BLOG ROZWODNIKA 04/02/2010
Czarodziejski pam-flet – czyli jak czerpac z zycia
czerpiac z meza pieniadze,
z jednego kochanka czerpiac inspiracje,
z drugiego kochanka czerpiac kontakty
(na isnienie wiekszej liczby kochankow Artystki nie mam jeszcze twardych dowodow ale nad tym caly czas pracuje…)
August 8, 2008
w rolach glownych wystepuja:
Dariusz Mikulski – dyrygent , dyrektor filharmonii walbrzyskiej , prywatnie – kochanek rezyserki Anny Dlugoleckiej, na codzien wydaje mu sie ze swoja paleczka wymachuje samodzielnie- zwany dalej DYREKTOREM www.filharmonia-sudecka.pl www.concorno.de
Anna Dlugolecka – podrozniczka, poetka, projektantka mody a odkad ponownie zostala kochanka DYREKTORA takze rezyserka oper, prywatnie – zona DON GIOVANNIEGO przyprawiajaca mu rogi od chwili gdy postanowila zostac artystka, a na codzien – przez nikogo nie rozumiana, biedna artystka z budzetem od glupiego meza SPONSORA, zwana dalej ARTYSTKA www.annadlugolecka.pl
Don Giovanni – frajer, rogacz i filantrop (SPONSOR) wykladajacy kazde pieniadze na pomysly i samorealizacje ARTYSTKI , prywatnie jej maz, na codzien znudzony opowiesciami o drodze do samorealizacji niewiernej zony i jej kolejnych chloptasiach ktorzy potrzebuja kasy , zwany dalej DON GIOVANNIM (DG)
Marszalek Wojewodztwa Dolnoslaskiego – filantrop niemiej naiwny co DON GIOVANNI gdyz przeznacza panstwowe pieniadze na zabawy kochankow (DYREKTORA i ARTYSTKI) w opere, prywatnie calkiem rowny gosc zwany dalej MARSZALKIEM – bedzie adresatem tej sztuki na rowni z mediami
SCENA 1 i nie ostatnia
Niedziela 20.04.2008 godz 14.25 czasu srodkowoeuropejskiego
DG przebywajac chwilowo poza granicami kraju dowiaduje sie , ze do jego domu pod Warszawa wdarla sie wlasnie ARTYSTKA w towarzystwie DYREKTORA
i na oczach zdumionego i zaskoczonego chlopca opiekujacego sie domem DG , zaczela wynosic dokumenty firmy nalezacej do DG. DYREKTOR (PAN) aby nie pozostawac
w tyle za swa kochanka zabral ze soba i zapakowal do samochodu ARTYSTKI (oplacanego przez DG) komputer nalezacy oczywiscie do firmy DG.
DG , kiedy juz ochlonal ze zdumienia bezczelnoscia i glupota kochankow (rozumiejac calkiem dobrze ich motywy i desperacje , gdyz odmowil finansowania kolejnych pomyslow
operowych) poprosil ARTYSTKE grzecznie w smsach (gdyz jest czlowiekiem praktycznym oszczedzajacym glownie na sobie) aby odwiezli z powrotem rzeczy (w koncu to
przeciez i tak ich nic nie kosztuje bo za paliwo placi DG) – uslyszal , ze teraz maja go w reku i jesli nie spelni ich zadan to nie tylko skonczy w wiezieniu ale nigdy wiecej nie zobaczy
swojej corki , ktora ma niestety z ARTYSTKA (dowody na glupote kochankow w postaci smsow wkrotce do przeczytania na podstronie a tymczasem do wgladu w telefonie DG).
DG przyzwyczajony przez ostatnie lata do podobnych wystepow ARTYSTKI postanowil zglosic w/w historie na policje oraz przeslac niniejszy “scenariusz” do wszystkich mediow
i instytucji zainteresowanych ‘popieraniem” sztuki w polsce a takze publikowac w internecie we wszystkich mozliwych miejscach ku przestrodze potencjalnych SPONSOROW.
a oto sakramentalne slowa Artystki przeslane Don Giovanniemu (zapewne z wdziecznosci za wszystko co zrobil aby mogla realizowac swoje marzenia) :
historia 04/02/2010
A teraz historia od poczatku
WPROWADZENIE
… jest to blog o milosci i zdradzie , o marzeniach i nieograniczonych mozliwosciach jakie posiadaja w sobie ludzie oraz nieskonczonej ich glupocie
…jest to blog ku przestrodze wszystkich ktorzy chca w jakis sposob zlaczyc swoje zycie z artystami (kogo kolwiek to slowo okresla) …..
…jest to blog ku przestrodze wszystkim ktorzy zyja marzeniami , aby zanim zaczna je realizowac sprawdzili czy ta druga osoba obok ma marzenia podobne…..
