Blog rozwodnika

Blog o tym jak sie rozwiesc z Artystka

BLOG ROZWODNIKA 04/02/2010

Czarodziejski pam-flet – czyli jak czerpac z zycia

czerpiac z meza pieniadze,

z jednego kochanka czerpiac inspiracje,

z drugiego kochanka czerpiac kontakty

(na isnienie wiekszej liczby kochankow Artystki nie mam jeszcze twardych dowodow ale nad tym caly czas pracuje…)

August 8, 2008

w rolach glownych wystepuja:

Dariusz Mikulski – dyrygent , dyrektor filharmonii walbrzyskiej , prywatnie – kochanek rezyserki Anny Dlugoleckiej, na codzien wydaje mu sie ze swoja paleczka wymachuje samodzielnie- zwany dalej DYREKTOREM www.filharmonia-sudecka.pl www.concorno.de

Anna Dlugolecka – podrozniczka, poetka, projektantka mody a odkad ponownie zostala kochanka DYREKTORA takze rezyserka oper, prywatnie – zona DON GIOVANNIEGO przyprawiajaca mu rogi od chwili gdy postanowila zostac artystka, a na codzien – przez nikogo nie rozumiana, biedna artystka z budzetem od glupiego meza SPONSORA, zwana dalej ARTYSTKA       www.annadlugolecka.pl

Don Giovanni – frajer, rogacz i filantrop (SPONSOR) wykladajacy kazde pieniadze na pomysly i samorealizacje ARTYSTKI , prywatnie jej maz, na codzien znudzony opowiesciami o drodze do samorealizacji niewiernej zony i jej kolejnych chloptasiach ktorzy potrzebuja kasy , zwany dalej DON GIOVANNIM (DG)

Marszalek Wojewodztwa Dolnoslaskiego – filantrop niemiej naiwny co DON GIOVANNI gdyz przeznacza panstwowe pieniadze na zabawy kochankow (DYREKTORA i ARTYSTKI) w opere, prywatnie calkiem rowny gosc zwany dalej MARSZALKIEM – bedzie adresatem tej sztuki na rowni z mediami

SCENA 1 i nie ostatnia

Niedziela 20.04.2008 godz 14.25 czasu srodkowoeuropejskiego

DG przebywajac chwilowo poza granicami kraju dowiaduje sie , ze do jego domu pod Warszawa wdarla sie wlasnie ARTYSTKA w towarzystwie DYREKTORA
i na oczach zdumionego i zaskoczonego chlopca opiekujacego sie domem DG , zaczela wynosic dokumenty firmy nalezacej do DG. DYREKTOR (PAN) aby nie pozostawac
w tyle za swa kochanka zabral ze soba i zapakowal do samochodu ARTYSTKI (oplacanego przez DG) komputer nalezacy oczywiscie do firmy DG.
DG , kiedy juz ochlonal ze zdumienia bezczelnoscia i glupota kochankow (rozumiejac calkiem dobrze ich motywy i desperacje , gdyz odmowil finansowania kolejnych pomyslow
operowych) poprosil ARTYSTKE grzecznie w smsach (gdyz jest czlowiekiem praktycznym oszczedzajacym glownie na sobie) aby odwiezli z powrotem  rzeczy (w koncu to
przeciez i tak ich nic nie kosztuje bo za paliwo placi DG) – uslyszal , ze teraz maja go w reku i jesli nie spelni ich zadan to nie tylko skonczy w wiezieniu ale nigdy wiecej nie zobaczy
swojej corki , ktora ma niestety z ARTYSTKA (dowody na glupote kochankow w postaci smsow wkrotce do przeczytania na podstronie a tymczasem do wgladu w telefonie DG).
DG przyzwyczajony przez ostatnie lata do podobnych wystepow ARTYSTKI postanowil zglosic w/w historie na policje oraz przeslac niniejszy “scenariusz” do wszystkich mediow
i instytucji zainteresowanych ‘popieraniem” sztuki w polsce a takze publikowac w internecie we wszystkich mozliwych miejscach ku przestrodze potencjalnych SPONSOROW.

a oto sakramentalne slowa Artystki przeslane Don Giovanniemu  (zapewne z wdziecznosci za wszystko co zrobil aby mogla realizowac swoje marzenia) :

 

historia 04/02/2010

A teraz historia od poczatku

        WPROWADZENIE

 … jest to blog o milosci i zdradzie , o marzeniach i nieograniczonych mozliwosciach jakie posiadaja w sobie ludzie oraz nieskonczonej ich glupocie

…jest to blog ku przestrodze wszystkich ktorzy chca w jakis sposob zlaczyc swoje zycie z artystami (kogo kolwiek to slowo okresla) …..

…jest to blog ku przestrodze wszystkim ktorzy zyja marzeniami , aby zanim zaczna je realizowac sprawdzili czy ta druga osoba obok ma marzenia podobne…..

…jest to blog w ktorym bede pisal o przygodach i podrozach, miernym polskim swiecie mody i jego bohaterach, o zgnilym swiatku polskiej opery i o wszystkim co nas otacza a czego ja osobiscie „dotknalem“ co daje mi prawo do wydawania teraz osadu J bo wczesniej wydawalem na to wszystkie pieniadze L.

…jest to forma, ktora da fundament dla historii, ktora wydam w formie ksiazki a ktora napisze siedzac w wiezieniu do ktorego najchetniej posadzilaby mnie bohaterka tego blogu za to ze zrezygnowalem z finansowania jej marzen i kolejnych kochankow , za to ze osmielilem sie chciec zyc inaczej czyli …………normalnie

                         BOHATEROWIE

     czyli 1 kobieta i 3 panowie na litere M

                (potem dojda jeszcze inni )

 Anna Dlugolecka – „zona w stanie rozwodu“  z wyksztalcenia – kosmetyczka, „licencjonowany menager“ a poza tym: projektantka mody, podrozniczka, poetka, grafik, fotograf a ostatnio takze rezyserka, scenograf (w jednej osobie) oper Mozarta jednym slowem kobieta renesansu zwana w blogu ARTYSTKA w wyjatkowy na skale swiatowa sposob umiejaca roztrwonic kazde zarobione przez jej oficjalnego (jeszcze niestety) meza pieniadze …. oczywiscie w imie „sztuki“….

Don Giovanni– narrator, na codzien na papierze (jeszcze niestety) maz Artystki, zwany w blogu DON GIOVANNIM (DG) w chwili obecnej probujacy ulozyc sobie jakos zycie z dala od wielkiej „sztuki“ oper, mody i wszystkiego tego co finansowal przez ostatnie 5 lat….

Dariusz Mikulski – obecnie jeszcze dyrektor w Filharmonii Walbrzyskiej i staly (bardziej lub mniej ale za to od 15 lat) kochanek Artystki , wprowadzajacy ja od 3 lat w arkana sztuki operowej zwany dalej w blogu DYREKTOREM

Maciek Malicki –  kochanek Artystki, ktory z braku  pomyslu na zycie zostal misjonarzem i ‚krolem Zimbabwe“, (koles), ktory za pomoca strony internetowej skutecznie zwabia zadne ‚afrykanskich przygod“  kobiety z polski na swoja misje w Bulawayo (Zimbabwe), wyznajacy zasade ze w zyciu liczy sie tylko „sex,drugs & rock’n roll“ a przyjaciel to dla niego gosc co kase pozycza lub wodke stawia… zwany dalej w blogu MESJASZEM

 

poczatek 04/02/2010

POCZATEK

czyli : ..w zyciu licza sie tylko marzenia !!!!!!!

 …tak wiec zacznijmy od poczatku ….

a na poczatku byl…..chaos :) (oczywiscie) datowany na rok 2003,

kiedy to po totalnej finansowej plajcie wspolnej (DG i Artystki) firmy, pewnego dnia

Artystka oswiadczyla Don Giovanniemu :

„…mam dosc interesow i prowadzenia firmy, ty rob co chcesz, ja wracam do swoich marzen i jesli ma mi sie udac w zyciu je zrealizowac to zrealizuje je zaczynajac od zera…“

(a tymi marzeniami bylo projektowanie ciuchow) .

PIEEEEKNE !!!!!!

…zwlaszcza , ze Don Giovanni pozostal bez jakiejkolwiek gotowki, z dlugami w wysokosci 1,5 mln zl i zagrozonym przez komornikow domem….

Jednak w mysl zasady … baba z wozu , koniom lzej… zobaczyl swiatelko w tunelu, ze prowadzac interesy tylko po swojemy da rade wyjsc na prosta….

Artystka tymczasem rozpoczela studia w „szkole“ projektowania ubioru, tej samej co nasi „wielcy kreatorzy mody“ i zrobila dyplom w postaci pelnowymiarowego, niezaleznego (jedynego jak sie okazuje w tej formie w historii tej „szkoly“) pokazu mody.

Inspiracja dla stworzenia dyplomowej kolekcji, ktora nazwala „wykluczenia“ byla muzyka KADHJA NIN (Burundhi) a na miejsce dziania sie „akcji“ zostala wybrana AGORA siedziba Gazety Wyborczej.

Pokaz zostal sfinansowany (oczywiscie w calosci) przez Don Giovanniego.

Po bardzo dobrej krytyce z jaka spotkal sie pokaz, przychylnymi recenzjami w prasie Don Giovanni zaczal juz wierzyc ze inwestowane kazdego dnia pieniadze w marzenia Artystki maja szanse na skapitalizowanie w przyszlosci.

(kiedys, w wolnej chwili opisze kulisy powstawania tego pokazu na terenie zarezerwowanym dla 2 polskich krawcow czyli duetu Brzozowski z Paprockim)

I oto ta wolna chwila nadeszla w Swieta Wielkanocne 2009…

Miejsca na Pokaz szukalismy bardzo dlugo. W koncu to mial byc debiut nie tylko

projektantki ale takze calej organizacji w przygotowaniu i wyprodukowaniu takiego

iventu.

Wczesniej co prawda, DG prowadzil rozmowy z agencjami „wyspecjalizowanymi“

w tego rodzaju imprezach ale zadna z nich w rozmowach nie byla wystarczajaco

przekonywujaca, ze bedzie w stanie zrealizowac pomysly projektantki.

Generalnie wszyscy na rynku prezentuja podobne podejscie do tematu.

Czyli najpierw budzet (najlepiej ok 200.000 zl – rok 2003) a potem to niech

projektant przyniesie co tam ma a oni sami sie wszystkim zajma.

I niestety tak to wyglada co wielokrotnie mozna obserwowac do dnia dzisiejszego na

„pokazach mody czolowki polskich projektantow“. Brak jakiejkolwiek spojnosci

pomiedzy kolekcja, miejscem, scenografia, muzyka i nawet catheringiem czy

sponsorami.

Czysta amatorszczyzna, wiec DG postanowil jako poczatkujacy (a nie

zaawansowany) amator wyprodukowac cos co mialo sie nazywac POKAZEM

MODY.

Tak wiec debiut na calego !

Tym bardziej bolesny, ze za wlasne absolutnie pieniadze.

Strony pozytywne : nie trzeba bylo z nikim omawiac zadnych swiadczen wzajemnych

i wysluchiwac „ genialnych“ pomyslow typu umieszczenie logo sponsora w swietle

glownej kamery oraz mozna bylo przesunac lub odwolac impreze bez zadnych

konsekwencji.

Mimo wszystko presja psychiczna byla bardzo duza, bo przeciez branza i temat nowe.

Tyle ze zasady marketingu wszedzie sa takie same.

Poniewaz kolekcja nosila nazwe WYKLUCZENIA i skierowana do kobiet

czytajacych Wysokie Obcasy dodatek do Gazety Wyborczej wybor wstepnie padl na

siedzibe AGORY.

Mialo to takze pomoc przy patronacie medialnym ze strony Gazety a przynajmniej

WYSOKICH OBCASOW.

Kolekcja miala przypomniec zapomniane wloczki i welny, pokazac ze mozna z tego

uczynic nie tylko niesmiertelne sweterki ze wzorkiem typu warkocz lecz mozna temat

potraktowac calosciowo pomimo wykluczajacych sie „wg naszych przyzwyczajen“

aspektow welny.

Tak wiec wloczka do pracy i do domu, wloczka na wieczor a nawet do slubu.

Nawet stringi byly z welny.

Totalny welniany odlot. !

Do tego polaczenia z jedwabiami, nie spotykane do tej chwili w „modzie“.

Kazda „sukienka“ z kolekcji powstala w wyniku osobnej historii, przemyslen i

posiadala swoje wlasne zycie.

Z posrod 50 kilku projektow przygotowanych na te okazje, projektantka ostatecznie

wybrala 33 (liczba na poczatku wydawala sie przypadkowa) .

Jak juz wczesniej pisalem, powstawaniu kolekcji towarzyszyla muzyka KHADJA

NIN, ktora nadala calosci jakis taki „afrykanski“ charakter.

Cholera jasna ! gdzie cos takiego mozna by pokazac ? – zastanawial sie DG

Muzeum etnograficzne ? a moze jakas knajpa o podobnym „zacieciu“ ?

Ostatecznie wybor padl na siedzibe Agory (wydawce Gazety Wyborczej).

I zlozylo sie doskonale ! bo skoro wykluczenia to wykluczenia ! bez przesady

oczywiscie :)

Budynek AGORY jest architektonicznie genialny a w srodku fantastyczna sala typu

loft, jak najbardziej pasujaca swym surowym charakterem do koncepcji pokazu.

DG podpisal wiec szybciutko umowe na przeprowadzenie imprezy z administracja

AGORY i mozna bylo zaczac przygotowania do pokazu.

Poniewaz kolekcja byla gotowa potrzebne byly modelki.

W pierwszym odruchu zwrocilismy sie do kilku agencji modelek o pomoc

zaznaczajac, ze budzet mamy ograniczony i jestesmy „debiutantami wsrod

amatorow“ .

Na casting zjawilo sie kilka pan i po 15 min niezbyt przyjemnej atmosfery podjelismy

decyzje, ze skoro my jestesmy amatorami i promowac bedziemy naturalnosc

materialow i zachowan to najlepiej jak wezmiemy amtorki czyli dziewczyny jak to sie

mowi brzydko z ulicy.

Zabawa byla swietna przy nauce „chodzenia i choreografii“. Doskonala byla

atmosfera. Nie bylo miedzy nami zadnych gwiazd, nie bylo dasow ani pomyslow

z boku. Dziewczyny byly niezwykle otwarte zaangazowane i skupione na realizacji

wizji projektantki i zeby przy okazji „nie zabic sie na wybiegu“.

Sprawa kolejna to partnerzy medialni.

Tutaj po raz pierwszy DG odbil sie od sciany okalajacej polski swiatek mody.

Patronat prasowy zaproponowal oczywiscie WYSOKIM OBCASOM, natomiast

odpowiedz ktora uslyszal spowodowala, ze utwierdzil sie w przekonaniu, iz mozna

isc swoja droga skutecznie, nie trzeba wchodzic w stado i potem na sile sie usmiechac

czy poklepywac i to po pupie najlepiej.

Otoz redaktor naczelna WYSOKICH OBCASOW w odpowiedzi na propozycje

objecia patronatem prasowym pokazu udzielila reprymendy wprost do sluchawki DG

slowami :

„… wybierajac na miejsce swojego debiutu AGORE , pani Dlugolecka wytoczyla zbyt

duze dzialo, a WYSOKIE OBCASY maja przeciez swoich wlasnych projektantow na

etacie i w tym samym dniu beda mieli oni takze pokaz…“

Oznaczalo to ni mniej ni wiecej tylko, ze zorganizowali celowo tego samego dnia

pokaz wystraszeni, ze ktos obcy wchodzi na ich teren.

Mysleli slusznie i dzieki sile swojej gazety odebrali naszemu iventowi wieksza czesc

dziennikarzy, ktorym nie wypadalo nie przyjsc na pokaz polskich dolce & gabbana.

Swoja droga ja bym sie obrazil gdyby ktos przyrownywal mnie do kogos, bo oznacza

to ze brak mi wlasnej tozsamosci, oryginalnosci, autentyzmu.

Brzozowski z Paprockim sie nie obrazili .

Wracajac do redaktor naczelnej……

…..coz na takie stanowisko ze strony WYSOKICH OBCASOW, DG nie byl

przygotowany i nie bylo planu B. Wiec do pokazu przystepowalismy bez patronatu

prasowego.

Za reklame robily spoty w RADIO PIN (ktore bardzo pozytywnie reagowalo na tego

typu inicjatywy – teraz juz sie niestety zmanierowali).

Zaproszenia zostaly wyslane do dziennikarzy zwiazanych ze swiatem mody lub

piszacych o sprawach waznych dla kobiet.

Nikt z nas nie zamierzal jednak do nich dzwonic, blagajac aby raczyli przyjsc, jak to

jest podobno w zwyczaju.

Wyszlismy z zalozenia, ze ci najbardziej wartosciowi i otwarci trafia i tak do nas.

Przeciez po kolekcji Brzozowskiego z Paprockim wiadomo z gory czego mozna sie

spodziewac tzn . dobrego catheringu .

Problem kolejny to rejestracja pokazu na potrzeby telewizji. Tutaj DG poszedl po

bandzie i zatrudnil profesjonana ekipe z jednej z czolowych polskich stacji tv.

Ekipa byla super… tyle ze krecila wg swojej metody (a nie sugestii i oczekiwan

projektantki) i w efekcie pomimo 4 kamer nie bylo materialu do zmontowania.

Niemniej montazysta wykazal sie pelnym profesjonalizmem i wspolnie udalo sie cos

tam sklecic na porzeby archiwalne. Niestety material nie nadawal sie do tv wiec

kolejna wpadka.

Tych wpadek bylo potem cale morze, a nawet ocean.

W trakcie przygotowan do pokazu podczas rozmow z jednym ze znajomych, ktory

przebywal czasowo w RPA, zwrocil nam on uwage na Ambasador RPA w Polsce, iz

jest to cudowna kobieta i mozna ja zainteresowac iventem skoro to ma cos wspolnego

z Afryka.

I tak sie stalo. Po przebrnieciu przez wiele „bramek“ Ambasady, DG udalo sie

umowic na spotkanie z Pania Ambasador, ktora ku radosci wszystkich przyjela

zaproszenie i objela patronatem POKAZ.

Dzien POKAZU zblizal sie nieuchronnie, mniej wiecej wszystko bylo dopiete

(oczywiscie mniej niz wiecej) brakowalo nam tylko butow dla modlek.

Bylo ciezko. Projektantka nie zaprojektowala specjalnych butow do swojej kolekcji i

dobranie czegokolwiek z tego co bylo dostepne na rynku okazalo sie prawie

niemozliwe. W koncu po kilku dniach szukania udalo sie od biedy cos znalesc.

Obuwie w odpowiednim rozmiarze i kolorystyce zostalo zamowione do

wypozyczenia na nastepny dzien i wlasciwie POKAZ mozna bylo zaczynac.

POKAZ MODY WYKLUCZENIA

 

Poranek byl jak to kazdy poranek, nic szczegolnego zwlaszcza po kolejnej

nieprzespanej nocy, wiec juz po wypiciu drugiego litra kawy, DG jako tako patrzyl na

swiat.

Przedpoludnie przynioslo „z gory oczekiwana“ wpadke pod tytulem buty !

Oczywiscie nie przyjechaly na czas i okazalo sie ze jeszcze wogole nie sa

przygotowane do wysylki.

Wiec DG w sposob dla siebie tylko mozliwie uprzejmy w takiej sytuacji, podziekowal

za wspolprace i oswiadczyl projektantce, ze butow nie bedzie i modelki ida na

bosaka. Po chwili milczenia przerywanej jedynie krotkimi wykrzyknikami

wskazujacymi na to ze projektantka sprawdza czy nie zapomniala „podstawowych“

polskich slow, stwierdzila, ze to i dobrze bo i tak nie do konca pasowaly i nie byly jej

projektu, wiec wyszlo jak zwykle na dobre.

