z powrotem
na koncach galaktyki.
DG ze smutkiem (nie lubi pic sam) wychylil swojego drinka i zaproponowal Danie, ze zaraz podrzuci ja do Warszawy,
tylko jakis szauer wezmie.
Wspomniany szauer udalo sie znalesc po dluzszej chwili poszukiwan w lazience i to w najbardziej bez sensownym
miejscu czyli wiszacy bezczynnie nad wanna.
“Branie biernego Szauera” trwalo dosyc dlugo, bo DG przy uzyciu wszystkich dostepnych szamponow i mydel probowal
pozbawic swoje cialo dziwnego zapachu, ktory wzial sie niewiadomo skad.
Chyba z kosmosu ? taki wniosek pasowal mu najbardziej i stwierdziwszy,
ze jest to nie do usuniecia (w koncu jestesmy czescia galaktyki) wskoczyl czym predzej w swieze ciuchy,
wylawszy na nie uprzednio caly flakon wody kolonskiej.
“MMMMMMM…. Jak pieknie “– zaciagnal sie tym zapachem DG
–“boze , zaraz sie porzygam” , najwyrazniej DG nie posluzyl jednak ten zapach.
Oddychajac gleboko co drugi krok, szybko zszedl na dol i zobaczyl jak Dana pieszczotliwie przykrywa kocem Jerrego.
“ Ech…. Co za milosc !!!!!” – westchnal I poszedl poszukac samochodu.
Za chwile dolaczyla Dana i DG mogl ruszyc samochodem w kiedunku bramy.
Po pokonaniu 200 m (o tyle jest oddalony dom DG od pierwszego asfaltu) Danie zrobilo sie niedobrze
i trzeba bylo sie zatrzymac coby wywietrzyc Don Giovanniego.
Zezlony DG nawymyslal Danie ze moglaby tyle nie pic i pootwierawszy wszystkie okna i dach w samochodzie
ruszyli ku wielkiemu miastu.
Z drogi do Warszawy DG pamieta jedynie walke z silnym wiatrem i proba skupienia na prosbie Dany,
ktora w najblizsza sobote (czyli jutro) chcialaby urzadzic urodzinowa imprezke i zaprosic “dla odmiany” swoich gosci do domu DG.
Nie bardzo mogl pojac o co Danie wlasciwie chodzi, przeciez i tak baluja non stop, ale skoro mielismy oficjalnie celebrowac
takie swieto to i oficjalne zgloszenie nalezalo rozpatrzyc.
Po chwili milczenia (ze niby sie zastanawia) DG oczywiscie z
radoscia przyjal informacje o kolejnej imprezce
Po tych ustaleniach Dana radosnie wyskoczyla pod swoim domem a DG udal sie na spotkanie fundacji,
nadal zupelnie nie rozumiejac po co tam idzie, z cicha nadzieja jedynie , ze moze darmowe drinki beda i jakos czas zleci.
Spotkanie bylo na ul. Marszalkowskiej.
Przed wejsciem do salonu w ktorym mialo odbywac sie spotkanie, klebil sie maly tlumek gosci o sredniej wieku 70 lat.
Wygladalo na to ze wszyscy sie znaja i w wiekszym lub mniejszym stopniu , na skale ogolna lub tylko wlasna sa ARTYSTAMI.
DG rozejrzal sie bezradnie dookola. Znikad pomocy.
Baru tez nie bylo na horyzoncie ani nawet polamanego stolika , byle by tylko z aperitiffem.
“DESERT na deser .Przyjdzie zdechnac …. z pragnienia” – westchnal DG I opadl beznadziejnie na krzeslo.
Przygladal sie znudzonym wzrokiem jak Artysci w podgrupach poklepuja sie po plecach, usmiechaja i “wchodza sobie nawzajem…”.
Godzina byla 17. Sloneczko jeszcze grzalo i nic dziwnego, ze DG zaczely sie zamykac powieki.
Walczac z ogarniajacym go snem (czyli wlasciwie walczac o zycie, bo gdyby zasnal i wyrznal glowa o betonowy chodniczek ul Marszalkowskiej,
to nawet w pobliskim szpitalu dzieciecym by go nie odratowali bo za krotkie lozka maja).
Kiedy wiec po raz drugi uratowal sobie sam zycie, przebudziwszy sie 5 cm od chodnika, postanowil wstac z krzesla i wyruszyc w poszukiwaniu jakiegos trunku,
bo fakt ze nie zginal od atakujacej go plyty chodnikowej, nie wyeliminowal calkowicie niebezpieczenstwa.
Grozila mu jeszcze smierc z pragnienia.
.
Ciag dalszy nastapi ….. milosc wielka nadejdzie wkrotce
(ja czekalem 41 lat na swoja Milosc aby ja poznac, Wam nie kaze
tak dlugo czekac…..)
.
Jak widac wracam do formy, bo tekstu o zespole reggae
oczywiscie nie napisalem (jeszcze troche Poczekacie) za to
wysmazylem tekscicho na 10 stron zupelnie o niczym ….

scena 1 strona 3 i 4
artystka udowadnia jak bardzo pilnie pracowala i doskonale
zarabiala w przeciwienstwie do DG :

A teraz troszku historii…

Dalej pismo do sadu:

I znowu troche historii…




scena 2 strona 6
artystka udowadnia cos zupelnie przeciwnego :

scena 3 strona 7
i w koncu artystka dochodzi do sedna :

Ach te fakty

.
Takie zachowanie artystki nazwalem (na wlasne potrzeby)
korpusem dualno-falowym, co w nomenklaturze fachowej
okreslane jest jako typowy objaw schizofrenii.
Jak sie okazuje mozna bez zadnej odpowiedzialnosci karnej
karmic sedziow tego typu frazesami a oni ze stoickim
spokojem lykaja te bzdety marnujac czas i pieniadze
podatnikow.
.