…jest to blog w ktorym bede pisal o przygodach i podrozach, miernym polskim swiecie mody i jego bohaterach, o zgnilym swiatku polskiej opery i o wszystkim co nas otacza a czego ja osobiscie „dotknalem“ co daje mi prawo do wydawania teraz osadu J bo wczesniej wydawalem na to wszystkie pieniadze L.
…jest to forma, ktora da fundament dla historii, ktora wydam w formie ksiazki a ktora napisze siedzac w wiezieniu do ktorego najchetniej posadzilaby mnie bohaterka tego blogu za to ze zrezygnowalem z finansowania jej marzen i kolejnych kochankow , za to ze osmielilem sie chciec zyc inaczej czyli …………normalnie
BOHATEROWIE
czyli 1 kobieta i 3 panowie na litere M
(potem dojda jeszcze inni )
Anna Dlugolecka – „zona w stanie rozwodu“ z wyksztalcenia – kosmetyczka, „licencjonowany menager“ a poza tym: projektantka mody, podrozniczka, poetka, grafik, fotograf a ostatnio takze rezyserka, scenograf (w jednej osobie) oper Mozarta jednym slowem kobieta renesansu zwana w blogu ARTYSTKA w wyjatkowy na skale swiatowa sposob umiejaca roztrwonic kazde zarobione przez jej oficjalnego (jeszcze niestety) meza pieniadze …. oczywiscie w imie „sztuki“….

Don Giovanni– narrator, na codzien na papierze (jeszcze niestety) maz Artystki, zwany w blogu DON GIOVANNIM (DG) w chwili obecnej probujacy ulozyc sobie jakos zycie z dala od wielkiej „sztuki“ oper, mody i wszystkiego tego co finansowal przez ostatnie 5 lat….

Dariusz Mikulski – obecnie jeszcze dyrektor w Filharmonii Walbrzyskiej i staly (bardziej lub mniej ale za to od 15 lat) kochanek Artystki , wprowadzajacy ja od 3 lat w arkana sztuki operowej zwany dalej w blogu DYREKTOREM

Maciek Malicki – kochanek Artystki, ktory z braku pomyslu na zycie zostal misjonarzem i ‚krolem Zimbabwe“, (koles), ktory za pomoca strony internetowej skutecznie zwabia zadne ‚afrykanskich przygod“ kobiety z polski na swoja misje w Bulawayo (Zimbabwe), wyznajacy zasade ze w zyciu liczy sie tylko „sex,drugs & rock’n roll“ a przyjaciel to dla niego gosc co kase pozycza lub wodke stawia… zwany dalej w blogu MESJASZEM

poczatek 04/02/2010
POCZATEK
czyli : ..w zyciu licza sie tylko marzenia !!!!!!!
…tak wiec zacznijmy od poczatku ….
a na poczatku byl…..chaos
(oczywiscie) datowany na rok 2003,
kiedy to po totalnej finansowej plajcie wspolnej (DG i Artystki) firmy, pewnego dnia
Artystka oswiadczyla Don Giovanniemu :
„…mam dosc interesow i prowadzenia firmy, ty rob co chcesz, ja wracam do swoich marzen i jesli ma mi sie udac w zyciu je zrealizowac to zrealizuje je zaczynajac od zera…“
(a tymi marzeniami bylo projektowanie ciuchow) .
PIEEEEKNE !!!!!!
…zwlaszcza , ze Don Giovanni pozostal bez jakiejkolwiek gotowki, z dlugami w wysokosci 1,5 mln zl i zagrozonym przez komornikow domem….
Jednak w mysl zasady … baba z wozu , koniom lzej… zobaczyl swiatelko w tunelu, ze prowadzac interesy tylko po swojemy da rade wyjsc na prosta….
Artystka tymczasem rozpoczela studia w „szkole“ projektowania ubioru, tej samej co nasi „wielcy kreatorzy mody“ i zrobila dyplom w postaci pelnowymiarowego, niezaleznego (jedynego jak sie okazuje w tej formie w historii tej „szkoly“) pokazu mody.
Inspiracja dla stworzenia dyplomowej kolekcji, ktora nazwala „wykluczenia“ byla muzyka KADHJA NIN (Burundhi) a na miejsce dziania sie „akcji“ zostala wybrana AGORA siedziba Gazety Wyborczej.
Pokaz zostal sfinansowany (oczywiscie w calosci) przez Don Giovanniego.
Po bardzo dobrej krytyce z jaka spotkal sie pokaz, przychylnymi recenzjami w prasie Don Giovanni zaczal juz wierzyc ze inwestowane kazdego dnia pieniadze w marzenia Artystki maja szanse na skapitalizowanie w przyszlosci.