I tym oto sposobem pozbylismy sie ciezaru odpowiedzialnosci za mienie ktore moglo

ulec zdeptaniu.

Godzina zero zblizala sie sie nieuchronnie.

Za kulisami czy jak to sie teraz modnie nazywa na „back stage’u“ modelki nerwowo

przymierzaly kolejne przeznaczone dla nich „sukienki“ (slowo kreacja tak jak i moda

zostaly wyrzucone ze slownika projektantki) i w napieciu oczekiwalismy na

przybycie fryzjerow.

Byla godzina 16 (pokaz mial sie zaczac o 19) a one ciagle jechaly !

Na uczesanie 13 modelek przez 2 fryzjerow to troche malo czasu. Na szczescie dzien

wczesniej koncepcja fryzur zostala omowiona, szkoda tylko ze zabraklo czasu na

zrobienie chocby jednego probnego uczesania.

W koncu sa ! przyjechaly ! Jest godz 17 ! od razu ochoczo zabraly sie do pracy a my

kontyuowalismy szlifowanie chodzenia po wybiegu.

Wybieg i krzeselka na widowni byly dokladnie na tej samej sali co garderoba

oddzielone od siebie jedynie parawanem z materialu.

Oznaczalo to, ze w czasie pokazu na zapleczu powinna panowac kompletna cisza a

modelki podczas przebierania sie nie powinny nawet oddychac.

Wybieg tez sobie wymyslilismy !!!!!!!!! W ksztalcie litery U !!!!!!! Cholera !!!!!!

Nalezalo zadbac aby w czasie pokazu w kazdej czesci wybiegu w tym samym czasie

znajdowala sie przynajmniej jedna modelka. Trzeba to jeszcze bylo zgrac jako tako

z frazami w muzyce i wlasciwie bylismy gotowi.

O godz 18.30 zgodnie z zalozeniami firma catheringowa rozstawila stoly,

przygotowala przekaski i napoje i byla gotowa do akcji.

Ekipa tv rozstawila sie ze sprzetem i WTEDY okazalo sie ze dysponujemy zbyt mala

iloscia swiatla aby dostatecznie doswietlic caly wybieg !!!!!!!!!!!!!! .

A przeciez byli dzien wczesniej i nie chcieli zrobic proby bo wszystko mialo byc ok,

mieli miec ze soba dostatecznie duzo sprzetu. !!!!!!!!

Godzina 19 dochodzi spokojnie (na zegarze).

Za szklanymi drzwiami oddzielajacymi sale na ktorej mial sie odbyc pokaz od

korytarza widac bylo zbierajacy sie tlumek ludzi.

Powinnismy wlasciwie juz zaczac ich wpuszczac, i DG nie mial juz nawet czasu na

dyskusje z ekipa tv gdy zza kulis dobiegl RYK projektantki.

W chwile potem wszystkie modelki rzedem pedzily do toalety po czym w jeszcze

wiekszym pedzie wracaly z zupelnie mokrymi wlosami do garderoby.

UPS – pomyslal DG – chyba fryzjerki „daly ciala“ !

Po chwili zza zaaranzowanego na potrzeby pokazu parawanu dobiegl odglosc

przeogromnego warczenia suszarek do wlosow. Niestety dyponowalismy tylko

trzema suszarkami wiec pozostale dziewczeta suszyly sobie wlosy recznikami, przed

podmuch z wlasnych pluc wycieranie o sciane lub szybkie bieganie.

No nie w takich warunkach nie da sie wpuscic na sale gosci.

DG wyszedl wiec radosnie do GOSCI i oswiadczyl im, ze wszystko jest ok, czekamy

na glownego goscia tj. Pania Ambasador i ze jak to w takich wypadkach bywa

zaczniemy zgodnie z terminem czyli ok 30 min pozniej.

Na pocieszenie poprosil aby wszystkich gosci poczestowac winem i powrocil na sale.

Wziawszy na siebie odpowiedzialnosc za multimedia, postanowil dla proby

wyemitowac spoty turystyczne dostarczone przez Ambasade RPA i wtedy……………

I wtedy…………………………….. wysiadl komputer sterujacy tym calym badziewiem !!!!!

Nie bylo swiatel, nie bylo muzyki, nie bylo filmow reklamowych za to byl SIWY

DYM z komputera !!!!!!!!.

DG nie wierzyl wlasnym oczom. Prawo Murphiego dziala !!!!!!! gdyby DG mogl w

danej chwili cofnac sie do przeszlosci do dopadlby ojca Murphiego i sklonil do

zostania geyem.

Ale poniewaz nie mogl akurat wtedy przeniesc sie w czasie a GOSCIE na korytarzu

rozpijali kolejna kolejke (isnialo niebezpieczenstwo ze wypija caly alkohol zanim sie

pokaz zacznie), DG rozpaczliwie podlaczyl swojego laptopika i postanowil

przejechac cala impreze na recznym sterowaniu.

Jego przerazenie nie mialo granic. Modelki za plecami lataly jak popazone. Goscie za

drzwiami ledwo juz trzymali sie na nogach, gdy do mozgu DG dotarla informacja

podana mu przez interkom 15 minut wczesniej, ze oto przed drzwi zajechala limuzyna

i Pani Ambasador czeka w samochodzie.

SHIT,SHIT,SHIT – DG nawet nie zdazyl sie przebrac w jakis odpowiedni ciuch, wiec

podal tylko przez intercom aby Pania Ambasador przytrzymac , Gosci wpuszczac,

swiatlo przygasic i bojac sie nawet spojrzec za siebie aby skontrolowac co sie dzieje

w garderobie wykrzyknal : CISZA – ZACZYNAMY !

W przestrzen sali otulona polmrokiem poplynely pierwsze takty muzyki i Goscie (juz

w doskonalych humorach na widok krzeselek) usadawiali sie wokol wybiegu.

Pani Amasador zmeczona czekaniem przyjszla sama, za co DG postanowil byc JEJ

dozgonnie wdzieczny.

I wtedy stala sie rzecz straszna. Poniewaz polmrok byl zbyt polmroczny i DG nie

widzial swojego komputera a za jego plecami co chwila slychac bylo odglosy

wpadajacych na siebie modelek, poprosil cichutko do intercomu aby zapalono czesc

swiatel w „garderobie“ . Poprosil raz , poprosil drugi raz poprosil trzeci raz i okazalo

sie ze elektryk dyzurny wyszedl na papierosa !!!!!!!!! DG zmowil tylko za niego

paciez i poprosil Boga aby tamten cygara nie palil i rozpoczal pokaz w kompletnych

ciemnosciach.

No, nie byloby w tym nic strasznego gdyby nie fakt, ze slowo wstepu miala

powiedziec Pani Ambasador , a ona dosc ciemnej karnacji byla , w prostej linii od

ZULUSOW (chyba) …..

I tak jak muzyka dobiegala niewiadomo skad, tak i piekne slowa wypowiedziane

przepiekna angielszczyzna rozeszly sie po calej sali i nikt z Gosci nawet nie

zauwazyl, ze Pani Ambasador wstala i usiadla, ale na szczescie brawa bili……

I wtedy pokaz sie zaczal ….. cisza…. niesamowite jaka byla cisza…….. i zaczal padac

deszcz…

to SHINA VODJANI swoja kompozycja wprowadzila nas w nastroj rownikowej

ulewy po czym silny spot rozswietlil pierwsza modelke na wybiegu….. POSZLO….

Angelika przywitala swoim usmiechem wszystkich przybylych i cala machina na

pozwiazywanych na sznurki trybach ruczyla do przodu i juz bez zatrzymania dobiegla

do konca.

Podczas finalu pokazu , kiedy modelki wszystkie razem dziekowaly Gosciom i

schodzily z wybiegu tetno DG osiagnelo 250 uderzen/ minute a nad jego glowa unosil

sie oblok pary wodnej.

Gdy ostatnia modelka opuscila wybieg, DG wlaczyl muzyke, ktora miala juz do

konca imprezy towarzyszyc GOSCIOM i osunal sie bezwladnie na podloge.

„ Hmmm , jak cudownie ! – pomyslal – ‚“ nigdy k..wa WIECEJ“

„ no i co teraz ? wyjsc do Gosci by wypadalo…. a tu taka porazka, taka wtopa, taki

wstyd…. no i do tego jeszcze trzeba lyknac te zabe patrzac w oczy Pani Ambasador…

fuck, fuck,fuck…..!

wypil wiec dzielnie drinka, ktorego mu w miedzyczasie przyniesiono myslac ze

omdlal biedaczek, zebral sie w sobie i przygotowany na najgorsze ruszyl wraz

z projektantka do GOSCI.

Tu przerwe… nie bede pisal, chcialbym jakies zdjecie z imprezki po pokazie

zamiescic ale wszystkie zabrala artystka, wiec jesli dysponujecie chociaz jednym

zdjeciem , przeslijcie prosze …. zamieszcze.

Ku mojemu zdumieniu po pokazie, na ktorym bylo dosc sporo dziennikarzy,

projektantka dostala swietna krytyke, a artykul o niej i kolekcji pokazal sie jako

pierwszy w Gazecie Wyborczej przed artykulem z pokazu Brzozowskiego

z Paprockim.

Pieknie napisali.

Kolekcja tez byla wg opinii DG „handlowa“ i juz widzial oczami wyobrazni jak to

wykreowana przez niego projektantka wymieniana jest pomiedzy najwiekszymi tego

swiata GUCCI, YSL, Donna Karan …. ech

Przebudzenie nadeszlo juz dnia nastepnego po pokazie , kiedy to projektantka

oswiadczyla, ze nie zamierza sprzedawac zadnych z tych rzeczy, bo sa one dla niej

zbyt osobiste a poza tym ma juz w glowie cala mase innych projektow i pomyslow,

wiec wymyslanie przez DG masowej produkcji to jakas bzdura i to ja tylko zatrzyma

w rozwoju artystycznym.

Dg oblizal sie wiec tylko smakiem i z ciekawoscia przygladal sie dalej „rozwojowi

artystycznemu projektantki“.

 

Przystanek AFRYKA 04/02/2010

Po pokazie Artystka przegladajac kolejny udostepniony jej (przez Ambasade RPA) album ze zdjeciami, zobaczyla zdjecie kobiety z ludu Ndebele i zafascynowana jej spojrzeniem postanowila dotrzec do tej wlasnie konkretnej wioski w bushu i poznac jej historie.

Co za piekne marzenia !

Interesy Don Giovanniego szly coraz lepiej ale nie na tyle jeszcze dobrze aby finansowac tego typu eskapady , wiec dla swojego pomyslu Artystka potrzebowala innych sponsorow.

A ze projekt tego wyjazdu zrobila ogromny (bo miala jej towarzyszyc ekipa filmowa i mialy byc realizowane odcinki dla telewizji), Don Giovanni chcac nie chcac wyruszyl na poszukiwanie partnerow.

Po dziesiatkach spotkan, hektolitrach wypitej kawy i drinkow, w koncu znalazla sie korporacja gotowa sfinansowac projekt.

Radosc nie trwala jednak zbyt dlugo.

Na miesiac przed planowanym ruszeniem w droge, ktos na szczeblu miedzynarodowym korporacji dopatrzyl sie, ze ich polityka reklamowa zabrania skojarzen z Afryka i w sposob wg siebie bardzo delikatny i politycznie poprawny, wycofali sie z projektu.

Rozpacz Artystki nie miala granic.

Jej objawy to :

- morza wylanych lez,

- zlorzeczenia na caly swiat,

- obwinianie o wszystko Don Giovanniego

- brak przejmowania sie czymkolwiek (dom,rodzina)

- uzaleznienie totalne od internetu…

Bylo to zachowanie, ktore powoli wchodzilo w krew Artystce i stosowala go coraz czesciej w „walce o prawo do swojego“ z nic nierozumiejacym, tepym kapitalista Don Giovannim.

      „Ptak Ciernistych Krzewow“

Spedzajac cale dnie i noce w internecie Artystka poznaje swojego „zbawiciela“ Mesjasza, ktory roztocza przed nia wizje poznawania Afryki jaka niedostepna jest przecietnym nudnym turystom.

Artystka nie jadla, nie zajmowala sie ani dzieckiem ani domem tylko planowala wyjazd do Mesjasza.

Pewnego pieknego dnia powiedziala Don Giovanniemu, „…ze to i dobrze ze poprzedni partner wycofal sie z projektu, bo dzieki temu poznalam misjonarza, ktory pokaze mi Afryke taka o jakiej marzylam…, … i ze on jak nikt inny rozumie MOJA sztuke i MOJE projektowanie i jade do niego natychmiast !!!! …“

Widzac na co sie zanosi, chcac chronic dom i rodzine DG tlumaczyl, ze artysta aby nie stoczyl sie do rynsztoka musi miec za soba rodzine ktora go wspiera ,

ale zeby ta rodzine utrzymac artysta musi dac tej drugiej osobie poczucie bezpieczenstwa w zwiazku, bo inaczej nie wytrzymaja tej proby.

Prosil, blagal wsciekal sie , wszystko na nic…

… bo wg Artystki – „… to sa jakies bzdety o jakich on mowi i jesli ma jakis problem to musi sobie z tym sam poradzic bo ona nie zamierza tracic na to czasu

- bo przeciez jej wartosci , jej sztuka sa ponad zwykle problemy zwyklych smiertelnikow!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!…“

Jednym slowem gdy Artystka cos postanowi to tak ma byc i juz !

Na przeszkodzie do wyjazdu nie stanely tez ani ich mala czteroletnia corka ani brak pieniedzy na wyjazd.

Artystka pozyczyla pieniadze na wyjazd od przyjaciolki i poleciala …. na spotkanie Mesjasza.

Jak sie pozniej okazalo Artystka i Mesjasz zakochali sie w sobie juz przez internet i w w wymienianych miedzy soba emailach i smsach zapewniali sie goraco o swoim uczuciu.

Niestety ochrona prywatnej korespondencji uniemozliwia mi opublikowanie posiadanych dowodow w postaci emaili i smsow, ale pracuje nad tym …. 

 

Don Giovanni natomiast, zamiast splacac dlugi i zalegle podatki musial zwrocic pieniadze sponsorce Artystki.

 

Pierwszy krok “Artystki” na Czarnym Ladzie – Bulawayo (Zimbabwe) 03/02/2010

Po wyladowaniu w Bulawayo , Artystka przysyla smsy pelne zachwytow nad urokiem Afryki i  ludzi tam mieszkajacych a po krotkim czasie wyrusza razem z Mesjaszem w droge do RPA-  do wioski ludu Ndebele (tej ze zdjecia w albumie).

gdzie Mesjaszowi dane bylo dotknac branzy mody …. doslownie :)

ciekaw jestem tych argumentow…..

hmmmmm, chyba jednak ona to ubrala ……

Tak wiec podroz oczywiscie udalala sie znakomicie i po powrocie do Buyo (skrot od Bulawayo), Misjonarz wraz ze swoja zblakana owieczka wyruszaja razem natychmiast nad wodospady Wiktorii.

Sielanka tak otumanila Artystke, ze przyslala smsa do DG :

…. tu jest cudownie ! sprzedawaj wszystko ! przeprowadzamy sie !…

To stwierdzenie „sprzedawaj wszystko“ dotyczylo ich domu i oczywiscie bylo poboznym zyczeniem Artystki, bo dom zostal wystawiony na licytacje i w oststniej (doslownie) chwili DG uniemozliwil jego  sprzedaz przez komornika co nie oznaczalo jeszcze uwolnienie go na dobre z rak wierzycieli.

DG odpisal wiec „radosnie“ zeby bawila sie dobrze, ze on sobie jakos radzi i ze jest to nawet jakies wyjscie w ich beznadziejnej sytuacji finansowej skoro zycie w Zimbabwe jest taaaaakie tanie no i taaaaaaaaakie interesujace !

DG zgodzil sie wiec na poszukiwanie domu do wynajecia w Bulawayo i przeprowadzke do Afryki, wiec Artystka dzielnie zabrala sie za organizowanie zycia na Czarnym Ladzie.

Jak sie okazalo za kilka tygodni po jej powrocie, organizowala SOBIE zycie.

Jej powrot z Zimbabwe byl osobliwy.

Wrocila ale tylko cialem i nawet to cialo wyrywalo sie z powrotem od pierwszej chwili z powrotem do ………….. „nowego“ .

Witajac Artystke na lotnisku DG odniosl wrazenie ze obca kobiete spotkal, wiec na awanture nie trzeba bylo dlugo czekac …..

no i na dalszy ciag …..

od tej chwili nasza rodzina powiekszyla sie o Mesjasza , ktory byl na sniadanie , obiad i kolacje ….

i w kazdej sekundzie po powrocie Artyski az do jej kolejnego wyjazdu do Zimbabwe.

Drugiego dnia po powrocie, nie mogac zniesc nadasania Artystki , DG poprosil o rozmowe.

Odbyla sie ona w kawiarence na Zoliborzu (bo w domu Artystka nie czula sie pewnie) i trwala prawie 3 godziny !

I wtedy to DG uslyszal jakich to cudow doswiadczyla Artystka w Afryce. Jaka to potega w nia wstapila pod wplywem Wodospadow Wiktorii !!!! jak dotarlo do niej jej przeznaczenie !

Wlasnie tam !

Tam poczula swoj poczatek ! tam „narodzila“ sie w niej Artystka NAPRAWDE !!!!…

…I ze wodospad wlal w nia swa ogromna magiczna moc !!!…

Uslyszal wtedy jedna z najbardziej dramatycznych w swym banale historii

o odnalezieniu samej siebie (potem okazalo sie ze artyskta jednak

wlasciwie to sie jeszcze nie odnalazla i szuka siebie samej nadal) i ze to

swoje powolanie do poszukiwania samej siebie wlalo sie w nia pod

wplywem potegi Wodospadow Wiktorii i ze zrozumiala,

ze jako zona i matka to ona juz sie zrealizowala w zyciu i ze nic jej nie

powstrzyma przed poszukiwaniem swojej „drogi“, przed odnaleziem samej

siebie i ze teraz to ona rozumie artystow, ktorzy aby tworzyc potrzebuja

samotnosci i ze DG tego nigdy nie zrozumie bo jest tepym kapitalista

skupionym tylko na zarabianiu kasy, ograniczajacym jej wolnosc i

zabijajacym jej uczucia brakiem zrozumienia dla sztuki i artystow

(zwlaszcza) i ale ze ona sie nie podda i ze wraca do Zimbabwe bo tam

czuje sie jak w domu i zada aby poszukal sobie innej kobiety a ich zwiazek

zeby skonczyli wlasnie teraz !…ze wyjedzie do Afryki z corka , zalatwi jej

tam szkole i beda tam zyly , bo tam jest MIEJSCE NARODZIN ARTYSTKI

!!!!!! Jej narodzin !!!!! koniec!

Wou !

ale sie DG nasluchal !

I poczul sie taaaaaki malutki wobec tego bezmiaru artystycznej

przestrzeni i wolnosci, wobec braku moznosci dotykania taaaaaaaaaak

wielkich rzeczy bo przeciez DG byl tylko tepym kapitalista.

Nic tylko babie odwalilo na calego !

Coz, jesli ktos nie musi sie martwic o chleb i zarabianie na utrzymanie bo

ma sponsora, ktory kocha wspolne dziecko to moze opowiadac takie

dyrdymaly wiedzac ze z glodu nie umrze i spokojnie moze udawac

wielkiego nierozumianego artyste.

Po paleniu zimbabwanskiej trawki zamiast kadzidelek i popijaniu arfykanskim Smirnoffem zamiast winem mszalnym niejeden mialby taki odjazd.

No i do tego jeszcze to towarzystwo. Inny swiat !

DG majac w pamieci „wyczyny“ Artystki przed jej wyjazdem do Afryki, czujac jak mu sie „rodzina rozjezdza w palcach“  zaczal tlumaczyc, ze nie ma co tak powaznie tego wszystkiego traktowac,ze jak troche pooddycha „swiezym powietrzem“ Warszawy to wroci na tory.