(kiedys, w wolnej chwili opisze kulisy powstawania tego pokazu na terenie zarezerwowanym dla 2 polskich krawcow czyli duetu Brzozowski z Paprockim)
I oto ta wolna chwila nadeszla w Swieta Wielkanocne 2009…
Miejsca na Pokaz szukalismy bardzo dlugo. W koncu to mial byc debiut nie tylko
projektantki ale takze calej organizacji w przygotowaniu i wyprodukowaniu takiego
iventu.
Wczesniej co prawda, DG prowadzil rozmowy z agencjami „wyspecjalizowanymi“
w tego rodzaju imprezach ale zadna z nich w rozmowach nie byla wystarczajaco
przekonywujaca, ze bedzie w stanie zrealizowac pomysly projektantki.
Generalnie wszyscy na rynku prezentuja podobne podejscie do tematu.
Czyli najpierw budzet (najlepiej ok 200.000 zl – rok 2003) a potem to niech
projektant przyniesie co tam ma a oni sami sie wszystkim zajma.
I niestety tak to wyglada co wielokrotnie mozna obserwowac do dnia dzisiejszego na
„pokazach mody czolowki polskich projektantow“. Brak jakiejkolwiek spojnosci
pomiedzy kolekcja, miejscem, scenografia, muzyka i nawet catheringiem czy
sponsorami.
Czysta amatorszczyzna, wiec DG postanowil jako poczatkujacy (a nie
zaawansowany) amator wyprodukowac cos co mialo sie nazywac POKAZEM
MODY.

Tak wiec debiut na calego !
Tym bardziej bolesny, ze za wlasne absolutnie pieniadze.
Strony pozytywne : nie trzeba bylo z nikim omawiac zadnych swiadczen wzajemnych
i wysluchiwac „ genialnych“ pomyslow typu umieszczenie logo sponsora w swietle
glownej kamery oraz mozna bylo przesunac lub odwolac impreze bez zadnych
konsekwencji.
Mimo wszystko presja psychiczna byla bardzo duza, bo przeciez branza i temat nowe.
Tyle ze zasady marketingu wszedzie sa takie same.

Poniewaz kolekcja nosila nazwe WYKLUCZENIA i skierowana do kobiet
czytajacych Wysokie Obcasy dodatek do Gazety Wyborczej wybor wstepnie padl na
siedzibe AGORY.
Mialo to takze pomoc przy patronacie medialnym ze strony Gazety a przynajmniej
WYSOKICH OBCASOW.
Kolekcja miala przypomniec zapomniane wloczki i welny, pokazac ze mozna z tego
uczynic nie tylko niesmiertelne sweterki ze wzorkiem typu warkocz lecz mozna temat
potraktowac calosciowo pomimo wykluczajacych sie „wg naszych przyzwyczajen“
aspektow welny.
Tak wiec wloczka do pracy i do domu, wloczka na wieczor a nawet do slubu.

Nawet stringi byly z welny.
Totalny welniany odlot. !
Do tego polaczenia z jedwabiami, nie spotykane do tej chwili w „modzie“.
Kazda „sukienka“ z kolekcji powstala w wyniku osobnej historii, przemyslen i
posiadala swoje wlasne zycie.
Z posrod 50 kilku projektow przygotowanych na te okazje, projektantka ostatecznie
wybrala 33 (liczba na poczatku wydawala sie przypadkowa) .
Jak juz wczesniej pisalem, powstawaniu kolekcji towarzyszyla muzyka KHADJA
NIN, ktora nadala calosci jakis taki „afrykanski“ charakter.
Cholera jasna ! gdzie cos takiego mozna by pokazac ? – zastanawial sie DG
Muzeum etnograficzne ? a moze jakas knajpa o podobnym „zacieciu“ ?
Ostatecznie wybor padl na siedzibe Agory (wydawce Gazety Wyborczej).
I zlozylo sie doskonale ! bo skoro wykluczenia to wykluczenia ! bez przesady
oczywiscie
Budynek AGORY jest architektonicznie genialny a w srodku fantastyczna sala typu
loft, jak najbardziej pasujaca swym surowym charakterem do koncepcji pokazu.
DG podpisal wiec szybciutko umowe na przeprowadzenie imprezy z administracja
AGORY i mozna bylo zaczac przygotowania do pokazu.
Poniewaz kolekcja byla gotowa potrzebne byly modelki.
W pierwszym odruchu zwrocilismy sie do kilku agencji modelek o pomoc
zaznaczajac, ze budzet mamy ograniczony i jestesmy „debiutantami wsrod
amatorow“ .