Nie na wiele to sie jednak zdalo wiec jedyne co mu pozostalo to przytaknac, ze pomimo wszystko on rozumie co ona przezyla i ze bedzie ja wspieral w jej drodze i jesli chce zabrac ze soba dziecko to bedzie nawet niezla przygoda i ze to wszystko bedzie finansowal bo trudno zeby corka jego na misji mieszkala.

OT DURNY ROGACZ !!!!!!!!!!!!!!!!

Slyszac to wszystko Artystka uszczesliwiona napisala zaraz kolejnego smsa do Mesjasza z „dobra nowina“ …

…no i sie zaczelo.

Dom w Bulawayo znalazl sie w miare szybko.

Milutkie afrykanskie gniazdko

A wlasciwie znalazl go  mesjasz dla NICH i z rozbudzonymi nadziejami na wspolna przyszlosc z Artystka, blagal ja w emailach aby juz przyleciala z powrotem …. MAMY JUZ DOM !!!!!! …

Niestety bez basenu    , co zaraz zostalo wytkniete Artystce przez ludzi, ktorzy wlasnie wrocili do Polski po dluzszym tam pobycie.

No bo jak ze to tak ?! Bialy ma miec dom w Afryce bez basenu ???? !!!!

Wstyd i hanba ! Pozniej to zrozumialem J

Ale czego sie nie robi na nowej drodze zycia, trudno niech bedzie bez basenu … na poczatek.

I tak majac juz wlasciwie swoje miejsce w Bulawayo Artystka przygotowywala wyjazd na stale.

W miedzy czasie jeszcze zorganizowala pokaz mody w Hotelu Mariott na zaproszenie Pani Ambasador RPA w Polsce.

 

“Artystka” na skrzydlach wolnosci… 03/02/2010

Artystka radosna sukcesem rozpostarla skrzydla wolnosci ktore zaniosly ja wprost do Bulawayo i pozwolily bezpiecznie wyladowac na nowej drodze zycia.

Nowy kontynent, nowy kraj, nowy dom, nowy „przyjaciel“ w nowym domu…. wszystko nowe !!!!!!!!

No i ta WOLNOSC !!!!!!!!!!!!

Po latach ciemiezenia przez DG, ktory zmuszal ja „sila“ do zajmowania sie domem i dzieckiem a wczesniej „nakazywal“ pracowac we wspolnej firmie, potem zmuszal do przestrzegania zasad moralnych w show businessie– odetchnela piersia pelna !!!!!!!!!!!

NARESZCIE – nigdy wiecej DG ! no pomijajac kase oczywiscie…….

Ale teraz Artystka bedziewreszcie  Pania Siebie ! i niedlugo pokaze calemu swiatu ……!!!!!!!!!

Zabrala sie wiec ochoczo do zasiedlania Zimbabwe swoja osoba i wspolnie z Mesjaszem w ciagu 2 lat stali sie jego „niepodzielnymi wladcami“ .

To oni dyktowali znajomym i znajomym znajomym czy moga poleciec do Zimbabwe, czy tez nie…

To bylo ICH ZIMBABWE … i tu musze przyznac z wyrazami watpliwego juz szacunku dla Artystki, ze zaczela wladac dotychczasowym wladca Zim czyli Mesjaszem  praktycznie od pierwszej chwili w czym ten sie nawet nie dokonca orientowal….

…a gdy sie zorientowal to Artystka zdetronizowala go i pobila nawet na jego rodzimym gruncie czyli w Trojmiescie

(ale jak do tego doszlo , bedzie w dalszej czesci story)

Poki co idylla trwala i kochankowie ‚fruwali codziennie“ pod niebieskim niebem Bulawayo , znoszac do pustego domu sprzety niezbedne do egzystencji wartej Artystow Prawdziwych.

Az w koncu nadszedl czas aby DG polecial z coreczka do srodka Afryki. Na spotkanie przygody i nieznanego. Ola (coreczka) cieszyla sie bardzo.

Ola jest bardzo radosna dziewczynka (w Tatusia  ), bardzo otwarta na swiat i ludzi od pierwszej chwili zjednujaca sobie przyjaciol.

No i uwielbia latac samolotem.

Tak wiec prawie 24 godzinna podroz trzema samolotami z Warszawy przez Zurich, johannesburg do Bulawayo , zniosla wysmienicie.

W dniu 28 czerwca 2004  blade stopy DG i jego corki dotknely po raz pierwszy Czarnego Ladu na lotnisku w Johannesburgu (Sud Africa lub RPA jak kto woli).

Pomimo wczesnej pory (samolot wyladowal o 6 rano) po wyjsciu na plyte lotniska odczuwalo sie tu fajne ciepelko .

Nie zeby upal – w koncu tam to byl wtedy srodek zimy – ale bardzo przyjemne cieplo i suche powietrze, no i te zapachy !!!!!

Pierwsze wrazenie pozytywne. Lotnisko w Johannesburgu tez okazalo sie piekne.

W odroznieniu od europejskich szaro szklano zoltych kostek rubika , dokola masa kolorow nadajacych temu miejscu radosny i spontaniczny klimat.

“Nie jest najgorzej… na razie” – pomyslal DG i zajal sie ogladaniem szklanych paciorkow z podpisem “diamenty”,

podczas gdy jego coreczka nurkowala w sklepach z rzezbami i ksiazkami afrykanskimi.

Teraz ostatni lot : z Johannesburga do Bulawayo. Tego DG obawial sie najbardziej. Jadac autobusem po plycie lotniska na stanowisko postoju samolotu do Buyo, DG mija coraz starsze i bardziej zdezelowane maszyny.

Juz skonczyly sie odrzutowce i zaczely samoloty napedzane “wiatrakiem” ( DG zaczyna miec coraz czarniejsze mysli- za chwile zaczna sie pewnie dwuplatowce …) gdy nagle kierowca autobusu radosnie zawraca i z fantazja podjezdza od drugiej strony samolotu, ktory duzo wczesniej mijali.

Uff ! pewnie sie zagapil ? wszystkie samoloty przeciez takie podobne do siebie

Samolocik byl malutki ale na szczescie odrzutowy wiec DG poprawil sie humor pomimo widoku pilota, ktory niezbyt przychylnie patrzyl na pasazerow (moze mial kare/kaca ?- niepotrzebne skteslic ) z przyciasnej kabiny.

Wielkosc samolotu oraz nastroj pilota zrobily swoje. Lot byl koszmarny.

Jak sie okazalo pozniej (a DG latal na tym odcinku jeszcze kilkanascie razy) to trasa Johannesburg – Bulawayo  jest to odcinek karny dla pilotow, bo jak inaczej nazwac latanie od sasa do lasa i rzucanie samolotem udajac turbulencje nie mowiac o ladowaniach, do ktorych piloci zawsze podchodzili jakby parkowali auto pod supermaketem.

Zreszta „terminal“ w Bulawayo tak wyglada. Hangar z pordzewialej blachy robi za lotnisko miedzynarodowe w drugim co do wielkosci ( 1 mln mieszkancow) miescie Zimbabwe.

Kraju , ktory 25 lat temu byl najbogatszym krajem na swiecie !!!!!!!!!!!!!!!!!

No pieknie ! – Pomyslal DG , Zaczelo sie… prawdziwa Afryka wita nas….

Z okien kolujacego samolotu widac bylo wyraznie marny

barak lotniska i niewielkie drzwi prowadzace do jego

wnetrza. Pomimo niewielkiej odlegosci w jakiej zaparkowal

samolot od tego wejscia, pasazerowie musieli poczekac na

autobus, ktory mal ich przewiesc na odleglosc doslownie

100m.

“Boze…” – pomyslal DG – “czy to sie nigdy nie skonczy?”

autobus, samolot….autobs,autobus, samolot… autobus,

autobus i znowu samolot i na zakonczenie gdy juz tak

blisko jest celu znowu cholerny autobus, po to chyba tylko

aby na odleglosci 100m pochwalic sie ze maja klmatyzacje

i ze DZIALA , bo to w tym kraju rzadko idzie w parze.

  ZAMACH na lotnisku w Bulawayo

Potem ktos mi powiedzial, ze takie przepisy sa teraz i ze

to forma naturalnej selekcji, bo zdarzaja sie chetni do

zamachow na obecnego (od 25 lat) prezydenta – kolege

Mugabego i ze ostatnio nawet przylecialo kilku takich z

USA , ale im nie podstawili autobusu tylko “zdjeli”

bezposrednio z plyty lotniska, zapakowali w drewniane

garsonki i odeslali z powrotem.

Trzeba powiedziec, ze zaimponowali mi swoim trzezwym

podejsciem do sprawy. Zamiast niszczyc poszycie

autobusu lub nie daj boze samolotu (ktory nalezal do RPA i

Mbeki moglby sie wkurzyc) ,unikajac rozlewu krwi na

tapicerke (odwieczny problem w filmach Tarantino)

Pozwolili zamachowcom wyjsc na plyte lotniska i gdy Ci

naiwnie czekali na bagaze zalatwili ich na goracym betonie.

W takim upale krew wysycha zanim jakas mucha ja

zwietrzy wiec od razu zasuszeni byli gotowi do drogi

powrotnej.

Przy takiej sile argumentow lepiej bylo wsiasc do tego

autobusu niz “czekac na bagaze”.

DG wraz z Coreczka pokonali wiec droge w dol po

schodkach z samolotu i pod gorke po schodkach w

autobusie. Gdy juz wszyscy pasazerowie byli w srodku

czarny kierowca z radoscia na twarzy (wrescie mogl sobie

pojezdzic – na tym lotisku laduje i startuje jeden samolot

dziennie) wcisnal klime do dechy razem z pedalem gazu.

Gdy pasazerowie zajeci byli powrotem do stanu

rownowagi, kierowca depnal obiema (chyba) nogami na

hamulec i glowy wszystkich wrocily na miejsce a

niektorym nawet bardziej ……

A mowia ze tu taaaaaaaaaaaaki kryzys, ze nie ma paliwa !!!

a ten gosc zuzyl go na odcinku 100m tyle co niektorzy

przez miesiac (i to nie w kosiarce).

Ale zebyscie widzieli jaki ten czlowiek byl szczesiwy !!!!!!!!

- i to bylo najwazniejsze.

Drzwi autobusu otworzyly sie wpuszczajc cudownie cieple

i pachnace powietrze do srodka.

Teraz czekal nas przed ostatni etap podrozy.

Zakup wizy i odprawa celna.

Miejsce do tego przeznaczone na tym lotnisku zajmuje

powierzchnie ok 200 m2.

Fajnie, zwiezle nie trzeba sie nalatac za daleko.

Czarny urzednik w szarym mundurze (nawet ciekawe

zestwienie kolorystyczne) wzial paszporty DG i coreczki i

zapytal o cel podrozy.

- Nooo…..wakacje oczywiscie !- odparl DG

- Bedziesz polowal? – kontynuowal celnik

- Raczej moga na mnie zapolowac – usmiecnal sie DG i

podrapal w okolicach “wysokiego” czola

Celnik nie zrozumial jednak tego dowcipu (oni tutaj inaczej

rozwiazuja problem niewiernosci zon – ale o tym pozniej ) i

wskazal dziure w scianie gdzie DG mogl nabyc wize

wjazdowa droga kupna.

Z owego “okienka” wychyli sie kolejny rozesmiany czarny i

poprosil o paszporty. Zapytal jaka DG zyczy sobie wize i

za dwukrotnego wjazdu wystawil rachunek na 35

dolarow i to amerykanskich (na szczescie dzieci nie

potrzebuja wizy).

DG podal banknot 50 dolarowy i zaczela sie jazda !

Z bezczelnym usmiechem dziecka ktore wlasnie zjadlo cala

czekolade celnik oswiadczyl ze nie ma wydac reszty.

Jego glos osiagnal przy tym intonacje dzieki ktorej DG

zorientowal sie ze ten czarny gosc ma na utrzymaniu

siedmioro dzieci, rodzicow, tesciowa , 2 zony , koze, kota

i psa i ten “tip” po prostu mu sie nalezy.

Glosem pelnym wspolczucia i glebokiego zrozumienia DG

odpowiedzial, ze ma duzo czasu i poczeka az ten gdzies

skoczy i rozmieni kase.

Czarnemu celnikowi nawet na jote nie drgnela powieka i z

tym samym usmiechem (od ucha do ucha bo gdyby nie

uszy to na okolo) zapytal uprzejmie czy moze wydac

reszte w twardej walucie czyli dolarach ale zimbabwanskich.

NO TYPOWA KOMUNA !!!

WITAJ W PRL – u !!!

Dolar zimbabwanski jak przystalo na walute republiki

bananowej (jak niegdys PRL) ma dwie wartosci i kazda z

nich jest wazna.

 

Wiza do “lepszego” swiata 03/02/2010

DG nie kryjac juz zdenerwowania ale z usmiechem warknal

stanowczo – “ Give me the change…”

“… I nie pier…..ol” – dodal pod nosem po polsku ale wcale

nie po cichu.

Urzednik chyba zrozumial najlepiej drugie zdanie bo w

magiczny sposob znalaza sie reszta I to w “zielonych

prawdziwych” .

“ nasi juz tu byli…” – pomyslal DG I popatrzyl na pierwsza

w zyciu wize zimbabwanska.

Jak widac na powyzszym skanie piekna jest. Dostojna.

Robi wrazenie bogactwem w odroznieniu np od

amerykanskiej.

Zmeczony “walka z komuna” DG przeciagnal bagaze po

podlodze do stanowiska “suvenirow”, czyli tam gdzie

celnicy wypytujac o przewozone prezenty staraja sie

wygrzebac cos dla siebie.

Po raz kolejny paszport DG powedrowal w czarne rece.

- where are you from – usmiechnal sie celnik

- from Poland – odparl DG

- Holland ? – dopytywal celnik

- POLAND ! Papa polako, wodka , white grizzli… kapisci ?

- aaaa poland ! Walesa ! – wykazal sie znajomoscia czarny

czlowiek

- no walesa no, its mistake, forgett it, he is from Gdansk

mins germany… kontynuowal nauke historii i geografii DG.

Na twarzy celnika nie widac bylo ani sladu zrozumienia ani

najmniejszego chociazby wspolczucia dla naszego

polskiego narodu ciemiezonego wlasna glupota, wiec

zrezygnowany DG podsunal walizki i torby do

“przeswietlenia”.

Rece celnika szybciej niz jakikolwiek rentgen wykryly

alcohol I wyciagnely go triumfalnie na swiatlo dzienne,

a na czarnej twarzy zagoscil usmiech na widok “Jack’a”

- jakies prezenty ? – spytal naiwnie celnik,

przyzwyczajajac sie do ksztaltow butelki

- jakie prezenty ? odparl DG – ja tu nikogo nie znam ….

- No to dla kogo tyle whisky ? – nie ustepowal urzednik

No I na co to cale tlumaczenie ? – pomyslal DG -

poza tym skad to zdziwienie o glupie 10 butelek ?

DG zadeklarowal przecez wyraznie ze jest z Polski I ze w

Zimbabwe bedzie cale 2 tygodnie!

Bez uzycia kalkulatora wynikalo z tego, ze juz w polowie

pobytu nie bedzie co pic :( ale wiecej nie mogl zabrac ze

soba bo Corka zdecydowanie odmowila wspolpracy w

temacie.

Miala juz 5 lat (prawie) I moglaby “troche” pomoc.

Ale to jedynaczka :( .

Celnik widzac jak DG walecznie broni whisky, jakby to

miala byc jego ostatnia wypita na tej ziemi dal w koncu za

wygrana I przepuscil ich do wyjscia.

Duze drzwi z dykty otworzyly sie na “zimbabwanski swiat”

i oczom DG I coreczki ukazal sie …………komitet powitalny.

Artystka i Mesjasz

„Piekna para, pasuja do siebie…“ – pomyslal DG w pierwszej chwili.

I ten nieznosny ciezar powietrza, ktory sie zrobil wokol calego towarzystwa na powitanie.

Artystce widac bylo ze jast jakos glupio przywitac sie z DG bardziej czule niz tylko jak z ojcem lub bratem wiec skupila sie sciskaniu coreczki (choc nigdy wylewna nie byla) w obawie przed powitaniem pomiedzy DG i Mesjaszem.

Zupelnie niepotrzebnie, bo DG doskonale rozumial i odegral swoja role za co w nagrode otrzymal od Mesjasza ” lizaka”  a nawet dwa tzn dwie „laski wodza“ czyli rzezbione z drewna laski jakimi dla dodania sobie powagi podpiera sie starszyzna plemienna w Afryce.

Dlaczego dwie ?  i o jakie tu “laski” wlaciwie chodzi ? – pomyslal DG i od razu przyszlo mu na mysl skojarzenie z Grunwaldem, wiec tak tez podziekowal Misjonarzowi mowiac, ze :

„lasek“ ci u mnie dostatek ale i te dwie przyjme na znak zwyciestwa….

Ubawiony wlasnym dowcipem i wkur….ony cala sytuacja oddalil sie natychmiast w kierunku lotniskowego baru aby nie prowokowac dalszej eskalacji „milosci Polakow na obczyznie…“.

W barze wypil najdrozsze piwo na swiecie (gdyby tak po kursie oficjalnym przeliczyc  dolara zimbabwanskiego na amerykanskiego – o ekonomii tego kraju bedzie troche pozniej)  po czym udal sie na parking przed lotniskiem i wsiadl do srodka lokomocji przypominajacego stara mazde 323.

Swym niezwykle wnikliwym umyslem od razu dostrzegl, ze ktos zakosil mu kierownice i oddal pasazerowi po prawej stronie.

“no … ciekawa to bedzie jazda” – pomyslal i zmeczonymi z niewyspania oczami zaczal sie rozgladac  w terenie.

Nie wygladalo to zachwycajaco. Zupelnie inaczej niz w telewizorze , cholera!

Kolory szaro- bure, zero zieleni, dookola wyschniete krzaczory o roznej wysokosci wyrastajace z suchej brunatno-czerwonej ziemi.

Przynajmniej asfalt w miare porzadny…. No nie ma co narzekac , naprawde…… w Warszawie takiego nie ma, niestety- westchnal DG saczac piwo, ktorym “milosiernie” poczestowal go mesjasz.

I tak juz pol godziny przemierzali droge z lotniska w kierunku miasta.

Przy drodze mijali co jakis czas zabudowania. Murowane nawet. Dosyc duze posesje otoczone wysokimi murami zakonczonymi drutami kolczastymi pod pradem. Ponad nimi widac jedynie calkiem ladna gdzie nie gdzie dachowke i pioropusze pieknych palm. Swiadectwo minonego bogactwa tego kraju I jego mieszkancow.

Podobnie jak wspomniane wczesniej asfaltowe drogi.

Niestety … im blizej miasta tym gorzej. A samo miasto porazilo DG swoja staroscia , zaniedbaniem I brudem.

“…co za syf !!!!! … istny BADZIEWIELAD , MURZYNOWO !!!!“ – pomyslsl zasmucony DG – To jest niestety realna Afryka.

.

Pierwszy dom w Bulawayo/Zimbabwe

.

  

Domek okazal sie byc w dosyc spokojnej dzielnicy. Podjechawszy pod kuta z pretow brame misjonarz, ktory mial akurat we wladamiu kierownice zatrabil energicznie w przestrzen pomiedzy kaktusami i krzakami.

Po dluzszej chwili ….

nie nie, jeszcze troche dluzszej…. na sciezce pojawil sie czarny czlowiek , jak sie okazalo – ogrodnik – ktory w tempie nie rokujacym dotarcia w tym roku do bramy zaczal sie do niej zblizac.

“…przynajmniej nie bedzie mial problemu z wyhamowaniem przed brama…” – pomyslal DG i wysiadl z auta aby pokazac ze PAN przybyl.

Ogrodnik na widok DG nie przyspieszyl nawet o sekunde na kilometr za to wyszczerzyl sie w szerokim usmiechu i tak mu juz zostalo…

Koniec koncow jego podroz dobiegla konca i osiagnal brame aby z duma otworzyc ja przed przybyszami. Nastepnie przywital sie dosyc cieplo z Artystka i Mesjaszem (zupelnie jakby tu juz wczesniej mieszkali J ) i z godnoscia wladcy zamknal ja na powrot.

Od bramy do domu prowadzila wydeptana pomiedzy krzakami i kaktusami droga. Jakies 50m. Potem wylanial sie juz domek. Jak na zdjeciu powyzej. Sympatyczny, zbudowany z kamienia z dachem pokrytym trawa. Milo.  Chlodno w srodku.

Dajac czas artystce na rozpakowanie rzeczy DG poprosil aby misjonarz zawiozl go do centrum miasta, bo chcialby do jakiejs kwiaciarni trafic.

Pojechali. Bez slowa pokonali dystans do city I podjechali pod ogromy magazyn.

Cholera ! to jest kwiaciarnia ? – z zachwytem spytal DG

Zanim dotarla do niego odpowiedz , on sam byl juz w srodku ogromnej halii niczym AUCHAN w Polsce. W srodku panowal polmrok i fajny chlodek.

 

Tuz przy wejsciu za malenka odrapana stara lada siedzialo czterech czarnych leniwie rozgladajac sie po zupelnie ale to zupelnie……. ale to ku…rwa zupelnie pustej wybetonowanej przestrzeni. Widok DG zupelnie ich nie zaskoczyl, wrecz przeciwnie. Wygladali jakby mieli nadzieje, ze on cos dostrzeze w tej pustce, co oni zaraz mu sprzedadza. DG jednakze nie bedac w tamtej chwili zaintersowany kupowaniem swiezo zerwanego z podlogi betonu, podziekowal ladnie i zawrocil do samochodu. Tam przeprosil misjonarza za nieprecyzyjne zwroty i poprosil aby ten podrzucil go gdzies gdzie mozna kwiaty kupic , obojetnie gdzie, moze byc nawet do ‘miesnego”.

 

Ku zaskoczeniu DG, handel kwiatami  odbywal sie jednak na jednej z glownych ulic Bulawayo

.

W cieniu przeogromnych drzew na prawdziwym chodniku siedzialy grzecznie w rzadeczku czarne kobiety zasloniete przed oczami przechodniow przez stojace w naczyniach  bukiety kwiatow. To byl festiwal kwiatow ! karnawal ! istna uczta dla oczu !

Zadowolony DG wysiadl z auta I zanim doszedl do pierwszej kobiety zostal otoczony przez czarnych agitujacych w dosyc agresywny sposob.  Usmiechnal sie wiec przyjaznie i zaczal mowic do nich w swoim ojczystym jezyku.  Konsternacja trwala jednak zbyt krotko. Gdy czarni zorientowali sie ze maja do czynienia z totalnym turysta (frajerem) polaczyli swoje wysilki, wybrali kierownika i ten rozpoczal negocjacje.

 

Kwiaty byly naprawde piekne. Coz za wspanialy bukiet moglby z nich byc!

Odporny na gadanie czarnych, udajac ze ich niewiele rozumie, DG idac wzdloz rzedu “straganow” wybieral co piekniejsze okazy i na koniec kazal z nich zrobic wiazanke. Jak juz byla gotowa co trwalo ok 10 min, w czasie ktorych DG probowal nauczyc chociaz kilku podstawowych slow po polsku swoich nowych czarnych braci , kierownik grupy wykrztusil wreszcie z siebie cene…………

 

Trzeba powiedziec ze bukiet byl wspanialy I cholernie ciezki I DG patrzyl na niego z ogromnym podziwem. Pierwszy zachwyt w tym kraju. Po chwili jak przez mgle dotarla do niego cena……………

 

Rozbawionym wzrokiem popatrzyl na otaczajacych go czarnych braci. W ich oczach dostrzegl naiwna nadzieje, ze oto jednym dealem zarobia na caly rok.

No coz, business po afrykansku J. Westchnal wiec gleboko I rozpoczal ‘prace u podstaw” w zakresie edukacji ekonomicznej czarnej spolecznosci, ktora w miedzyczasie zebrala sie wokol. Aby nie popelnic bledow merytorycznych oraz nie chcac byc zle zrozumianym na wszelki wypadek mowil do nich po polsku.

Widzac jednak, ze nie pojmuja kompletnie podstaw ekonomii a na ich twarzach oczekiwanie powoli zamienia sie w zniecierpliwienie DG stanowczym glosem uzywajac lamanego jezyka angielskiego odpowiedzial, ze za 200 $ to na ulicy w Paryzu ma bukiet wraz z kwiaciarka.

I to byl kolosalny blad w negocjacjach!!!!

DG dal sie zlapac jak male dziecko.

 

Czarni bracia jeden przez drugiego zaczeli krzyczec napierajac coraz mocniej na DG,szarpiac za ubranie I ciagnac kazdy w swoja strone. Teraz kazdy z nich byl gotow dorzucic swoja kobiete do tego bukietu byleby tylko DG wybral jego zone. Widzac ze to nie przelewki DG zdecydowanie postanowil zbijac cene.

Oddal wiec bukiet pierwszemu z brzegu czarnemu , oswiadczajac ze jest gejem i dlatego nie kupuje kwiatow w Paryzu tylko Bylawayo. W wyniku tej argumentacji cena spadla do 100$ a bukiet znalazl sie ponownie w rekach DG. Mimo wszystko niezadowolony z ceny DG wcisnal bukiet najblizej stojacemu zwracajac uwage ze ma zbyt duzo fioletowych kwiatow ktore nie sa teraz trendi.

 

Nie czekajac na ponowna oferte, przebil sie przez spory tlumek, ktory ciagle sie powiekszal i po odsunieciu czarnego zajetego demontowaniem klamki w mazdzie misjonarza wskoczyl do srodka.

“…czy mozemy juz jechac ?” spytal uprzejmie misjonarza

“…a co z kwiatami ?” zainteresowal sie misjonarz

“…drozsze niz w Londynie, wiec jedzmy” odparl DG I z przerazeniem zobaczyl wrogo nastawiony tlumek czarnych braciszkow otaczajacych samochod.

 

Wspomniany juz wyzej czarny kierownik dzierzyl w jednej rece  bukiet a druga reka trzymal DG za koszule przez otwarta szybe wykrzykujac coraz to nizsze propozycje cenowe.

“…chyba jednak bede musial je kupic “ stropil sie DG i zaproponowal 20$

oferta zostala przyjeta i ostatecznie udalo sie odjechac bez wiekszych perturbacji.

Patrzac na trzymany przed soba bukiet, DG popadl w zadume, mocno niezadowolony z efektu swoich negocjacji. W koncu zaplacil przeciez rownowartosc dwoch pensji miesiecznych jakie zarabia sie srednio w Zimbabwe.

 

ZIMBABWE MY DREAM 03/02/2010

ZIMBABWE MY DREAM

    YOU CAN DRINK AND DRIVE

“Coz , nauka kosztuje. Nastepnym razem bedzie lepiej “ – pocieszal sam siebie wypijajac w samochodzie kolejne piwo. Oprocz kwiatow ta rzecz spodobala mu sie najbardziej.

Zimbabwe to najcudowniejszy kraj na ziemii dla Polakow I Rosjan. Jest to kraj w ktorym mozna pic i jezdzic. Bo cos pic w takim klimacie przeciez trzeba caly czas. A ze woda drozsza od piwa , wiec piwko sie popija przy kazdej okazji a czesciej popija sie bez okazji. Wogole to najlepsze miejsce na swiecie do picia piwa, DG odkryl wlasnie w Zimbabwe. Tym miejscem jest oczywiscie miejsce w jadacym samochodzie i to koniecznie za kierownica.

Po latach obserwacji, jak to w rodzimym kraju politycy walcza z bogu ducha winnymi kierowcami jezdzacymi po kielichu ( pomimo druzgocacej przeciez statystyki wskazujacej, ze to trzezwi powoduja wiecej wypadkow) DG z uwielbieniem zaczal oddawac sie temu “procederowi”.  Szybko doszedl tez do wnioskow, ktore nie sa zbyt korzystne dla rasy bialej nie wykluczajac w tym Polakow oczywiscie.

Po pierwsze………. i po drugie.

Ludzie czarni (bron boze nie myslic z okresleniem “ciemni”) maja wyjatkowy szacunek dla samochodu i ogromny respect przed wszystkim co sie po drodze porusza i wyglada na metalowe. Czarny czlowiek przemieszczajacy sie pieszo (w naszej nomenklaturze tzw ‘pieszy”)  na widok nadjezdzajacego auta, blyskawicznie (jest to cecha niedostepna Polakom) ocenia swoje szanse w potencjalnym zderzeniu i czym predzej ustepuje z drogi.

Sprawa ma sie podobnie z … jak to my nazywamy “przechodniami”. Kazdy kto ma bardziej opalona skore, zanim przejdzie przez jezdnie nawet jesli ma zielone swiatlo, upewni sie najpierw ze nadjezdzajace auta zatrzymaja sie napewno bo przeciez nikt mu nie zagwarantuje, ze zadzialaja hamulce w zblizajacym sie aucie lub ze pomimo porannej godziny , kierowca nie spi pijany za kierownica.

Tak zdrowe podejscie do tematu ruchu drogowego, powoduje ze wiecej czarnych ginie od hipopotamow (pewnie dlatego ze nie sa metalowe) niz samochodow prowadzonych przez pijanych kierowcow (trzezwi w tym rejonie swiata nie wystepuja).

“… ach, zeby tak to zaimportowac do Polski…” westchnal DG (nie zeby hipopotamy tylko SZACUNEK DLA PORUSZAJACEJ SIE METALOWEJ MASY !!!!)

Po powrocie z „kwiaciarni“, misjonarz wysadzil DG pod brama

i z mina obrazonego kochanka, czym predzej pognal na misje.

A moze tylko oltarz mu sie palil ???

DG z ogromnym bukietem ogromnie przeplaconych kwiatow

wkroczyl do domu I wreczyl je artystce ze slowami : „… na

nowej drodze zycia ….“

Ta , zachwycona udawanym podziwem podziekowala w 2

slowach i w zamian zaproponowala piwo.

„Hmm ale mi business….“ – pomyslal DG, ale piwo przyjal bo

w koncu lepsze to niz nic.

Artystka nie zaproponowala nic wiecej, gdyz ogarnela ja

wscieklosc wielka , ze Misjonarz stchorzyl I pozostawil ja

sam na sam z wrednym DG  w tak  malej  przestrzeni.

Domek  wewnatrz  byl malutki, ale swiezo zbudowany i bardzo sympatyczny.

Nic dziwnego, ze Artystce i Mesjaszowi  bylo tutaj jak u Pana Mugabego za piecem.

Zona  pomimo tego, ze nie widziala sie z DG prawie miesiac

czasu wcale nie zamierzala ukrywac swego niezadowolenia

z powodu nieobecnosci misjonarza.

Ten domek bez  Maciusia byl taaaaaaaaaaki pusty  taaaaaaaaaaki  malutki.

Brak Maciusia w otoczeniu oznaczal dla niej stracony dzien.

Byla w stanie „ tworzyc rzeczy wielkie“ tylko wtedy gdy Malicki byl w zasiegu.

Przy nim rodzila sie na nowo i codziennie.

Dzien bez narodzin, byl dniem straconym bezpowrotnie.

Ani Coreczka ani DG nie byli w stanie tej straty wyrownac.

DG majac tego pelna swiadomosc, postanowil wykorzystac

chwilowy dlugi odstep pomiedzy kochankamii i pozabijac

Artystke przynajmniej kilka razy, tak dla odmiany, aby

mogla sie swobodniej odradzac.

Zaczal wiec standardowo mowic o rodzinie, wartosciach,

moralnosci itd. Jeszcze wtedy walczyl o rodzine.

Artystka zas standardowo odpowiadala ze to sa pierdoly,

ktore jej nie dotycza i podjela niestandardowo probe

zajecia sie dzieckiem.

Wygladalo to dosc sztucznie, ale Coreczka steskniona za

mama, z ktora nie miala kontaktu przez dlugi okres czasu

z entuzjazmem przyjmowala kazda aktywnosc skierowana w

jej strone.

- „przynajmniej tyle z tego dobrego, ciekawe jak to bedzie

kiedy zjawi sie misjonarz ? no ciekawe …“ – pomyslal DG

wypijajac kolejny lyk z piwa, po czym rozejrzal sie dookola

posesji.

Wygladalo na to, ze znalazl sie w miejscu wiecznej

szczesliwosci, gdzie nie ma nic do robienia.

Zupelnie nic.

„Wakacje FOREVER“ . – westchnal leniwie DG I zaczal

przygladac sie trzem czarnym, ktorzy mieli funkcje naprawy

ogrodzenia posesji.

Bylo ich trzech. W kazdym z nich plynela krew …… bo sie

poruszali.

Najwyrazniej jednak nie mieli jej zbyt duzo, lub byli swiezo

po transfuzji bo ich ruchy byly jakies takie mgliste, takie

nie konczace sie nigdy.

Ogrodzenie zas, jak przystalo na ogrodzenie posesji w

Rodezji mialo ok 3 m wysokosci, bylo murowane i

zwienczone drutem kolczastym pod napieciem.

Ten widok przywolal na mysl zycie bialych kolonizatorow

i tak wlasciwie zaczelo wygladac zycie Don Giovanniego w

Afryce. Nic ….. zupelnie nic do robienia.

Ale tego tez trzeba sie nauczyc.

Dlatego DG upewniwszy sie, ze Artystka nie stracila

zainteresowania wlasnym dzieckiem i ze jeszcze sie nie

pozabijaly, siegnal po drugie piwo, zajal strategiczna

pozycje w fotelu na tarasie, skad mogl obserwowac i

pobierac lekcje pracy „na czarno“.

Trzej czarni bracia zjawiali sie codziennie rano do pracy w

okolicy 8 godziny .

Prace zaczynali od heroicznego wysilku w celu rozpalenia

ogniska przy uzyciu darmowych patykow znalezionych w

ogrodzie.

Najpierw DG myslal, ze wtym ognisku beda wypalac cegly,

ale potem sobie przypomnial ze przeciez cegly kupil w

cegielni.

„Wiec moze beda kuc lopaty i lemiesze ?“ – dywagowal DG

i z uwaga przypatrywal sie murarzom.

Po pol godzinie kiedy juz sie rozgrzali sobie rece (boze ….

co bedzie w zimie !!!) i wg DG byli gotowi do roboty, oni

postanawiali zapalic jointa.

Caly czas przy tym mieli wetkniete sluchawki w uszy i czy

to z zimna od slonca czy goraca od ogniska podrygiwali

i kolysali sie na boki.

Te ruchy w niczym nie przypominaly ruchow jakie nalezy

wykonac aby wmurowac chociaz jedna cegle i stad tez po

dwoch dniach obserwacji, DG zauwazyl ze dziura w murze,

ktora w dniu jego przyjazdu miala 3 metry szerokosci i 2

wysokosci nie zmniejszyla sie ani na jote.

Po osmiu godzinach podrygiwania przy ognisku, popalania

trawy, trzej murarze (najwyrazniej wykonczeni praca) znikali

z ogrodu, rownie bezszelestnie jak sie w nim pojawiali rano.

O ile czas rozpoczecia „pracy“ zdecydowanie wachal im sie

od 8 do 10 rano, o tyle fajrant zawsze nastepowal niezwykle

punktualnie jakby byli podlaczeni swiatlowodem do

Greenich.

DG przygladal sie codziennie „postepowi prac“

z zainteresowaniem oczekujac konca tygodnia czyli dnia

wyplaty.

Sobota oczywiscie nadeszla (bo nadejsc musiala) i murarze

wyciagneli rece po kase.

DG popatrzyl na ich utrudzone praca rece, popatrzyl na

ognisko, popatrzyl na mur, w ktorym w ciagu tygodnia pracy

przybyly 3 cegly .

Z rozbawieniem przysluchiwal sie tlumaczeniu problemow

jakie to musieli pokonac murarze aby wmurowac srednio

po jednej cegle na glowe na tydzien.

Z ich relacji wynikalo, ze bardzo szanuja swoja prace

i zamierzaja ja kontynuowac jak najdluzej sie tylko da,

co oczywiscie DG powinien zrozumiec i zaczac podskakiwac

z radosci, ze trafil na tak pracowitych ludkow.

Co wiecej, ich ogromne zaangazowanie zasluguje ze

wszech miar na uznanie i dlatego oczekuja, ze zamiast

umowionych 10$ na lebka za tydzien pracy dostana p o 15$,

co obiecuja odpracowac w najblizszym nieokreslonym czasie.

KU SASA

Dla czlowieka w czarnym kolorze skory zamieszkujacego

tereny Zimbabwe i Sud Africa nie istnieje pojecie,

ze czegos nie da sie zrobic.

Nie maja takiego okreslenia w swoich jezykach a w jezyku

angielskim nie przechodzi im to przez czarne gardlo.

Kiedy wiec pytasz czarnego czy dana rzecz mozna zrobic,

nigdy nie odpowie ci przeczaco.

Nigdy nie odpowie , ze sie nie da.

Zawsze sie da. Jest to tylko kwestia czasu.

Na pytanie , KIEDY wiec da sie TO zrobic ?

Zawsze uslyszysz odpowiedz „ku sasa“.

Jest to zwrot z jezyka ndebele (zulu) i oznacza dokladnie

to o czym w danej chwili mysli odpowiadajacy na pytanie i

czego nie zamierza ci absolutnie ujawnic.

Tak wiec „ku sasa“ panuje wszedzie i jest jednym

z najbardziej popularnych sformulowan zarowno w zwrotach

oficjalnych (stosowanych przez urzednikow) jak i w

nieoficjalnych kontaktach towarzyskich.

Zupelnie jak „ maniana“ w Ameryce Lacinskiej.

„ku sasa“ tu „ku sasa“ tam gwarantuje ludziom

dlugowiecznosc, bo nie wypada umierac zanim nie

zrealizuje sie wszystkich obiecanych innym „ku sasa“.

.

DG postanowil popodskakiwac sobie z radosci ale

„ku sasa“ a w tamtej chwili poprzestal na rozplywaniu sie

nad filozofia pracy „na czarno“.

W konsekwencji tego rozplywania I w dowod uznania za

nadludzkie wysilki w utrzymanie stanowiska pracy, rozdal

czarnym przodownikom pracy po 2$ czym zagwarantowal

sobie ich obecnosc (nie mylic z praca) w nastepnym

tygodniu.

Jesli wyplacicie czarnemu cala naleznosc za tydzien pracy,

to macie jak w banku, ze dlugo go nie zobaczycie.

(Oczywiscie nie dotyczy to sluzby w domu).

Nalezy wiec wyplacac im dokladnie tyle, aby dozyli do

poniedzialku a wtedy honor i ambicja nie pozwola im

zrezygnowac z kontynuowania pracy u Was.

Tak wiec czarni murarze okazali sie byc ludzmi niezwykle

ambitnymi I niezwyklego honoru i po miesiacu pracy,

kiedy to Don Giovanniemu przyszlo opuszczac Bulawayo,

w ogrodzeniu nadal pozostawala wyrwa jakby przeleciala

przez nia slonica w ostatnim miesiacu ciazy.

Co prawda juz drugiego dnia obserwacji DG w przyplywie

energii chcial pokierowac pracami remontowymi,

ale Artystka zabronila mu kategorycznie zblizac sie do

robotnikow, zapewne w obawie, ze ci ostatni puciekaja

przez wyrwe murze a drugich takich pracowitych w calym

bushu nie znajdzie.

Na takie argumenty DG opadl tylko bezwladnie na fotel,

otworzyl kolejne piwo i zamyslil sie nad zwyczajami dnia

codziennego panujacymi w tym pieknym kraju.

.