Na casting zjawilo sie kilka pan i po 15 min niezbyt przyjemnej atmosfery podjelismy
decyzje, ze skoro my jestesmy amatorami i promowac bedziemy naturalnosc
materialow i zachowan to najlepiej jak wezmiemy amtorki czyli dziewczyny jak to sie
mowi brzydko z ulicy.
Zabawa byla swietna przy nauce „chodzenia i choreografii“. Doskonala byla
atmosfera. Nie bylo miedzy nami zadnych gwiazd, nie bylo dasow ani pomyslow
z boku. Dziewczyny byly niezwykle otwarte zaangazowane i skupione na realizacji
wizji projektantki i zeby przy okazji „nie zabic sie na wybiegu“.
Sprawa kolejna to partnerzy medialni.
Tutaj po raz pierwszy DG odbil sie od sciany okalajacej polski swiatek mody.
Patronat prasowy zaproponowal oczywiscie WYSOKIM OBCASOM, natomiast
odpowiedz ktora uslyszal spowodowala, ze utwierdzil sie w przekonaniu, iz mozna
isc swoja droga skutecznie, nie trzeba wchodzic w stado i potem na sile sie usmiechac
czy poklepywac i to po pupie najlepiej.
Otoz redaktor naczelna WYSOKICH OBCASOW w odpowiedzi na propozycje
objecia patronatem prasowym pokazu udzielila reprymendy wprost do sluchawki DG
slowami :
„… wybierajac na miejsce swojego debiutu AGORE , pani Dlugolecka wytoczyla zbyt
duze dzialo, a WYSOKIE OBCASY maja przeciez swoich wlasnych projektantow na
etacie i w tym samym dniu beda mieli oni takze pokaz…“
Oznaczalo to ni mniej ni wiecej tylko, ze zorganizowali celowo tego samego dnia
pokaz wystraszeni, ze ktos obcy wchodzi na ich teren.
Mysleli slusznie i dzieki sile swojej gazety odebrali naszemu iventowi wieksza czesc
dziennikarzy, ktorym nie wypadalo nie przyjsc na pokaz polskich dolce & gabbana.
Swoja droga ja bym sie obrazil gdyby ktos przyrownywal mnie do kogos, bo oznacza
to ze brak mi wlasnej tozsamosci, oryginalnosci, autentyzmu.
Brzozowski z Paprockim sie nie obrazili .
Wracajac do redaktor naczelnej……
…..coz na takie stanowisko ze strony WYSOKICH OBCASOW, DG nie byl
przygotowany i nie bylo planu B. Wiec do pokazu przystepowalismy bez patronatu
prasowego.
Za reklame robily spoty w RADIO PIN (ktore bardzo pozytywnie reagowalo na tego
typu inicjatywy – teraz juz sie niestety zmanierowali).
Zaproszenia zostaly wyslane do dziennikarzy zwiazanych ze swiatem mody lub
piszacych o sprawach waznych dla kobiet.
Nikt z nas nie zamierzal jednak do nich dzwonic, blagajac aby raczyli przyjsc, jak to
jest podobno w zwyczaju.
Wyszlismy z zalozenia, ze ci najbardziej wartosciowi i otwarci trafia i tak do nas.
Przeciez po kolekcji Brzozowskiego z Paprockim wiadomo z gory czego mozna sie
spodziewac tzn . dobrego catheringu .
Problem kolejny to rejestracja pokazu na potrzeby telewizji. Tutaj DG poszedl po
bandzie i zatrudnil profesjonana ekipe z jednej z czolowych polskich stacji tv.
Ekipa byla super… tyle ze krecila wg swojej metody (a nie sugestii i oczekiwan
projektantki) i w efekcie pomimo 4 kamer nie bylo materialu do zmontowania.
Niemniej montazysta wykazal sie pelnym profesjonalizmem i wspolnie udalo sie cos
tam sklecic na porzeby archiwalne. Niestety material nie nadawal sie do tv wiec
kolejna wpadka.
Tych wpadek bylo potem cale morze, a nawet ocean.
W trakcie przygotowan do pokazu podczas rozmow z jednym ze znajomych, ktory
przebywal czasowo w RPA, zwrocil nam on uwage na Ambasador RPA w Polsce, iz
jest to cudowna kobieta i mozna ja zainteresowac iventem skoro to ma cos wspolnego
z Afryka.
I tak sie stalo. Po przebrnieciu przez wiele „bramek“ Ambasady, DG udalo sie
umowic na spotkanie z Pania Ambasador, ktora ku radosci wszystkich przyjela
zaproszenie i objela patronatem POKAZ.
Dzien POKAZU zblizal sie nieuchronnie, mniej wiecej wszystko bylo dopiete
(oczywiscie mniej niz wiecej) brakowalo nam tylko butow dla modlek.
Bylo ciezko. Projektantka nie zaprojektowala specjalnych butow do swojej kolekcji i
dobranie czegokolwiek z tego co bylo dostepne na rynku okazalo sie prawie
niemozliwe. W koncu po kilku dniach szukania udalo sie od biedy cos znalesc.
Obuwie w odpowiednim rozmiarze i kolorystyce zostalo zamowione do
wypozyczenia na nastepny dzien i wlasciwie POKAZ mozna bylo zaczynac.
POKAZ MODY WYKLUCZENIA
Poranek byl jak to kazdy poranek, nic szczegolnego zwlaszcza po kolejnej
nieprzespanej nocy, wiec juz po wypiciu drugiego litra kawy, DG jako tako patrzyl na
swiat.
Przedpoludnie przynioslo „z gory oczekiwana“ wpadke pod tytulem buty !
Oczywiscie nie przyjechaly na czas i okazalo sie ze jeszcze wogole nie sa
przygotowane do wysylki.
Wiec DG w sposob dla siebie tylko mozliwie uprzejmy w takiej sytuacji, podziekowal
za wspolprace i oswiadczyl projektantce, ze butow nie bedzie i modelki ida na
bosaka. Po chwili milczenia przerywanej jedynie krotkimi wykrzyknikami
wskazujacymi na to ze projektantka sprawdza czy nie zapomniala „podstawowych“
polskich slow, stwierdzila, ze to i dobrze bo i tak nie do konca pasowaly i nie byly jej
projektu, wiec wyszlo jak zwykle na dobre.

I tym oto sposobem pozbylismy sie ciezaru odpowiedzialnosci za mienie ktore moglo
ulec zdeptaniu.
Godzina zero zblizala sie sie nieuchronnie.
Za kulisami czy jak to sie teraz modnie nazywa na „back stage’u“ modelki nerwowo
przymierzaly kolejne przeznaczone dla nich „sukienki“ (slowo kreacja tak jak i moda
zostaly wyrzucone ze slownika projektantki) i w napieciu oczekiwalismy na
przybycie fryzjerow.
Byla godzina 16 (pokaz mial sie zaczac o 19) a one ciagle jechaly !
Na uczesanie 13 modelek przez 2 fryzjerow to troche malo czasu. Na szczescie dzien
wczesniej koncepcja fryzur zostala omowiona, szkoda tylko ze zabraklo czasu na
zrobienie chocby jednego probnego uczesania.
W koncu sa ! przyjechaly ! Jest godz 17 ! od razu ochoczo zabraly sie do pracy a my
kontyuowalismy szlifowanie chodzenia po wybiegu.
Wybieg i krzeselka na widowni byly dokladnie na tej samej sali co garderoba
oddzielone od siebie jedynie parawanem z materialu.
Oznaczalo to, ze w czasie pokazu na zapleczu powinna panowac kompletna cisza a
modelki podczas przebierania sie nie powinny nawet oddychac.
Wybieg tez sobie wymyslilismy !!!!!!!!! W ksztalcie litery U !!!!!!! Cholera !!!!!!
Nalezalo zadbac aby w czasie pokazu w kazdej czesci wybiegu w tym samym czasie
znajdowala sie przynajmniej jedna modelka. Trzeba to jeszcze bylo zgrac jako tako
z frazami w muzyce i wlasciwie bylismy gotowi.
O godz 18.30 zgodnie z zalozeniami firma catheringowa rozstawila stoly,
przygotowala przekaski i napoje i byla gotowa do akcji.
Ekipa tv rozstawila sie ze sprzetem i WTEDY okazalo sie ze dysponujemy zbyt mala
iloscia swiatla aby dostatecznie doswietlic caly wybieg !!!!!!!!!!!!!! .
A przeciez byli dzien wczesniej i nie chcieli zrobic proby bo wszystko mialo byc ok,
mieli miec ze soba dostatecznie duzo sprzetu. !!!!!!!!
Godzina 19 dochodzi spokojnie (na zegarze).
Za szklanymi drzwiami oddzielajacymi sale na ktorej mial sie odbyc pokaz od
korytarza widac bylo zbierajacy sie tlumek ludzi.
Powinnismy wlasciwie juz zaczac ich wpuszczac, i DG nie mial juz nawet czasu na
dyskusje z ekipa tv gdy zza kulis dobiegl RYK projektantki.
W chwile potem wszystkie modelki rzedem pedzily do toalety po czym w jeszcze
wiekszym pedzie wracaly z zupelnie mokrymi wlosami do garderoby.
UPS – pomyslal DG – chyba fryzjerki „daly ciala“ !