Ach…….Rodezyjczykiem byc !!!!!

.

Zostaly one wprowadzone przez angielskich kolonizatorow,

przetrwaly probe rewolucji I dzieki temu, jesli jakis bialy

mial dom w tym kraju ….

………. ale zacznijmy od poczatku.

.

Bialy w Zimbabwe kojarzony jest zasadniczo z 3 cechami :

Po pierwsze jest bialy

Po drugie zna angielski

Po trzecie ma kase.

Czlowiek ktory nie z na angielskiego lub nie ma kasy lub

jeszcze gorzej nie spelnia tych ostatnich 2 kryteriow,

w odczuciu rdzennych mieszkancow bylej Rodezji

absolutnie nie moze byc bialym.

Dzieki nie spelnianiu tych 2 ostatnich kryteriow DG stosunkowo

latwo znalazl sobie nowych znajomych (jak sie okazalo w tym

samym wzglednym kolorze skory…..ale o tym kiedy indziej).

Skoro juz ustalilismy, ze DG to jest bialy lis farbowany,

wrocmy do znienawidzonych zwyczajow przejetych i

stosowanych dobrowolnie przez czarnych od

z nienawidzonych bialych bialych najezdzcow.

Kazdy bialy w Zimbabwe (i chyba wiekszej czesci Afryki)

jesli posiada dom lub go wynajmuje musi (ale to MUSI

BEZWZGLEDNIE !!!!) do jego obslugi zatrudnic czarna sluzbe.

W zaleznosci od wielkosci domu i ogrodu, wielkosc takiego

zatrudnienia wynosi minimum 2 osoby.

W sklad minimalnej obsady wchodza:

Kobieta, ktora sprzata dom bialego, pierze ubrania bialego,

gotuje bialemu posilki wg menu przygotowanego przez

bialych oraz ogrodnik, ktory ma zakaz wstepu do domu

bialego I obsluguje ogrod bialego I brame nalezaca do

ogrodu bialego.

Kobiety zatrudnione w domach wszystkie nazywaja sie tak

samo, czyli MAID, a ogrodnicy tak samo jak kobiety czyli

GARDNER.

DG zupelnie tego nie rozumial ale pogodzil sie z tym

szybko.

W koncu pochodzi ze starej polskiej zubozalej bardzo

szlachty, ktora przy kazdych drzwiach w domu miala

Szwajcara bo na regularnego lokaja z Londynu, zadko

kogo bylo wtedy stac.

Niestety Szwajcarom w Polsce i tak za duzo sie placilo,

jak za otwieranie drzwi, bo zarobiwszy pieniadze , wrocili

do swojego kraju, pootwierali banki, powplacali tam

zarobione przy polskich drzwiach pieniadze i tak

rozpoczela sie potega Szwajcarii, ktora trwa do dzisiaj.

DG nie zamierzal popelnic tego samego bledu co jego

przodkowie.

O co to to NIE !!!!!!

I nakazal czarnej sluzbie trzymac sie z daleka od drzwi !!!

Brama to juz zupelnie inna sprawa.

Do Maid lub Gardnera nie wolno oczywiscie zwracac sie

per Maid czy Gardner lecz po imieniu.

Oni natomiast z wyszukanym szacunkiem, wdziekiem, i

zawsze (powtarzam zawsze ) z usmiechem zwracaja sie do

bialych domownikow BOSS, MIS, LADY, MISSIS – slodziutkie J.

Co za maniery !!!!!!!

Oni sa naprawde dumni z wykonywanego zawodu I w ten

sposob takze okazuja wdziecznosc za zatrudnienie dzieki

ktoremu sa w stanie wyzywic cala rodzine.

Wynagrodzenie takiej sluzby lub lepeij nazwijmy to HOME

SUPPORTu zostalo uregulowane administracyjnie I po

przeliczeniu wg kursu czarnorynkowego w ciagu 1 miesiaca

nalezy kazdemu z nich zaplacic ok 40 dolarow amerykanskich.

Nie jest to tanio zwlaszcza, z e trzeba im jeszcze pokryc

koszty dojazdu (jesli akurat nie mieszkaja na posesji w

specjalnie dla nich wydzielonej czesci) I zapewnic mundurki :

dla MAID fartuszek a dla GARDNERA kombinezonik oraz

codziennie przyslugiwalo im po 2 herbaty na glowe. (na

szczescie nie piwo ale to reguluje ustawa o wychowaniu w

trzezwosci w Polsce, ktora jako pierwsza postanowil lDG

zaszczepic na afrykanskim gruncie).

.

DG z szacunkiem pochylal sie nad tymi zwyczajami podnoszac

z ziemii kolejne piwo.

.

Zeby nie popasc w zbyt duze koszty na starcie nowego zycia

artystki, zgodzil sie jedynie na podstawowy STAFF czyli po

jednym SUPPORCIE z kazdej dziedziny.

Poprzez to, koszt utrzymania miesiecznego wzrosl

drastycznie o 80 $ co po dodaniu do kosztu wynajmu domu

150$ oraz zsumowaniu z minimalnymi kosztem piwa na

miesiac, dawalo kwote 500 $.

„Nie jest tanio , wbrew temu to pisala w smsach Artystka“

– wzdechnal DG i powrocil do rozwarzan nad organizacja zycia

w Zimbabwe.

.

Dzieki pensji jaka co miesiac otrzymywal STAFF, byli oni w

stanie utrzymac sie przez miesiac z czteroosobowa rodzina

(pod warunkiem ze nie pili piwa), a dzieki temu ze biali

obrzydliwi kolonizatorzy nabudowali domow jak potluczeni,

potrzebna byla ich obsluga i zawody te staly sie sportem

narodowym w Zimbabwe.

Stanowia tez glowny czynnik dochodu narodowego.

Zanim jeszcze Rodezja zmienila sie niepostrzezenie w wyniku

rewolucji w Zimbabwe, kraj pod rzadami Rodesa (ktory jak

wiadomo caly kraj kupil od jakiegos wodza Zulusow za pare

paciorkow oczywicie namoczywszy go wczesniej obficie woda

ognista, a na przypieczetowanie transakcji zrobil z jego ludzi

niewolnikow) stala sie najbogatrzym krajem swiata (liczac

dochod na glowe bialego mieszkanca).

Kraj w ktorym jak wiemy na powierzchni ziemi doskonale

rozwijaly sie plantacje tytoniu, herbaty, pomaranczy, tuz

pod powierzchnia natomiast platacje orzeszkow ziemnych

a glebiej kopalnie wegla, zlota i diamentow.

W miastach kwiitl przemysl odziezowy rozwijalo sie

budownictwo przemyslowe i drogowe.

Wprowadzono wlasna walute (funta rodezyjskiego),

ktory szybko stal sie silniejszy od funta brytyjskiego.

Zycie typowego bialego rodezyjczyka bylo niewiarygodnie

nudne, bo wszystko za niego robili niewolnicy, wiec im

pozostawalo tylko picie i rozmnarzanie sie.

Paradoksalnie te 2 czynnosci wykluczaja sie, co widac dobitnie

na przykladzie niewolnikow ktorzy nie pili i rozmnarzali sie

zdecydowanie szybciej.

Taka ilosc nudy i sexu moze byc smiertelna i dla tego biali

postanowili dramatycznie zmienic swa kolonialna egzystencje

zanim zejda z tego swiata.

Potrzebny byl im tylko odpowiedni moment.

No i doczekali sie.

Na czele ruchu opozycyjnego (do bialych) stanal kolega

Mugabe, ktory bardzo zazdroscil bialym ich bezsensownego

stylu zycia.

Pod pozorem zniesiemia niewolnictwa (czyli „strzelajac w

stope“ kazdemu czarnemu) wzniecil rewolucje.

Postanowil rozdac bron wzystkim, ktorzy chcieli jej dotknac.

Poniewaz jak sie okazalo nie bylo ich zbyt wielu, bo normalie

myslacy czarny, ktory zasmakowal niewolnictwa zdaje sobie

sprawe, ze jesli bedzie wolny to w dupe wzielo darmowe

mieszkanie, karmienie, ubieranie i opieke medyczna (a jak PAN

byl w lepszym humorze to i darmowe piwko), wiec jasne bylo

ze chetnych do rewolucji dramatycznie zabraklo i Mugabe

musial ich zaimportowac z sasiedniego bushu.

Przybyli wiec do Rodezji czarni weterani wojenni, chwycili za

kalasznikowy I ruszyli zdobywac przemoca plantacje.

I tu sie lekko zdziwili. Bo biali najezdzcy tylko na to czekali.

W absolutnych pokoju I z radoscia I, bez jednego

defensywnego wystrzalu pooddawali im klucze do swoich

majatkow.

Od tej chwili zycie bialych w Zimbabwe nabralo sensu i tresci.

Najpierw musieli uciekac I chowac sie przed rozjuszonymi

wojownikami, ktorych wkurwili strasznie, pokojowo skladajac

bron. Nie bylo tego w scenariuszu przedstawianym

rewolucjonistom przez wodza rewolucji Mugabego, a nie mogac

dodzwonic sie do niego na komorke, postanowili jednak

wykonac plan I wystrzelac troche amunicji.

Temu wszystkiemu z ogromnym zdziwieniem przygladali sie

niewolnicy, ktorzy nie mogli pojac: : na cholere czarny chce

zajac miejsce bialego ? przeciez to wbrew prawu naturalnemu !

.

(Niby toto nie cytate nie pisate a jakie madre !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!)

.

Jak pokazala przyszlosc , niewolnicy mieli absolutna racje.

Przejecie od bialych ich super dochodowych farm, kopalni I

przedsiebiorstw i porowadzenie ich sciezka „czarnej“ ekonomii,

(ktora plasuje sie na drugim miejscu na swiecie zaraz za

ekonomia „sowiecka“) w krottkim czasie doprowadzilo ich do

ruiny a wolnych niewolnikow zepchnelo na skraj egzystencji.

Po 30 latach od rewolucji i zniesieniu niewolnictwa, Mugabemu

udalo sie doprowadzic swoj kraj do kompletnej ale to ku…wa

kompletnej ruiny a ludzie cierpia glod i zdychaja na co sie tylko

da i przy byle okazji.

Jednakze u dalo mu sie wyprzedzic reszte swiata i osiagnal

niespotykany jak dotad w historii i chyba juz nigdy w

przyszlosci nie do powtorzenia wynik w rocznej inflacji,

ktora w 2009 roku osuagnela poziom 20.000%.

Jest to procent tak abstrakcyjny, ktorego nawet Marks

z Engelsem czyli Dolce I Gabbana komunistycznej ekonomii by

nie wymyslili.

Aby go zobrazowac podam taki oto przyklad : na poczatku

roku 2009 posiadajac banknot 1 milionowy, mozna bylo kupic

chleb. Pod koniec roku idac po chleb nalezalo zaopatrzec sie

w banknoty bilionowe I worek zeglarski bo inaczej zabraklo by

drobnych.

Przekazanie czarnym doskonale funkcjonujacych farm i firm w

krotkim czasie doprowadzilo do ich ruiny.

Pytanie :

Co zrobill czarny, kiedy zostal wlascicielem np: plantacjii

tytoniu ?

Odpowiedz:

Posadzil drzewo, aby polezec w cieniu.

Jesli dla dalszego przykladu, zepsul mu sie traktor (URSUS

zreszta), to zamiast zadzwonic do Warszawy po inmstrukcje

i czesci, rozsprzedawal go po kawalku.

To bardzo nie spodobalo sie Mugabemu.

Znaczy nie fakt, ze jego ziomale nie dzwonili do Polski tylko,

ze wogole nie chcialo im sie sluchawki podnosic.

Postanowil temu czym predzej zaradzic zanim jego rewolucyjni

bracia pozbawia kawalka chleba nawet jego.

Majac niekwestionowana wladze o ktora w takim upale nikomu

nie chcialoby sie walczyc, sterowal krajem niczym pijany sternik

pieknym ale pustym zaglowcem posrod raf koralowych.

Reczne sterowanie gospodarka, tak uwielbiane przez geniuszy

ekonomii (nie wylaczajac Balcerowicza), w krotkim czasie

przeksztalca kazdy kraj w republike bananowa nawet jesli ma

zloza diamentow I zlota na ktorych banany ni cholery rosnac

nigdy nie chcialy.

Mugabe w szybkim tempie zaczal nacjonalizacje co bardziej

dochodowych dziedzin przemyslu co w praktyce wygladalo

nastepujaco :

jesli jego tajni agenci dostrzegli, ze jakas firma pod rzadami

bialego (ktory byl zbyt leniwy aby uciec przed rewolucja I nie

chcialo mu sie oddac kluczy do wlasnego businessu) dobrze

funkcjonuje , dostawal propozycje nie do odrzucenia, tzn musial

przyjac na wspolnika czarnego, ktory w efekcie byl skoligacony

z Mugabem.

Pozniej podobna zasade wprowadzono w USA i Kanadzie no

i w pozostalych krajach czarnej Afryki.

Tak wiec powoli ale niezwykle systematycznie przedsiebiorstwa

przechodzily w rece Mugabego.

Do niego naleza wszystkie taxowki, wszystkie sieci fast

foodow, caly import motorow, samochodow I paliwa, wiekszosc

kopalni zlota itd.

Wiec generalnie po rewolucji sie polepszylo.

MUGABEMU.

Stac go bylo nawet aby kupic w Szanghaju wille za 5 mln $ dla

swojej corki ktora postanowil tam ksztalcic.

No w tym wzgledzie to nawet DG nie byl w stanie go pobic

z oplacaniem jakiejs marnej British School w Warszawie.

.

Jak to mozliwe – Zapytacie – ze Mugabemu udalo sie

zniewolic I oglupic swoich rodakow do tego stopnia ?

Dlaczego caly swiat zachodni z nami wlacznie p rzyglada sie

temu biernie?

Wbrew pozorom najwiecej winy za taki stan rzeczy w

Zimbabwe ponosimy my Polacy a wlasciwie nieudolna

polityka kolejnych polskich rzadow od elektroprezydenta

poczawszy.

Zanim to udowodnie (z przykroscia i rozczarowaniem dla

naszego spoleczenstwa) musze jednak jasno okreslic moje

poglady.

Po pierwsze : nie ulega watpliwosci, ze Zimbabwe jest krajem

rdzennym ludow Shona i Ndebele i oni sa jego prawowitymi

wladcami jak i Polacy w swoim regionie geograficznym.

Po drugie : skolonizowanie ich przez anglikow w ostatecznym

rachunku wyrzadzilo im historyczna krzywde bo pokazalo jak

fajnie byc niewolnikiem.

Po trzecie : oburzenie swiata na rewolucje w Zimbabwe

jest kompletym bezsensem, bo to tak jakby sie obrazili za to,

ze mysmy ruskim skopali tylki.

Po czwarte : dlaczego swiat wypial sie na Zimbabwe,

tzn oblozyl go embargiem (czym sam sobie strzelil w

stope jak pokazuje historia) ?

odpowiadajac na te wszystkie pytania razem musze stwierdzic,

ze Mugabe w odroznieniu od prezydenta RPA- Mbekiego,

kategorycznie odmowil wyplaty jakichkolwiek reparacji

wojennych, czym bardzo Don Giovanniemu przyplusowal.

Przekladajac to na nasz polski grunt, to tak jakbysmy my

musieli wyplacac odszkodowania cholernym ruskim okupantom

za to ze nam np: Palac Kultury lub PeGeERy zbudowali.

Bzdura !!!!!

Niemniej Mbeki podzielajac jak najbardziej stanowisko

Mugabego i Don Giovanniego, nie powiedzial tego oficjalnie

na forum miedzynarodowym lecz skrycie realizuje I na pytania

kiedy zacznie wyplate reparacji , niezmiennie odpowiada „ku

sasa“.

Tak wiec swiat zachodni (durny) obrazil sie na Mugabego I na

zlosc jemu odmrozil sobie nos czyli zamrozil z nim wymiane

handlowa.

Nie wiadomo na co liczyli durne bialasy.

Ze niby czego oczekiwali ?

…ze Mugabe sie poplacze i zaprosi angoli z powrotem ???????

Swiat zachodni oblozyl wiec Zimbabwe embargiem I vice

wersa.

I tu powstala luka na naszym globie.

Czarna dziura mozna by powiedziec (tylko bez glupich

skojarzen prosze).

Juz po pierwszej wizycie w Zimbabwe w 2004 roku,

DG dostrzegl niewiarygodny potencjal tego kraju I jego

mieszkancow. Postanowil czym predzej doprowadzic do

wtornej kolonizacji tym razem na rzecz Polski.

W koncu wszyscy w europie juz swoje kolonie zamorskie mieli

tylko my jeszcze nie.

Nie bylo to tez niebezpieczne, bo czarni rewolucjonisci

wystrzelali wszystkie naboje przeciwko anglikom, a w wojnie

na piesci my jestesmy lepsi.

DG pisal wiec petycje do rzadu polskiego, ze oto wyladowal w

afrykanskim bushu, zajal placowke i systematycznie sie

umacnia, ale bez wsparcia (przynajmniej setki kiboli) dlugo nie

przetrwa.

…Ze utrzymanie takiej armii kibolii duzo tu nie kosztuje bo piwo

tansze niz woda, a czarnych wokol mnogo wiec wystarczy tylko

reka na oslep machnac aby przynajmniej ze 3 trafic.

Pisal I pisal, ale te durnowate polskie rzady nie reagowaly.

Zreszta czego tu oczekiwac skoro prezydent swoja edukccje

skonczyl na rozpoznawaniu znakow graficznych (czyli wie jak

wyglada plus dodatni I minus ujemny… do czytania nie

doszedl skoro listow od DG nie przeczytal).

Pomimo jego analfabetyzmu Don Giovanni przynajmniej na

jego walecznosc liczyl, ale i ta okazala sie iluzja wyssana

z palca duzego u prawej stopy polskiej historii.

DG zrozumial to dopiero wtedy, kiedy kilkakrotnie w

zwolnionym tempie (klatka po klatce) analizowal slawetny

skok przez mur(ek).

Po obejrzeniu tego horroru, postanowil podzielic sie

z Wami jego obserwacjami, ktore zapewnie udziela Wam

odpowiedzi na wiele nurtujacych Was pytan.

.

Jak pamietamy oddzialy ZOMOwcow uzbrojone po piekne

zeby, zabarykadowaly sie w Stoczni Gdanskiej, aby pod

nieobecnosc stoczniowcow poplywac sobie na statkach.

Gdy wiesc ta dotarla do stoczniowcow, ci w przemoznej

trsce o funkcjonariuszy czym predzej ruszyli wszyscy razem

pod bramy stoczni , liczac na to ze zdaza zanim chlopaki im

jakis statek rabna.

Nie byloby w tym nic tragicznego, gdyby nie fakt,

ze z dokach stalo mnostwo nie dokonczonych jeszcze

jednostek I durne ZOMOwcy mogli rabnac statek np bez

dziobu I utopic sie nim zanim dotra do Szwecji.

W trosce wiec o zdrowie uzbrojonych emigrantow, tlum

stoczniowcow skandowal slowa pelne uwielbienia, ktore

mialy zdezorientowac ZOMOwcow w architekturze stoczni.

Po kilku godzinach wydzierania sie pod brama,

stoczniowcy uznali najwyrazniej ze czas sprawdzic co sie

dzieje we firmie I we w tym celu wybralii sposrod siebie

najbardziej dziarskich I dorodnych tusza (kaczynskich) i

zmusili ich aby kogos podsadzili aby przez mur(ek)

zagladnal.

Kaczynscy jak na gwaizdy filmowe przystalo,

dlugo wybrzydzali I wybierali posrod proponowanych im

kandydatow do lewarowania.

Ostatecznie zgodzili sie na Walese, ze wzgledu na jego

mizerny I durnowaty wyglad.

W koncu do funkcji peryskopu potrzeba jedynie paru

sprawnych organow.

Nie zamierzali jednak , zbytnio mu pomagac. Nie chcieli

sie zbytnio nadstawiac.