Po chwili zza zaaranzowanego na potrzeby pokazu parawanu dobiegl odglosc
przeogromnego warczenia suszarek do wlosow. Niestety dyponowalismy tylko
trzema suszarkami wiec pozostale dziewczeta suszyly sobie wlosy recznikami, przed
podmuch z wlasnych pluc wycieranie o sciane lub szybkie bieganie.
No nie w takich warunkach nie da sie wpuscic na sale gosci.
DG wyszedl wiec radosnie do GOSCI i oswiadczyl im, ze wszystko jest ok, czekamy
na glownego goscia tj. Pania Ambasador i ze jak to w takich wypadkach bywa
zaczniemy zgodnie z terminem czyli ok 30 min pozniej.
Na pocieszenie poprosil aby wszystkich gosci poczestowac winem i powrocil na sale.
Wziawszy na siebie odpowiedzialnosc za multimedia, postanowil dla proby
wyemitowac spoty turystyczne dostarczone przez Ambasade RPA i wtedy……………
I wtedy…………………………….. wysiadl komputer sterujacy tym calym badziewiem !!!!!
Nie bylo swiatel, nie bylo muzyki, nie bylo filmow reklamowych za to byl SIWY
DYM z komputera !!!!!!!!.
DG nie wierzyl wlasnym oczom. Prawo Murphiego dziala !!!!!!! gdyby DG mogl w
danej chwili cofnac sie do przeszlosci do dopadlby ojca Murphiego i sklonil do
zostania geyem.
Ale poniewaz nie mogl akurat wtedy przeniesc sie w czasie a GOSCIE na korytarzu
rozpijali kolejna kolejke (isnialo niebezpieczenstwo ze wypija caly alkohol zanim sie
pokaz zacznie), DG rozpaczliwie podlaczyl swojego laptopika i postanowil
przejechac cala impreze na recznym sterowaniu.
Jego przerazenie nie mialo granic. Modelki za plecami lataly jak popazone. Goscie za
drzwiami ledwo juz trzymali sie na nogach, gdy do mozgu DG dotarla informacja
podana mu przez interkom 15 minut wczesniej, ze oto przed drzwi zajechala limuzyna
i Pani Ambasador czeka w samochodzie.
SHIT,SHIT,SHIT – DG nawet nie zdazyl sie przebrac w jakis odpowiedni ciuch, wiec
podal tylko przez intercom aby Pania Ambasador przytrzymac , Gosci wpuszczac,
swiatlo przygasic i bojac sie nawet spojrzec za siebie aby skontrolowac co sie dzieje
w garderobie wykrzyknal : CISZA – ZACZYNAMY !
W przestrzen sali otulona polmrokiem poplynely pierwsze takty muzyki i Goscie (juz
w doskonalych humorach na widok krzeselek) usadawiali sie wokol wybiegu.
Pani Amasador zmeczona czekaniem przyjszla sama, za co DG postanowil byc JEJ
dozgonnie wdzieczny.
I wtedy stala sie rzecz straszna. Poniewaz polmrok byl zbyt polmroczny i DG nie
widzial swojego komputera a za jego plecami co chwila slychac bylo odglosy
wpadajacych na siebie modelek, poprosil cichutko do intercomu aby zapalono czesc
swiatel w „garderobie“ . Poprosil raz , poprosil drugi raz poprosil trzeci raz i okazalo
sie ze elektryk dyzurny wyszedl na papierosa !!!!!!!!! DG zmowil tylko za niego
paciez i poprosil Boga aby tamten cygara nie palil i rozpoczal pokaz w kompletnych
ciemnosciach.
No, nie byloby w tym nic strasznego gdyby nie fakt, ze slowo wstepu miala
powiedziec Pani Ambasador , a ona dosc ciemnej karnacji byla , w prostej linii od
ZULUSOW (chyba) …..
I tak jak muzyka dobiegala niewiadomo skad, tak i piekne slowa wypowiedziane
przepiekna angielszczyzna rozeszly sie po calej sali i nikt z Gosci nawet nie
zauwazyl, ze Pani Ambasador wstala i usiadla, ale na szczescie brawa bili……
I wtedy pokaz sie zaczal ….. cisza…. niesamowite jaka byla cisza…….. i zaczal padac
deszcz…
to SHINA VODJANI swoja kompozycja wprowadzila nas w nastroj rownikowej
ulewy po czym silny spot rozswietlil pierwsza modelke na wybiegu….. POSZLO….
Angelika przywitala swoim usmiechem wszystkich przybylych i cala machina na
pozwiazywanych na sznurki trybach ruczyla do przodu i juz bez zatrzymania dobiegla
do konca.

Podczas finalu pokazu , kiedy modelki wszystkie razem dziekowaly Gosciom i
schodzily z wybiegu tetno DG osiagnelo 250 uderzen/ minute a nad jego glowa unosil
sie oblok pary wodnej.
Gdy ostatnia modelka opuscila wybieg, DG wlaczyl muzyke, ktora miala juz do
konca imprezy towarzyszyc GOSCIOM i osunal sie bezwladnie na podloge.
„ Hmmm , jak cudownie ! – pomyslal – ‚“ nigdy k..wa WIECEJ“
„ no i co teraz ? wyjsc do Gosci by wypadalo…. a tu taka porazka, taka wtopa, taki
wstyd…. no i do tego jeszcze trzeba lyknac te zabe patrzac w oczy Pani Ambasador…
fuck, fuck,fuck…..!
wypil wiec dzielnie drinka, ktorego mu w miedzyczasie przyniesiono myslac ze
omdlal biedaczek, zebral sie w sobie i przygotowany na najgorsze ruszyl wraz
z projektantka do GOSCI.
Tu przerwe… nie bede pisal, chcialbym jakies zdjecie z imprezki po pokazie
zamiescic ale wszystkie zabrala artystka, wiec jesli dysponujecie chociaz jednym
zdjeciem , przeslijcie prosze …. zamieszcze.
Ku mojemu zdumieniu po pokazie, na ktorym bylo dosc sporo dziennikarzy,
projektantka dostala swietna krytyke, a artykul o niej i kolekcji pokazal sie jako
pierwszy w Gazecie Wyborczej przed artykulem z pokazu Brzozowskiego
z Paprockim.
Pieknie napisali.
Kolekcja tez byla wg opinii DG „handlowa“ i juz widzial oczami wyobrazni jak to
wykreowana przez niego projektantka wymieniana jest pomiedzy najwiekszymi tego
swiata GUCCI, YSL, Donna Karan …. ech
Przebudzenie nadeszlo juz dnia nastepnego po pokazie , kiedy to projektantka
oswiadczyla, ze nie zamierza sprzedawac zadnych z tych rzeczy, bo sa one dla niej
zbyt osobiste a poza tym ma juz w glowie cala mase innych projektow i pomyslow,
wiec wymyslanie przez DG masowej produkcji to jakas bzdura i to ja tylko zatrzyma
w rozwoju artystycznym.
Dg oblizal sie wiec tylko smakiem i z ciekawoscia przygladal sie dalej „rozwojowi
artystycznemu projektantki“.
Przystanek AFRYKA 04/02/2010
Po pokazie Artystka przegladajac kolejny udostepniony jej (przez Ambasade RPA) album ze zdjeciami, zobaczyla zdjecie kobiety z ludu Ndebele i zafascynowana jej spojrzeniem postanowila dotrzec do tej wlasnie konkretnej wioski w bushu i poznac jej historie.
Co za piekne marzenia !
Interesy Don Giovanniego szly coraz lepiej ale nie na tyle jeszcze dobrze aby finansowac tego typu eskapady , wiec dla swojego pomyslu Artystka potrzebowala innych sponsorow.
A ze projekt tego wyjazdu zrobila ogromny (bo miala jej towarzyszyc ekipa filmowa i mialy byc realizowane odcinki dla telewizji), Don Giovanni chcac nie chcac wyruszyl na poszukiwanie partnerow.
Po dziesiatkach spotkan, hektolitrach wypitej kawy i drinkow, w koncu znalazla sie korporacja gotowa sfinansowac projekt.
Radosc nie trwala jednak zbyt dlugo.
Na miesiac przed planowanym ruszeniem w droge, ktos na szczeblu miedzynarodowym korporacji dopatrzyl sie, ze ich polityka reklamowa zabrania skojarzen z Afryka i w sposob wg siebie bardzo delikatny i politycznie poprawny, wycofali sie z projektu.
Rozpacz Artystki nie miala granic.
Jej objawy to :
- morza wylanych lez,
- zlorzeczenia na caly swiat,
- obwinianie o wszystko Don Giovanniego
- brak przejmowania sie czymkolwiek (dom,rodzina)
- uzaleznienie totalne od internetu…
Bylo to zachowanie, ktore powoli wchodzilo w krew Artystce i stosowala go coraz czesciej w „walce o prawo do swojego“ z nic nierozumiejacym, tepym kapitalista Don Giovannim.
„Ptak Ciernistych Krzewow“
Spedzajac cale dnie i noce w internecie Artystka poznaje swojego „zbawiciela“ Mesjasza, ktory roztocza przed nia wizje poznawania Afryki jaka niedostepna jest przecietnym nudnym turystom.