Lechu przebieral wiec niezgrabnie nozkami w powietrzu

nie mogac osiagnac odpowiedniego poziomu na ramionach

rozrosnietych gwaizd. Juz chcial sie wycofac ku uciesze

blizniakow, ale od strony tlumu nadszedl grozny pomruk.

W przyplywie desperacji wiec wykonal rekami cos na

ksztalt krzyza i z trudem wdrapal sie na ramiona roslych

Kaczorow.

Po dluzszej chwili udalo mu sie zlapac rownowage pomimo

tego, ze bracia stali spokojnie , w koncu nie takie numery

w zyciu juz robili.

Kiedy oni cierpliwie oczekiwali na relacje z gory,

ich czlowiek na gorze zamiast sie rozgladac, przez caly

czas wykonywal znaki krzyza I wydzieral sie : „wyzej,

wyzej!!!!“

W koncu nawet postawnym blizniakom palcow u nogow

zaczelo brakowac, wiec podrzucili go nieznacznie do gory,

a ten zamiast zlapac sie z a szczyt ogrodzenia,

wykonal kolejny znak krzyza i ……. wyladowal z drugiej jego

strony.

(alez ja to ladnie napisalem !!! bez zadnych wulgaryzmow ,

no, no…)

Tlum zamarl w milczeniu a wraz z nim zamarla historia

obalania komunizmu w Polsce.

Kaczynscy popatrzyli na siebie, zadziwieni wlasna moca.

Teraz wypadki potoczyly sie lotem blyskawicy a raczej

lotem Walesy.

(Na pamiatke tego lotu, imieniem i nazwiskiem jego pilota

bez licencji nazwano pozniej lotnisko w Gdansku – to musial

byc jedyny powod bo do dzisiaj nie rozumiem zwiazku

pomiedzy peryskopem a lotniskiem).

Tlum stoczniowcow z napieciem nasluchiwal oznak zycia

zza muru stoczni, w miejscu gdzie peryskop zmienil

funkcje I osiagnal glebe.

Nic … tylko cisza. W koncu po chwili odpowiadajacej trzem

zdrowaskom, uslyszeli delikatny szelest lisci.

Szelest zaczal przesuwac sie powoli wzduz muru w

kierunku bramy.

Stoczniowcy nie zmarttwychwstali jeszcze z przerazenia

podobnie jak historia.

Czyzby jakis wsiekly, bezpanski PIES ciagnal ich peryskop

po ziemii ???

„O biada nam „ – mysleli Kaczynscy. – „ jesli niedajboze

Lechu przezyje ta akcje, to dopiero bedzie wkur…ony…“

Postanowili wiec czym predzej podejsc pod brame stoczni

I ublagac jakiegos ZOMOwca, aby sprawdzil czy ich

koledze nic sie nie stalo.

Niestety, przy bramie nikogo nie bylo.

.

(Widocznie wszyscy jZOMOwcy juz sie zaokretowali).

.

A brama zamknieta na drut. A w calym tlumie

kombinatorow historii ani jednej pary kombinerek.

Nie bardzo wiedzac co w takiej sytuacji poczac,

Kaczory zaczeli juz typowac kolejnego chetnego do

zwiadu, gdy tymczasem cos szeleszczaco zblizalo sie do

bramy stoczni.

Dzielni stoczniowcy na wszelki wypadek odstapili pare

krokow.

Po drugiej stronie bramy obsypany lisciami ukazal im sie

Lechu. Caly i zdrowy. I usmiechniety od ucha do ucha,

ze tak dzielnie sie spisal I nie zginal smiercia haniebna

podczas uziemienia socjalizmu, ktorego dokonal absolutnie

sam przy pomocy jedynie swoich wasow.

Wraz znim prawie wszyscy stoczniowcy zaczeli wiwatowac.

Prawie wszyscy, Kaczory nie wiwatowali bo od tamtej

pory maja przerabane.

Ot I cala historia prawdziwa.

..

Don Giovanni zdawal sobie sprawe, ze pod rzadami

niedouczonego elektryka, ktory podskakuje jak mu zachod

elektrody przytknie, potrzebujemy na gwalt nowych rynkow

zbytu, bo nasz genialny elektroprezydent w pierwszych dniach

rezydowania (zanim jeszcze znalazl droge do toalety w palacu

prezydenckim…niestety zabraklo kolegow ze stoczni ktorzy by

do tam podrzucili) zniszczyl nam kilkusetletnie tradycje

wymiany handlowej z najwiekszym naszym zaborca I odbiorca

czyli Rosja.

Co wiecej…. zrobil to z duma i radoscia na twarzy co

swiadczylo o zaawansowanym debilizmie ekonomicznym

(bo na dywersanta potrzebna jest odrobina inteligencji).

Samozadowolenie minelo mu zaraz po tym jak odlaczyli mu

elektrody i ktos podpowiedzial, ze miejsce polskich firm

zajely natychmiast firmy z europy zachodniej.

Bez jednego wystrzalu odebrali nam taaaaaaaki rynek.

Na wszelkie reakcje bylo za pozno.

Zreszta w tym czasie Polska znajdowala sie takze w

szponach kolejnego geniusza ekonomii czyli Balcerowicza (na

szczescie musial odejsc…szkoda tylko ze tak pozno), ktory (za

„namowa“ EU oczywiscie, bo sam by na to nie wpadl) schladzal

lub raczej hibernowal doskonale rozwijajaca sie po 1989 roku

polska gospodarke.

.

(Mysle, ze skoro swiat w chwili obecnej jest tak przerazony

rosnaca potega Chin, mamy okazje zrobic na tym naprawde

doskonaly interes i wyeksportujmy im Balcerowicza, a on

rozpierdoli im gospodarke w tri miga i podporzadkuje Uni

Europejskiej.

Ciekawe czy Rzad Chin w przededniiu ich najwiekszego

rozkwitu I globalnej ekspansji wpadnie na ten genialny plan?

no ciekawe … Polacy na to wpadli…)

.

No ale wrocmy na afrykanska ziemie, po tym ogromnym

historycznym prze skoku i popatrzmy, co tez widzi zza

swojego krzaczora, okopany w bushu Don Giovanni.

W oczekiwaniu na lodpowiedz od rzadu polskiego, DG

postanowil jak najlepiej poznac kulture i obyczaje tambylcow,

aby uchodzic za fachowca I nie wyjsc na kompletnego Kolumba

lub walesajacego sie po palacu prezydenckim elektryka,

kiedy delegacja z Polski przyjedzie, aby mu wladze nad

Zimbabwe przekazac.

W tym celu zaczal wstawac bardzo rano i wnikliwie obserwowac

otoczenie.

Codziennie budzily Don Giovanniego przepiekne promienie

slonca wlewajace niewiarygodna ilosc energii nawet w jego

watle I nikczemnie leniwe cialo.

Jakiez wiec bylo jego zdumienie, kiedy patrzac przez okno

na ogrod obserwowal przesuwajacego sie ogrodnika

(zupelnie jakby po tasmie na litnisku jechal w kompletnej

mgle) z ugietymi kolanami, przygniecionego pod ciezarem

konewek pelnych wody.

.

Zdjecie okien w domu

.

Po dluuuuuuuuuuuuuuuuugiej chwili jakiej potrzebowal

ogrodnik aby przemiescic sie pomiedzy jednym oknem domu

a drugim, DG zobaczyl jak wlewa wode w rurki, ktorymi ta

wilgoc ma sie dostac prosto do korzeni roslin, bez mozliwosci

wyparowania w miedzyczasie.

Po wykonaniu tego skomplikowanego zadania, w tym samym

tempie, tak samo przygnieciony ciezarem choc tym razem

pustych konewek, ogronik wracal do kranu.

Uzupelnial wode za pomoca koncowki weza gumowego

oplecionego wokol tego wlasnie kranu.

.

(pare dni pozniej DG rozwinal tego gumowego weza i

okazalo sie ze jest wystarczajaco dlugi aby podlac rosliny

w najdalszym zakatku ogrodu, na co ogrodnik stwierdzil, ze

……nie zna angielskiego I dalej roznosill wode w konewkach

… co za szacunek dla pracy !!!!!)

.

Pod wplywem tak dynamicznie przewijajacego sie obrazu

DG od razu przechodzila ochota do jakiegokolwiek wysilku

fizycznego z myciem zebow wlacznie..

Poranna toalete ograniczal wiec do przeplukania ust I udawal

sie na przygotowane przez Maid sniadanie.

W tym czasie Artystka byla juz po porannej awanturze

z Coreczka, ktora nie mogla zrozumiec dlaczego jej mama

znowu zostawi ja na caly dzien tylko z tatusiem posrod

piasku i kaktusow.

Atmosfera wiec przy sniadaniach byla niezmienna niczym

slonce nad Afryka.

Zreszta DG tez nie bardzo rozumial na cholere przyjechal do

Zimbabwe I przyciagnal ze soba dziecko, skoro cale dnie

spedzali w domu i ogrodzie odcieci od swiata.

W Polsce pozostawili duzo wiekszy dom i duzo wiekszy i

ogrod, mase przyjaciol a Coreczka – kolezanek.

Ale przeciez przygoda czeka na nas tutaj !!!!! –

argumentowala Artystka I codziennie ok 10 rano odjezdzala

na jej spotkanie razem z Misjonarzem.

DG wraz z Coreczka pozostawieni na pastwe b ushu w

ogrodzie i porzarciu przez czarnych przodownikow pracy,

zaczynali dzien od uganiania sie za jaszczurkami pomiedzy

kaktusami, potem kiedy robilo sie za goraco nastepowala

przerwa w uganianiu.

Coreczka zajmowala sie przenoszeniem otoczenia na papier za

pomoca kredek lub farb a DG intensywnie uzupelnial elaktrolity

w organizmie zadajac sobie po raz setny to same pytania :

Z czego zbudowane sa dzieci ???

Skad ma toto tyle e nnergii ???

Czy niemogloby toto posiedziec grzecznie 10 godzin w

jednym miejscu a potem pojsc spac ??

Nie uzyskawszy jak zwykle odpowiedzi, zjadal w

towarzystwie Coreczki obiad przygotowany przez Maid,

potem jeszcze kilka godzin nic nierobienia i w srodku nocy

wracala Artystka z Mesjaszem przeszczesliwa, ze rodzina w

komplecie i ze tak wszystko pieknie s ie uklada.

.

Po paru wieczornych piwach w towarzystwie Mesjasza

odprowadzala go do bramy, po czym wracala na kolejna porcje

awantury tym razem z DG, bo Coreczka zasadniczo juz spala

wykonczona calodziennym upalem.

.

….. ale o tym za chwile.

No nie , nie jestem dzisiaj w stanie rozwinac lotnie zadnego z tych watkow, gdyz

napity juz jestem , bo piatek w nocy jest i kazdy normalny w Afryce o tej porze spi

pijany.

Noc w Afryce jest tak czarna, jest tak czarna ……. ze az czarna jest !

Wychodzisz na  zewnatrz aby sie wysikac i nie widzisz swojego konca.

Nie zeby on nie wiadomo jak  dlugi byl , tylko dla tego, ze czarno jest

 i nic ale to nic nie widac, kompletnie nic.

Stad sie wzielo powiedzenie, ze jest ciemno jak w d… u m…… Juz wiecie ?

No.

Wiec wyobrazcie sobie teraz, ze wlasnie w srodku takiej nocy, komletnie narabani macie

wracac samochodem do domu w srodku takiego bushu. Dla ulatwienia dodam, ze podczas

jazdy noca nawet jesli uzywa sie swiatel, to i tak nie zobaczycie czarnego biegnacego

na golasa po asfalcie , no chyba ze usmiechnie sie do was pieknie rozciagniety na

masce waszego samochodu.

Ktoregos dnia, po kolejnej (czwartek byl , wiec czwartej w tym tygodniu) imprezie,

DG wraz z artystka  wracali do domu. Godzina byla ok 1 w nocy.

Ciemno i ponuro dookola pomimo ze przez miasto jechali. Latarnie dookola wysokie.

Prad za darmo. Ale CIEMNO !!!!!!!!!! bo zarowki zakosili, wiec jakiez bylo

zdziwienie DG, kiedy dojezdzajac do skrzyzowania zobaczyl dzialajaca sygnalizacje

swietlna.

Jego reakcja byla natychmiastowa. (4 promile we krwi). Nadepnal na hamulec i w

spokoju oczekiwal az auto laskawie doplynie do miejsca zatrzymania.

Wypadlo to dokladnie na srodku skrzyzowania. Poniewaz DG generalnie stara sie

przestrzegac przepisow jakie by one nie byly, utknal na srodku nie bardzo wiedzac

ktore swiatla go obowiazuja w tamtej chwili.

Z tego calego rozmyslania coraz bardziej zamykaly mu sie oczy a kierownica

wydawala sie miekka niczym poduszeczka. I gdy juz juz przed oczami jego pojawily

sie rozowe plasajace slonie i hipopotamy i walenie , walenie wlasnie bardzo mocne w

okno samochodu wyrwalo go z objec Morfeusza.

Przytomnym (4 promile we krwi) wzrokiem popatrzyl w kierunku szyby o ktora

opierala  sie wlasnie czesc jego ciala i zobaczyl ….. nic….. czarno…. zupelnie nic !

Zobaczyl przyslowiowa „ciemnosc“.

I juz mial polaczyc swe silne ramiona ponownie z ramionami Morfeusza, gdy czarne

nic walnelo dwukrotnie w szybe.

„ what the fuck ? – pozdrowil ciemnosc DG i patrzac w szybe nic nie widzac zaczal

ja opuszczac.

Za szyba pokazala sie biala poprzeczna kreska. Wpatrujac sie w ciemnosc ponad

kreska DG dostrzegl czapke policyjna. I wtedy zaswitala mu genialna mysl

„POLICJANT !“ – ………….. mysl musiala byc z rodzaju genialnych, gdyz o tej porze

w bushu nalezalo oczekiwac kazdej mozliwej zwierzyny czworonoznej a nie

dwunoznego rozesmianego  policjanta.

„ no i czego on tak sie szczerzy ?“ – pomyslal DG – „przeciez policja w Zimbabwe

pracuje do 16 ! Zgubil sie w tym bushu po ciemku czy jak ? ale na pewno przed

switem go nie znajda jesli bedzie smutny 

„ co tu robisz ?„ – wesolo spytal policjant

„ jak to co ?“ – ledwo wybelkotal DG – „ stoje, nie widzisz ze pali sie czerwone

swiatlo ?“

„ Jedz ! kto cie bedzie pilnowal „ – blagal policjant

„ ok, ok „ – mamrotal DG probujac wyplatac kierownice sposrod guzikow koszuli.

W koncu uznal, ze nie ma co sie szamotac z martwa natura, bo jeszcze ich cos ZJE na

tym skrzyzowaniu i nie ogladajac sie za siebie (ani tym bardziej na boki) dodal gazu i

po 15 min doplynal bezpiecznie do bramy domu.

Zmija … kontra …. Zmija

  

 

DG po dojechaniu do bramy, zgodnie ze  zwyczajem rodezyjskim uruchomil klakson dwukrotnie

coby przywolac czarnego  pilota do bramy.

Niestety o tej porze chyba juz mial wolne i DG musial poprosic artystke aby byla tak niezwykle

uprzejma i otworzyla im ja na osciez.

Artystka wytoczywszy sie z auta cala swoja sila woli i godnoscia osobista zaparla sie

o szczebelki i przesunela kawal blachy od konca do konca.

DG mogl wjechac na posesje, co tez niezwlocznie (4 promile we krwi) uczynil i

szczesliwie wyhamowal przed garazem.

Zanim otworzyl dom, artystka byla juz zamknela brame wjazdowa i chlodzila czolo o

elewacje obok framugi.

Poniewaz pora byla jeszcze wczesna (jakies w pol do drugiej w nocy), DG

zaproponowal :

„ nie wiem jak ty, ale ja bym sie czegos napil i moze jeszcze jakis film obejrzymy ?“

artystka propozycje przyjela i zanim DG odpalil kino, wrocila do pokoju w

towarzystwie Johnny (Walkera) i coca coli.

„ i za to kocham Afryke !“ – pomyslal DG wychylajac duzego drinka (4,2 promila we

krwi) . Z filmu niewiele zapamietal , bo jego wzrok juz tak daleko nie siegal, ale

pamieta, ze w pewnym momencie Artystka zaczela wydzierac sie z bolu.

„ co jest ?!“ – zapytal troskliwie

„ chyba mnie waz ukasil w noge ? – wyla artystka

„no no, chyba trzeba ruszyc na ratunek“ – pomyslal DG i rozkazal sflaczalym swoim

miesniom aby zpionizowaly jego  zrelaksowane  cialo.

„ Jednym rzutem“ dotarl pod przeciwlegla sciane pokoju, gdzie na sofie rozposcierala

sie pieknie artystka. Jego delikatne dlonie ostroznie uniosly stope artystki.

Po obroceniu jej o  270 stopni czujne oczy DG dostrzegly dwa czarne punkciki.

I wogole cala noga od duzego palca po staw skokowy zrobila sie jakas taka ciemnawa.

Przy uzyciu scyzoryka  ktory sluzy mu na codzien do otwierania butelek, wiec jest sterylny,

DG rozpoczal delikatnie skrobac skore na stopie Artystki probujac zetrzec ciemny kolor.

Niestety, ten ciemnawy problem nie chcial dac sie zedrzec, najwidoczniej tkwil gdzies glebiej.

DG okiem fachowca  popatrzyl na zegarek (nie zeby byl zegarmistrzem tylko konczyl kierunek medyczny !)

i stwierdzil autorytatywnie, ze kontakt z wezem byl ponad 20 min temu, wiec gdyby

byl naprawde jadowity to artystka juz by nie zyla. Wiec skoro nie byl naprawde

jadowity, to DG ze spokojem nalal sobie kolejnego drinka i zwrocil sie do artystki :

„ bedziesz zyla… niestety“

i zduzgotany  zajal swoje miejsce na legowisku.

Nastepnego dnia rano, czarny ogrodnik laczacy w sobie funkcje pilota do bramy

widzac wkurzonego DG pijacego leniwie piwo na tarasie, podszedl na bezpieczna odleglosc

 (poza  zasiegiem szklanki) i powiedzial, ze rano znalazl zdechla zmije przy bramie.

DG uprzejmie podziekowal za ta informacje i zasepil sie na dobre. „ zmija zdechla,

artystka przezyla …..“ To zdarzenie polozylo sie cieniem na dalszym zyciu DG.

  

Ale zanim kompletny cien przeslonil piekne afrykanskie slonce,
DG postanowil sie „przesiasc „ na cos mocniejszego (whisky z cola) bo juz poludnie
sie zblizalo i niedlugo po Corke do szkoly bedzie trzeba jechac.
Wiadomo ze od zbyt duzej ilosci piwa muli bardzo i mozna w spiaczke popasc i
spoznic sie do szkoly a w afryce spozniac sie nie wypada.
Nowy trunek wstrzasnal mocno DG potem nim zamieszal i nagle ….EUREKA !!!!!
OLSNIENIE !!!!  DG rozszyfrowal enigme.
Odgadl zagadke niesmiertelnosci artystki !
To bylo taaaaaaaakie proste, wlasciwie kazdy z nas moze to zastosowac i moze efekty

beda podobne. I po raz kolejny drogi myslowe DG skrzyzowaly sie z kosciolem.

Wniosek byl prosty. „Whisky is the best !!!“…. no, nie nie ten, ten ponizej :

„Bz…kaj ksiedza bedziesz niesmiertelna“

  

 

Te radosc przeslonila natychmiast inna mysl.

„Maja nadal nade mna zdecydowana przewage“ – posmutnial DG -…………….

„Nie ! Wrecz przeciwnie ! Klatwa przestala dzialac ! Zwrocilem kosciolowi to co na

mnie zeslal !!!!! Pokonalem ich ich wlasna bronia „– wyl dla odmiany z radosci DG, jego stan 

emocjonalny byl coraz mniej stabilny, ale najwazniejsze, ze …..

….Jego  DUSZA zostala UWOLNIONA ! – oszlaly ze szczescia, postanowil podzielic sie

natychmiast ta dobra nowina z kimkolwiek, wiec przywolal ogrodnika, poczestowal

piwem i zaczal opowiadac swoja historie. (historia nie byla zbyt dluga ale DG i tak

sie strasznie streszczal zdajac sobie sprawe ze jak tylko piwo sie skonczy to sluchacz

bedzie chcial nastepne…)

a oto ta historia :

Lat temu kilkanascie (jeszcze za czasow komuny) kiedy to DG podejmowal zyciowe

decyzje o sposobie zarabiania na zycie , w jego glowie byly tylko 2 mozliwosci :

- wziac w ajencje radar policyjny, lub

- wydzierzawic kosciol

W pierwszym przypadku skonczylo sie na 24 godzinach na dolku a w drugim na

nalozeniu klatwy do konca zycia.

DG dlugo nie mogl sie pogodzic z wykleciem z kosciola. Z odcieciem go od takiego

zrodelka.

Piwo sie skonczylo.

Shit. W takim tempie to skrzynka bedzie malo !

Odeslal wiec ogrodnika do naroznika i sam, delektujac sie zwyciestwem przezuwal

przemyslenia na temat naszych „zwiazkow“ z kosciolem.

Z tych przemyslen powstala ….. rozprawka o :

 

O Bogu, kosciele, milosci , sexie, coca coli i jajach 03/02/2010

 O Bogu, kosciele, milosci , sexie, coca coli i jajach  …..oczywiscie 

Czas w ktorym pisze ten tekst, ludzie potocznie zwani katolikami (jak udowodnie
dalej w rozprawce sa to ludzie wierzacy w kosciol katolicki nie mylic z wiara w

Boga) zabieraja sie za porzadki, maluja jaja kurze i strusie i pod nazwa pisanek

zamierzaja im oddawac hold na rowni z krzyzami, papierzami, obrazkami jak oni to

nazywaja swietymi.

Jest wiec to czas najwyzszy abym wyrazil moja opinie moj stosunek moje obesrwacje

na temat misjonarzy, ksiezy i kosciola katolickiego wogole.

I od razu zaznaczam ! nie jestem komunista ani socjalista ani innym ………. tylko

czlowiekiem realnie patrzacym na zycie i analizujacym cala otaczajaca nas

socjotechnike.

Oprocz tego wierze w istnienie czynnika transcedentnego (mozna go nazwac Bogiem)

jako sily stworczej otaczajacego nas wszechswiata, natomiast nie ma to nic

wspolnego z akceptacja dla istnienia kosciola katolickiego, ktory w sposob

bezwzgledny wykorzystuje brak wiedzy naukowej w tym temacie do maksymalizacji

zyskow swojej organizacji.

Listy od Zimbabwanskiego Mesjasza sprowokowaly mnie do wypowiedzenia sie

glebiej nad wartosciami jakie probuje za posrednictwem swoich pracownikow

przekazac nam kosciol katolicki nazwijmy go dalej w uproszczeniu Kosciolem lub

lepiej FIRMA.

Celowo pisze pracownikami gdyz moj stosunek do Kosciola najlepiej obrazuje

stwierdzenie jakim posluzyl sie DG podczas zwiedzania z przyjacielem Watykanu a

w szczegolnosci Kaplicy Sykstynskiej.

Wtedy to zdumiony bogactwem i przepychem budowli, zaskoczony uwielbieniem dla

„swiecidelek“ , brakiem umiaru i rozpasaniem w gromadzeniu „dziel sztuki“ i

wszystkiego co wartosciowe w pojeciu materialnym naszego zycia doczesnego ,

DG zwrocil sie do Przyjaciela slowami :

„… Popatrz Adamie, jaki to business !!! a zaczynali od stajenki …. „

  

W rzeczy samej, jest to najlepiej zorganizowana i zarzadzana firma wszechczasow !!!

A znak krzyza jest jednym z najlepiej rozpoznawalnych brandow na swiecie.

  

Jestem pewien, ze jego wartosc znacznie przekracza znaczek Coca Coli

chociaz ta ostatnia wystepuje w miejscach na swiecie gdzie znak krzyza nie dotarl lub

sie nie przyjal.

Wynika to bezposrednio z przewagi jaka uzyskal Kosciol nad koncernem Coca Cola i

innymi gigantycznymi korporacjami gdyz posiada

- wlasne terytorium (Watykan) i oddzialy rozsiane po calym swiecie (ktora firma

moze sie poszczycic tym , ze jej glowne biuro stalo sie niezaleznym panstwem ?)

  

- wlasne wojsko – w tej chwili zredukowane do gwardii (ale jak sie przegralo tyle

wojen…)

    

- wlasne budynki zwane kosciolami zaprojektowane wg okreslonych zasad i

finansowane wg reguly „….wy zbudujcie a ja wam zalatwie za to zbawienie w

niebie…“

- wlasny bank- ktory zgodnie ze wszystkimi zasadami kapitalizmu bral czynny udzial

w praniu brudnych pieniedzy a czlowiek go nadzorujacy finansujac wloskie bojowki

terrorystyczne pozbawil zycia wiele osob w tym sedziow i prokuratorow wloskich

probujacych polozyc kres nielegalnym transakcjom banku – wszystko to oczywiscie

za wiedza kolejnych prezesow czytaj papierzy.

- wlasne uczelnie – w normalnej firmie nazwalibysmy to kursami zawodowymi

- wlasna jurysdykcje – na tyle silna ze ze spokojem olewajaca prawo panstw w

ktorych mieszcza sie oddzialy firmy

- hymny- zwane kolendami i inne przyspiewki w zaleznosci od pory roku i dnia

- flagi, sztandary

- ubrania – w zaleznosci od pelnionej funkcji i pory roku, jest to wszystko kapitalnie

przemyslane i przestrzegane i tak poczawszy od prezesa firmy zwanego potocznie

papierzem az po szeregowego kasjera ganiajacego z taca po kosciele

- wlasne maniery, czyli :

- pozdrowienia na dzien dobry -zdaje sie ze jest to .“..szczesc boze…“ ?

- pozdrowienia na do widzenia – „… z bogiem …“

- oddawanie holdu prezesowi poprzez przyklekanie przed nim, modlenie sie do niego

lub calowanie go po rekach (ech, niejeden szef chcialby takie zwyczaje wprowadzic

w swojej firmie

- wlasne media (telewizje, radia, gazety)

- no i dwie rzeczy ktorych nikt poza nimi do tej pory nie mial i nie ma – zakrwawiona

do bolu historie wprowadzania wlasnych produktow na nowe rynki za pomoca

mordowania i torturowania , ze wspomne tylko o inkwizycji i wojnach krzyzowych

oraz kompletny zamordyzm panujacy wewnatrz FIRMY uniemozliwiajacy nawet

pomyslenie o zwiazkach  malzenskich czy zawodowych

 

  
Jedna z najbardziej przewrotnych rzeczy jaka wymyslono na potrzeby sprzedazy

produktow oferowanych przez kosciol jest dekalog.

Zbior 10 zdan (przykazan) , z ktorych wszystkie kraca sie wokol tego samego,

czyli „… nie czyn drugiemu co tobie nie mile…“ – przepiekne haslo !!!!!!!

tylez piekne co zbyt trudne do zrozumienia i zastosowania juz przez samych

pracownikow tej Firmy (kosciola).

Oni sami (ksieza) gloszac codziennie (365 razy w roku, przynajmniej przez 40 lat

czyli w ciagu swojego zycia powtorza to haslo przynajmniej 15 tys razy !!!)

kompletnie nie rozumieja co gadaja i o czym gadaja czego dowodem jest ich wlasne

zycie i zycie ludzi ktorym to wkladaja do lbow.

Ale moze na tym to wlasnie polega ? !!!!

Chodzi o to aby nie bylo wiadomo o co chodzi…..

Bo jak nie wiadomo o co chodzi to znaczy ze chodzi o kase… takie to proste.

Chodzi o to takze aby przed klientami (wiernymi) postawic tak nierealny cel
(zbawienie) z ktorego w kazdej chwili mozna sie wycowac pod byle pretekstem a na

co dzien mozna nim wymachiwac niczym marchewka.

No i jeszcze ten majsterszyk marketingowy czyli : „grzech“ , „spowiedz“ jak to oni

nazywaja „swieta“ wraz z „rozgrzeszeniem“.

Ten co to wymyslil byl geniuszem jak i ci ktorzy wymyslili internet, telefon teorie

wzglednosci i wiele innych rzeczy ktore rozumiemy ale jego wynalazku – czyli sensu

grzechu, spowiedzi i rozgrzeszenia nikt do tej pory nie rozgryzl za to masowo sie toto

stosuje

 

  

Na cholere nam ten grzech ??????
 

 

Czy ktos jest w stanie odpowiedziec sensownie na moje pytanie ?
Po co nam jest grzech ? Znaczy nie nam tylko katolikom !

Bo ja osobiscie nie czuje sie, zebym sie urodzil w grzechu lub z grzechu bym powstal

wrecz przeciwnie. DG powstal w wyniku przepieknej milosci swoich rodzicow i

wmawianie mu ze sie urodzil w grzechu pierworodnym to sa dudy smalone i pierdoly

o jakich reszta cywilizowanego swiata nie slyszala.

Co oczywiscie nie wyklucza faktu, ze katolicy rodza sie w wyniku grzechu sa wiec

nim napietnowani i wymagaja zabiegow egzorcystow w rodzaju ksiezy coby tego

grzechu sie pozbyc w sposob latwy mily i przyjemny (tyle ze troche kosztowny).

Cala reszta swiata oczywiscie bardzo wspolczuje katolikom tego problemu ale

radzenie sobie z nim na szczescie pozostawia im samym.

Po uporaniu sie z grzechem pierworodnym, biedni katolicy robia wszystko co sie

tylko da aby grzeszyc na calego bo inaczej traci sens obrzadek spowiedzi no i

rozgrzeszenia czyli oczyszczenia z grzechow dotychczasowych i zrobienia miejsca na

nowe.

Gdyby przestrzegali dekalogu caly marketing Kosciola katolickiego wzialby w LEB

!!!

Przyjrzymy sie wiec doglebniej co takiego oferuje nam ta FIRMA ?

Otoz produkt, ktory oferuje kosciol jest przede wszystkim na tyle enigmatyczny,

pokrecony i niezrozumialy ze zawsze przyparci do muru pracownicy firmy

odpowiadaja ze to nie oni tylko: …bog tak chcial…

Rewelacja !!! tymi trzema slowami w bezczelny sposob tlumacza wszystkie

watpliwosci tych, ktorzy nie chca dac sie nabrac na ich marketing.

Czerpanie korzysci majatkowych z rzeczy na ktore nie mamy wplywu jak chociazby

smierc , jest perfidia nie znajaca wybaczenia (w ich jezyku – rozgrzeszenia).

Ale kto by sie tam przejmowal takimi duperelami, wazne ze ludzie zawsze beda

umierac a to dla kosciola oznacza kase, jak i beda sie rodzic co takze staraja sie

sprawnie skapitalizowac.

Poniewaz odleglosc pomiedzy narodzinami a smiercia moze byc dramatycznie dluga

a z czegos trzeba zyc wiec wymyslono: pierwsza komunie, biezmowanie, slub

koscielny i inne ktorych nie znam bo w koncu znudzilo mi sie studiowanie sposobow

wyciskania kasy z najbiedniejszych.

Oczywiscie podstawa egzystencji firmy jest co niedzielne opodatkowanie wszystkich

jak leci na rzecz najbogatszej firmy swiata podczas tzw mszy.

Kiedy tak sie z boku popatrzy na sposob odprawiania tych ceremonialow, na

wznoszenia rak (szamana….ups, sorry – kaplana), obroty, uklony, klekania, komendy:

klekac , wstac, usiasc to mozna odniesc wrazenie ze ten, ktory to opracowal poszedl

na latwizne i zbyt duzo zaczerpnal z kultury indian, egipcjan, eskimosow i wielu

innych dajac dowod na brak spojnosci i wlasnej indywidualnej koncepcji.

No i te kazania !!!!!!!! facet na mownicy gada przez minut 20 rzeczy z ktorych ani on

ani pozostali nic nie rozumieja i zrozumiec nie zamierzaja natomiast sluchajac tych

„nauk“ maja poczucie nienajgorzej spedzonego czasu, skoro i tak nie maja nic innego

do roboty i zadnych innych zainteresowan.

Co niedziela pracownicy firmy we wszystkich mozliwych oddzialach kpia sobie

z prawa naruszajac chociazby tajemnice korespondencji i cytuja „listy do Efezjan czy

tez Koryntian“. 

Policja ich nie sciga pomimo ze jawnie kpia sobie z tego modnego teraz zwlaszcza

prawa !!!!!!!!!

Co wiec takiego sprzedaje ta firma ze moze czuc sie tak bezkarna ?

Co oferuje kosciol ? ze stal sie tak popularny a ich produkty w odczuciu masy ludzi

niezbedne do zycia jak alkohol czy papierosy.

Zanim w koncu odpowiem na to pytanie musze jeszcze okreslic target.

Czyli potencjalnych kupujacych nazywanych przez firme wiernymi , wierzacymi,

katolikami czy jakos tak…..

Czym charakteryzuje sie potencjalny klient kosciola katolickiego ?

Przede wszystkim brakiem charakteru, marzen i lenistwem. Latwowiernoscia.

Sklonnosciami do dzialania w owczym pedzie, i tak dalej i tak dalej.

Mozna by pomyslec, ze zwiekszanie ilosci kryteriow powinno ograniczac ilosc

klientow. Niestety, ta zasada do tego przypadku nie ma zastosowania i na tym takze

polega geniusz i sila tej firmy.

Jesli ktos poczul sie urazony, ze zakwalifikowalem go do takiej grupy, to moze pod

wplywem tej lektury rozejrzy sie wokol otaczajacych go ludzi w kosciele i zada sobie

pytanie czy jest to towarzystwo odpowiednie dla niego ?

Bo przeciez BOG jest wszedzie !!!!!!!! (czy traper w Arizonie, ktory nigdy nie mial

okazji zobaczyc namacalnego –murowanego-kosciola, a wierzy w Boga i zbawienie –

bedzie ich pozbawiony ? Oczywiscie ze nie! Ale ksiadz powie inaczej poniewaz ten

traper z punktu widzenia firmy jest nieprzydatny, nie da sie go opodatkowac wiec i na

zbawienie nie zasluguje wg kosciola ).

Czy wiec w tym czasie zamiast po raz setny sluchac rzeczy w ktore nikt nie wierzy i po raz

setny patrzec na te same „tance“ ksiedza wokol „stolika“ (oltarzyka) , nie mozna by

bylo zrobic innych ciekawszych rzeczy ?

Chociazby obejrzec kolejny odcinek serialu „M jak milosc“ , ktory niesie w sobie

wiecej pozytywnego ladunku emocji i milosci niz cala historia kosciola.

 

Czy to mozliwe, aby az tylu ludzi dalo sie oglupic na tyle, ze  nie widza  w Kosciele Katolickim  nic zlego !!!!!!!

Po co wiec przychodza do kosciola  ?
Co mozna kupic w kosciele ?

  

Wiec coz za produkt, sztuke sprzedaje ta firma zwana kosciolem?
Otoz sprzedaje on WYPELNIACZ !!!!!!!!!!

Jest to najbardziej genialny wypelniacz na swiecie !!!!!!!!

Wypelnia nam braki w edukacji.

Braki w swiadomosci.

Braki w nadzieii.

Braki w zorganizowaniu sobie zycia a nawet tylko czasu wolnego.

Da rade go upchnac wszedzie, bo wszedzie sie zmiesci.

Mozna nim wypelnic cale swoje zycie lub tylko troche tak aby sasiedzi nie gadali lub

dla spokoju w rodzinie lub zeby bylo poprawnie lub nie – politycznie.

Jest to genialny „wypelniacz“, ktory w swiadomosci pracownikow jest tak niezbedny

klientom, ze nalezy im go wciskac za wszelka cene, nie ogladajac sie na srodki i

metody.

Klient musi go stosowac czy tego chce czy nie !

Bo jak nie to ….. i tu mamy 2 wersje :

- wersje lagodna , czyli bedzie sie smarzyl w piekle…. lub

- wersje drastyczna …. pracownicy firmy usmarza go za zycia…..

  
Jak widac jest to religia pelna milosci i zrozumienia (ale tylko dla slabosci,

pazernosci, glupoty, kabotynstwa i pedofilstwa jej pracownikow).

Napisalem o klientach i troche o obrzadkach niedzielnych to teraz o pracownikach,

dajmy na to ksiezach i misjonarzach.

To tacy szeregowi wyrobnicy (akwizytorzy) ktorzy najczesciej bezwiednie wykonuja

swoja prace nie majac zielonego pojecia co sie kryje naprawde za ta cala „sztuka“ czy

tez „religia“.

Sa do bolu nadetymi i tepymi narzedziami w rekach swoich przelozonych.

Ich tepote poteguje wiara w ich nadrzyrodzone mozliwosci i fakt ze zostali wybrani

sposrod plebsu.

I tu prosze o wybaczenie tych ksiezy i misjonarzy, ktorzy sa naprawde „wielcy“

(a spotkalem ich na swojej drodze trzech sposod setek pracownikow tej firmy)

i ktorzy sa dowodem na prawdziwosc mojej teorii a oni sami powinni czym predzej

zmienic firme a najlepiej zalozyc swoja. Czysta i nieskalana krwawa historia,

bezmiarem brudow moralnych i przekretow finansowych.

Bo dla tych, ktorzy musza wierzyc w isnienie Boga najtrudniej jest uwierzyc w fakt,

ze monopol kosciola na zbawienie duszy lub sprzedaz wypelniacza jest tylko

pozorny.

Tak pozorny jak nauka, ktora niosa w swiat ksieza i misjonarze.

Tworcy kosciola katolickiego czyli kolejni prezesi tej firmy czytaj papierze dbaja o to

aby ludzie ich reprezentujacy byli slepo oddani misji firmy czyli maksymalizacji

zyskow. Przeprowadzaja wnikliwa rekrutacje. Szkola ich i piora im mozgi przez kilka

lat zanim taki delikwent, ktory zglosil sie do nich bo zabraklo mu innego pomyslu na

zycie, bedzie w stanie isc i przekazywac bez zmruzenia oka banialuki i wykluczajace

sie twierdzenia. Bedzie na codzien potrafil calym swoim zyciem zaprzeczac

gloszonym przez kosciol teoriom a zagubionym w tym wszystkim i

zdezorientowanym klientom smiac sie bezczelnie w twarz.

Co wiecej. Ci geniusze marketingu uzurpuja sobie prawo do oceny postepowania

innych w sprawach od ktorych oni trzymaja sie z daleka. Mysle tutaj o sprawach

rodzinnych i malzenskich.

1. Czy mysleliscie o tym dlaczego w kosciele katolickim, ksieza moga legalnie (za

przyzwoleniem swojej firmy) posiadac kochanki lub kochankow, nie moga natomiast

wstepowac w zwiazki malzenskie czy chociazby homosexualne?

2. Czy mysleliscie o tym dlaczego im wolno bzykac na lewo i prawo a klientom ich

firmy tylko po „bozemu“ i w celach prokreacji ?

3. Dlaczego im wolno sie zabezpieczac prezerwatywami i naklniac do aborcji swoje

kochanki a klientki firmy maja rodzic ile wlezie nawet gdy nie maja co do garnka

wlozyc lub sa ofiarami gwaltu ?

Wszystkie te 3 pytania posiadja wspolny mianownik.

A mianowicie…………………. no …. kto zgadnie ?

….. no jasne ………… KASA czyli FORSA (takie piekne slowo i juz niestety

zapomniane ).

Wiec po kolei :

Ad 1. Wstapienie w zwiazek malzenski przez czynnego pracownika firmy czyli

ksiedza spowodowaloby prawdopodobienstwo wystapienia o podzial majatku przez

zone ktora postanowilaby sie z takim ksiedzem rozejsc i jeszcze w dodatku moglaby

chciec bezczelnie domagac sie alimentow.

Wyobrazcie sobie taka sytuacje : …. msza, na mszy rozwiedziony ksiadz informuje

wiernych, ze oto poniosl porazke w zyciu rodzinnym i to co im wkladal do glow i sam

stosowal to „bull shit !!!“ a jego zona wraz z osmiorgiem dzieci postanowila odejsc

zabierajac wyposazenie kosciola (lawki, swiece, kielichy, obrazy – dajmy na to

polowa majatku) i zada wysokich alimentow wiec od tej pory drodzy parafianie

„skladajcie ofiare“ z obydwu kieszeni !!!

Nie !!! zdecydowanie na to prezes firmy nie moze sie zgodzic !!! Nie ma prawa byc

zadnych roszczen do majtku kosciola ! On ma i tak dostatecznie duzo problemow

z odzyskaniem majatkow wyludzonych od naiwnych wiernych przez poprzednikow.

Ad 2. „Bo co wolno wojewodzie …..“ przedstawiciele firmy gloszac wszem i wobec,

codziennie i od swieta dyrdymaly o milosci celowo dalekim lukiem omijaja bardzo

proste rozroznienie sexu od milosci (mysle tu o milosci fizycznej).

Milosc fizyczna (nie mylic z sexem) wystepuje tylko pomiedzy kochajacymi sie

partnerami i jest cudownym uzupelnieniem ich zwiazku.

Jest poddaniem, oddaniem, zaufaniem – jest kochaniem.

Jest przezyciem wzbogacajacym ich swiat.

Swiat zarezerwowany tylko dla nich przez ktory ida tylko razem mogac odkrywac

piekna strone intymnosci.

A po kochaniu, po spelnieniu i zaspokojeniu moga zasnac wtuleni w siebie nawzajem

i obudzic sie rano z pragnieniem przezycia wspolnie nastepnego dnia. Ech ….

Sex (bez milosci) jest czysta kopulacja, zaspokojeniem nieznosnego popedu

plciowego uzupelniony przez brutalna walke partnerow (chociazby psychiczna),

jest sportem nomen omen bardzo przyjemnym (jesli bez konsekwencji) tyle ze

otoczony pustka i sprowadzony do wymiaru jednorazowego aktu.

Bo jakze chciec przytulic sie do osoby, ktora zna sie zaledwie pare chwil, z ktora nic

nas nie laczy. Po co obejmowac kogos takiego ? o czym z nim/nia rozmawiac rano ?

No dobrze… – ktos moze zadac pytanie – ale jesli w danej chwili nikogo nie kochamy

a do osoby z ktora sie spotykamy czujemy „pociag“ i ona tez ma ‚ochote“ to mamy

sobie tego odmowic i poprzestac na „jezdzie na recznym“ ?

Wg autora tego wykladu absolutnie nie ! zadbajmy tylko o to, aby dla obydwojga

bylo to przezycie, ktore ich wzbogaci, po ktorym beda mogli pojsc „dalej“ nawet jesli

kazde w swoja strone.

Bo nasze zycie jest zbyt krotkie aby je tracic na chwile bez znaczenia.

Kazda przezyta sekunda powinna miec wplyw na nasza przyszlosc.

Powinna przyczynic sie do naszego rozwoju.

Eliminujmy wiec z naszego otoczenia zdarzenia bez znaczenia, rzeczy bez wyrazu,

znajomosci bez przyszlosci.

Ad 3. Kazdy sex ma sie zakonczyc poczeciem nowego zycia czyli wg doktryny

kosciola przyjsciem na swiat nowego klienta. Bo wiadomo, ze kazda firma silna jest

sila swoich klientow. Nie wazne czy bedzie on biedny czy bogaty. Z kazdego da rade

cos wycisnac. A zgodnie z „efektem skali“ , majac miliony klientow, niech kazdy

z nich da raz w tygodniu tylko 1 zl a czynia sie z tego miliardy!!!!

Najlepszym przykladem obrazujacym wszystkie przedstawione powyzej teorie jest

jeden z bohaterow tego bloga – misjonarz vel mesjasz alias „ptaszor…“ , ktoremu

cechy jakie wg zasad piarowskich panujacych w jego firmie byly wpajane aby

poprzez nie byl postrzegany przez otoczenie czyli skromnosc, zrozumienie dla

ludzkiego bolu i ulomnosci, zycie w czystosci z dala od wszelakich pokus jest

kompletnie obce i wg jego samego kompletnie bez sensu. Nawet nie chce mu sie

sprobowac udawac. Bo po co ?

Jego wrodzona inteligencja nakazuje mu sie odciac od obludy kosciola i swoja osoba

dawac swiadectwo jakimi oni sa naprawde. Czyli pustymi, nadetymi i zarozumialymi

akwizytorami swojego produktu.

Wielokrotnie bylem swiadkiem na roznego typu imprezach organizowanych czy to w

moim domu w Zimbabwe czy tez u innych znajomych wypowiedzi Mesjasza

swiadczacych o jego bezgranicznej pogardzie dla wszystkich wokol o jego wyzszosci

nawet w relacjach z innymi misjonarzami, jednym slowem jest on bogiem i carem a

conajmniej mugabem (na szczescie tylko w zimbabwe).

   

Oj chcialoby sie polatac ! Ale ta sila grawitacji !!! niestety zciaga za nogi na ziemie zeby nie wiadomo jakim sie aniolem bylo :)

 

 

Zanzibar i Pokaz Mody w Kosciele 03/02/2010

 SNIEGI KILIMANJARO
 
 
 
 
 
 

czyli spieszmy sie kochac kobiety bo tak szybko odchodza 

 

Oderwijmy sie na chwile od Zimbabwe i pierwszych dni pobytu DG na czarnym
ladzie i przeniesmy sie w czasie do poczatku roku 2005 i do innego nie mniej
afrykanskiego kraju czyli do Tanzanii.
Kontynuujac cykl podrozy etnicznych majacych na celu pomoc artystce w
odnalezieniu siebie czy tez swojej drogi czy tez kolejnego partnera, artystka wraz
z mesjaszem wyruszaja w podroz na misje znajdujaca sie u podnoza Kilimanjaro w
Tanzanii.
Na poczatku ich wyprawa miala sie odbyc samochodem, ale DG nie byl za bardzo

sklonny aby finansowac zakup odpowiedniego auta na taka przejazdzke.

W wyniku wielolitrowych negocjacji, stanelo na tym, ze poleca tam samolotem a na

miejscu i tak beda mieli przeciez samochod do dyspozycji.

Leca przeciez do kolegi mesjasza z seminarium ! jego serdecznego przyjaciela !

Podroz do Tanzanii nastapila w momencie, kiedy artystka jakby byla juz troche

zmeczona i znudzona zwiazkiem z mesjaszem.

DG odnosil wrazenie, ze mesjasz sie juz zuzyl nieco i wyeksploatowal i niewiele ma

juz do zaoferowania artystce.

Potem okazalo sie, ze rownolegle rozgrywa sie watek z Dyrektorem, ale zeby to

pojac, DG musialby zaczac ogladac MODE NA SUKCES .

.

BLONDYNKA NA KRANCU SWIATA W OBJECIACH MISJONARZY
 
 
 
LENNONEM gdyz jest misjonarzem/lekarzem.
  
Jak sie okazalo nasz nowy bohater mial w sobie wiecej z „ptaka ciernistych krzewow“
gdyz w odroznieniu od mesjasza naprawde umial latac !
No nie zeby na skrzydlach wlasnych czy fantazji wlasnej , tylko aby pokonac
ogromne odleglosci pomiedzy wioskami masajow i dotrzec do nich na czas, musi
uzywac samolotu.

Nowa postac w naszym Czarodziejskim (Pam) Flecie nazwijmy DOCTORKIEMWiec wszystko wskazuje na to ze jest pilotem.

A wiec lata.

Jak lata to jest „ptakiem“.

A „krzewy“ w Tanzanii podobnie jak w Zimbabwe sa tylko „cierniste“ (w obronie

przed zwierzetami, ktore obrzarly by je najchetniej do korzeni) wiec tym prostym

sposobem ulozylismy wszystkie puzzle i mozemy zrozumiec dlaczego po powrocie

z Tanzanii artystka nie byla juz z mesjaszem tylko z DOCTORKIEM LENNONEM.

Mesjasz natomiast, ktory ogolnie kiepsko sobie radzi z samotnoscia przygarnal w to

miejsce dotychczasowa kobiete DOCTORKA L i tak juz mu zostalo do dzisiaj.

Zapewne nie dowiemy sie nigdy (artystka dobrowolnie pewnie tego nie powie) co

zaszlo miedzy nimi (trojgiem) na Zanzibarze, dokad w euforii odkrywania „nowego“

polecieli spod Kilimanjaro.

 
 
                                                                           ZANZIBAR  po raz pierwszy 
  
 
 

mmmmmmm Zanzibar !!!!!! jedno z miejsc na ziemi gdzie DG pragnal zawsze

poleciec. Niestety, zamiast niego polecialo tam za jego pieniadze troje kochankow

celem spedzenia sielsko kilku dni.

Efektem sielanki sa miedzy innymi zdjecia ktore robili artystce, niczym afrodycie

wynurzajacej sie z morskiej piany.

Ptaszorki podgladajace z gniazda plasajaca w wodnej piance syrenke

Oni………… dwaj braciszkowie w czerni, ona jedna miedzy nimi niczym muza, niczym

nimfa a raczej syrena jakas. Nie jeden by sie nie oparl. A przy tym taka tworcza , taka

kreatywna ! Taka oddana swej „misji“ ! Nic dziwnego ze sie chlopaki zapomnieli i o

panienke pobili. I jak na chrzescijan przystalo obrazili sie na siebie do konca zycia.

W tym samym czasie (jak sie okazalo pozniej) nasz kolega DYRYGENT przebieral

niezgrabnie nozkami za artystka i ich zwiazek rozwijal sie rownolegle do zwiazku

artystki z MESJASZEM/DOKTORKIEM L no i pamietajmy ze chcial nie chcial

artystka w tym czasie przebywala w oficjalnym przynajmniej zwiazku malzenskim

z DG.

Ciag dalszy tej chistorii juz wkrotce.

………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………

A teraz

Pokaz Mody w Kosciele Sw Jana w Gdansku

POKAZ MODY w Kosciele

autorstwa Anny Dlugoleckiej

 

W dniu 18.08.2006 w Kosciele Sw. Jana na Starowce w Gdansku odbyl sie

„wieczor“ „noc dzwiekow w sukienkach“ .

W czasie „wieczoru“ przy akompaniamencie muzykow z zespolu Man

Soul Jah and People Against Cruel Existence (Zimbabwe) modelki

zaprezentowaly sukienki z najnowszej kolekcji zatytuowanej

„przez grzechu drzwi…podroz pierwsza .. na swiat“, bedacej

kontynuacja cyklu Projektu „podroze przezyte w sukienkach“

autorstwa polskiej projektantki Anny Dlugoleckiej.

Anna Dlugolecka mieszkajaca obecnie w Zimbabwe zaprosila do realizacji

swojego pomyslu przyjaciol z Afryki -10-cio osobowy zespol o nazwie

Man Soul Jah & People Against Cruel Existence.

W cudownej naturalnej scenerii zniszczonego Kosciola bylismy swiadkami

widowiska modowo-muzyczno-filmowego, w czasie ktorego muzycy

tworzyli muzyke do zywych obrazow tworzonych przez poruszajace sie w

swietle swiec modelki na tle emitowanego i miksowanego na zywo filmu.

Wieczor uroczyscie otworzyli: Pani Ambasador RPA w Polsce Febe

Potgieter-Gqubule oraz P.Larry Ugwu dyrektor Nadbaltyckiego Centrum

Kultury.

Jako pierwszy moglismy obejrzec material filmowy zrealizowany przez

Projektantke podczas jej ostatniej podrozy do wiosek masajskich w

Tanzanii.

Do niemego obrazu, widzianego po raz pierwszy rownoczesnie z widzami,

muzycy zespolu dali popis tworzenia muzyki na zywo a Pongo (wokalista

zespolu) opowiadal nam swoje emocje widzac Masajow , swoich braci

z Afryki , rapujac w jezyku shona ,ndebele i angielskim.

Ruchomy obraz na ogromnym ekranie uzupelnialy zdjecia z podrozy

Projektantki po Afryce , ktore otulaly filary kosciola uzupelniajac niezwykle

barwnie jego surowe wnetrze.

Oswietlone jedynie swiatlem swiec z ruchomych obrazow na ekranie

zaczely wychodzic modelki.

Pierwsza z nich , czarnoskora Khudzi (na codzien wokalistka Zespolu),

idac w blasku swiec pomiedzy widzami w czerwonej sukience o nazwie

„sila“, zaspiewala piosenke ukladajac na goraco slowa do slyszanej po raz

pierwszy muzyki.

Stworzyla tym samym ciekawy, cieply klimat pomiedzy widzami a

aktorami bioracymi udzial w widowisku.

Projektantce udalo sie zgromadzic : w jednym miejscu ludzi o roznych

kulturach, wyznaniach i kolorach skory i dajac im mozliwosc tworzenia,

zjednoczyla na te pare chwil tak aby mogla powstac nowa „inność„.

i powstala.

Modelki amatorki bez wczesniejszych prob wychodzily tanczac niesione

niezwykla muzyka i atmosfera jaka stworzyla sie w kosciele.

Skomplikowana linie sukienek na przemian skrywaly cienie kolumn Kosciola

i odkrywalo swiatlo swiec.

Kazda sukienka to osobna historia.

Kazda to osobne przezycie podczas podrozy i emocje z tym zwiazane..

Kazda ma swoja nazwe, jak np: moznosc, niebycie, wydzielnie,

zalewanie… wszystkie recznie wykonane przez kobiety w Afryce przy

uzyciu naturalnych materialow recznie barwionych i malowanych metoda

batiku.

Projektantka pokazala takze pierwsze zaprojektowane przez siebie

obuwie, kozaki wykonane z recznie malowanych tkanin na drewnianej

podeszwie z bardzo wysokim obcasem.

Sukienki uzupelnialy plaszcze z batiku, torebki wykonane z traw, lisci

bananowca z raczkami z drewna egzotycznego oraz moc naszyjnikow

z naturalnych nasion I owocow.

W finale zobaczylismy powloczyste suknie wykonane z wloczki

z powplatanymi kolorowymi nasionami I drobnymi owocami kwiatow.

Po pokazie mody odbyl sie koncert Man Soul Jah &People Against Cruel

Existence, ktory zakonczyl cale widowisko.

Kontynuacja tej czesci Projektu jest zrealizowany film laczacy w sobie

tresci z pobytow a Afryce z widowiskiem w Kosciele.

Zwienczenie ‚nocy dzwiekow w sukienkach“ nastapi na stronach

internetowych Projektantki.

„noc dzwiekow w sukienkach“ byla jednoczesnie inauguracja dzialalnosci

Stowarzyszenia Anny Dlugoleckiej NYANGA powolanej przez Projektantke

celem stwarzania platform kreatywnego wspoltworzenia.

Organizatorem wieczoru byla Agencja Promocji i Produkcji Filmowej

NYANGA , wspolorganizatorem Nadbaltyckie Centrum Kultury a patronat

objela Ambasada RPA w Polsce. Caly dochod z pokazu zostanie

przekazany na potrzeby sierocinca prowadzonego przez O.Macka w

Bulawayo Zimababwe oraz O.Jacka w Arushy Tanzania.

………………………………………………………………………………………………………………………………………………………….

Od powrotu na tarczy do interwencji policji przeciwko DG (opowiesc skrocona bardzo)

.

Po powrocie z Zimbabwe z ktorego Artystka zostala deportowana za ”dobre” zachowanie, nie wraca do wspolnego domu z DG tylko zada wynajecia mieszkania w Warszawie.

 Jak twierdzi, …nie wroci do domu “zabrudzonego innymi…” i tego typu podobne ………….

a przede wszystkim dla tego, ze zada rozwodu i nie ma ochoty mieszkac z DG pod jednym dachem.

DG majac na wzgledzie dobro ich Corki wynajal wiec mieszkanie, ktore bardzo szybko okazalo sie byc dla Artystki zbyt  male i za bardzo oddalone od szkoly Corki.

 Laczac przyjemne z pozytecznym wynajal wiec dom na Sadybie aby Artstka miala gdzie mieszkac, tworzyc, sprzedawac i nie pyszczyc….

DG nie przewidzial tylko ze bedzie to miejsce gdzie Artystka zamieszka wraz z kolejnym kochankiem – Dyrektorem.

Bylo wiec tylko kwestia czasu , kiedy DG puszcza nerwy i odmowi dalszego finansowania gniazdka kochankow i  ” ich sztuki” . 

a oto ta historia………

Luty (february) 2007

Po przeprowadzeniu zmudnego castingu na aystentki projektantki mody , Artystka przyjela je do pracy i to od razu 6 , w koncu i tak nie ona placila a do tego jeszcze informatyka i menagera.

Zawsze dzialala z rozmachem.

Zwlaszcza jesli chodzilo o pieniadze DG.

Ten ostatni widzac narastajaca fale miesiecznych kosztow coraz bardziej nerwowo patrzyl w kierunku zbyt wolno powstajacej pierwszej kolekcji handlowej ciuchow pod brendem artystki.

Odkad Artystka powrocila z Zimbabwe i zarzadala rozwodu , DG postanowil przynajmniej skapitalizowac swoja inwestycje w projektantke i umowili sie, ze na jesieni 2007 roku wystartuja na targach mody gdzies za granica.

Teoretycznie wszystko szlo do przodu.

Gdyby nie jeden drobny szczegol.

W chwili gdy DG dogadywal ostatnie warunki wziecia udzialu w targach w Nowym Yorku, Artystka wraz z Dyrygentam przezywali chwile uniesienia gdzies na Zanzibarze, ktorych skutki okazaly sie druzgocace

(wtedy nie wiadomo jeszcze bylo tylko dla kogo)

.

POLISH DREAM czyli OPERA „ za 3 grosze…“

.

Po powrocie Artystka oswiadcza radosnie, ze otrzymala wlasnie propozycje aby we wrzesniu 2007 zrobic Opere Czarodziejski Flet Mozarta (co oznaczalo ze : wyrezyseruje, zaprojektuje kostiumy i scenografie a nawet plakaty) i ze zostanie ona wystawiona w Filharmonii Sudeckiej (tam gdzie Pan Dyrygent jest jednoczesnie Panem Dyrektorem).

Zdziwienie i wku…rwienie DG nie znalo granic.

Nie da sie rady przeciez pogodzic tych rzeczy.

Przygotowanie kolekcji ciuchow (czy sukienek wg nomenklatury Artystki) i opery jednoczesnie, wykluczaly sie oczywiscie (wg opinii DG).

Artystka byla jak zwykle przeciwnego zdania i zapewniala, ze podola – przez co zrobila sie jeszcze bardziej agresywna.

W marcu DG juz byl pewien co do dalszego kierunku „rozwoju businessu“.

Odwolal wiec targi i dal sobie na „luz“ gdyz jak mu zapowiedziala Artystka :

„… ich wspolny interes to moda, a opera to jej sprawa i Dyrygenta i nikt ciebie o pieniadze prosil nie bedzie – bo twoja pogarda dla artystow i sztuki dyskwalifikuje cie jako sponsora, a do mody wrocimy zaraz po operze…“

 

„Ok , tylko zebyscie nie przyszli po pieniadze na realizacje tej opery ! …“  – odpowiedzial DG i zajal sie wlasna firma i wlasnym zyciem.

 

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.