Artystka nie jadla, nie zajmowala sie ani dzieckiem ani domem tylko planowala wyjazd do Mesjasza.
Pewnego pieknego dnia powiedziala Don Giovanniemu, „…ze to i dobrze ze poprzedni partner wycofal sie z projektu, bo dzieki temu poznalam misjonarza, ktory pokaze mi Afryke taka o jakiej marzylam…, … i ze on jak nikt inny rozumie MOJA sztuke i MOJE projektowanie i jade do niego natychmiast !!!! …“
Widzac na co sie zanosi, chcac chronic dom i rodzine DG tlumaczyl, ze artysta aby nie stoczyl sie do rynsztoka musi miec za soba rodzine ktora go wspiera ,
ale zeby ta rodzine utrzymac artysta musi dac tej drugiej osobie poczucie bezpieczenstwa w zwiazku, bo inaczej nie wytrzymaja tej proby.
Prosil, blagal wsciekal sie , wszystko na nic…
… bo wg Artystki – „… to sa jakies bzdety o jakich on mowi i jesli ma jakis problem to musi sobie z tym sam poradzic bo ona nie zamierza tracic na to czasu
- bo przeciez jej wartosci , jej sztuka sa ponad zwykle problemy zwyklych smiertelnikow!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!…“
Jednym slowem gdy Artystka cos postanowi to tak ma byc i juz !
Na przeszkodzie do wyjazdu nie stanely tez ani ich mala czteroletnia corka ani brak pieniedzy na wyjazd.
Artystka pozyczyla pieniadze na wyjazd od przyjaciolki i poleciala …. na spotkanie Mesjasza.
Jak sie pozniej okazalo Artystka i Mesjasz zakochali sie w sobie juz przez internet i w w wymienianych miedzy soba emailach i smsach zapewniali sie goraco o swoim uczuciu.
Niestety ochrona prywatnej korespondencji uniemozliwia mi opublikowanie posiadanych dowodow w postaci emaili i smsow, ale pracuje nad tym ….
Don Giovanni natomiast, zamiast splacac dlugi i zalegle podatki musial zwrocic pieniadze sponsorce Artystki.
Pierwszy krok “Artystki” na Czarnym Ladzie – Bulawayo (Zimbabwe) 03/02/2010
Po wyladowaniu w Bulawayo , Artystka przysyla smsy pelne zachwytow nad urokiem Afryki i ludzi tam mieszkajacych a po krotkim czasie wyrusza razem z Mesjaszem w droge do RPA- do wioski ludu Ndebele (tej ze zdjecia w albumie).
gdzie Mesjaszowi dane bylo dotknac branzy mody …. doslownie
ciekaw jestem tych argumentow…..
hmmmmm, chyba jednak ona to ubrala ……
Tak wiec podroz oczywiscie udalala sie znakomicie i po powrocie do Buyo (skrot od Bulawayo), Misjonarz wraz ze swoja zblakana owieczka wyruszaja razem natychmiast nad wodospady Wiktorii.
Sielanka tak otumanila Artystke, ze przyslala smsa do DG :
…. tu jest cudownie ! sprzedawaj wszystko ! przeprowadzamy sie !…
To stwierdzenie „sprzedawaj wszystko“ dotyczylo ich domu i oczywiscie bylo poboznym zyczeniem Artystki, bo dom zostal wystawiony na licytacje i w oststniej (doslownie) chwili DG uniemozliwil jego sprzedaz przez komornika co nie oznaczalo jeszcze uwolnienie go na dobre z rak wierzycieli.
DG odpisal wiec „radosnie“ zeby bawila sie dobrze, ze on sobie jakos radzi i ze jest to nawet jakies wyjscie w ich beznadziejnej sytuacji finansowej skoro zycie w Zimbabwe jest taaaaakie tanie no i taaaaaaaaakie interesujace !
DG zgodzil sie wiec na poszukiwanie domu do wynajecia w Bulawayo i przeprowadzke do Afryki, wiec Artystka dzielnie zabrala sie za organizowanie zycia na Czarnym Ladzie.
Jak sie okazalo za kilka tygodni po jej powrocie, organizowala SOBIE zycie.
Jej powrot z Zimbabwe byl osobliwy.
Wrocila ale tylko cialem i nawet to cialo wyrywalo sie z powrotem od pierwszej chwili z powrotem do ………….. „nowego“ .
Witajac Artystke na lotnisku DG odniosl wrazenie ze obca kobiete spotkal, wiec na awanture nie trzeba bylo dlugo czekac …..
no i na dalszy ciag …..

od tej chwili nasza rodzina powiekszyla sie o Mesjasza , ktory byl na sniadanie , obiad i kolacje ….
i w kazdej sekundzie po powrocie Artyski az do jej kolejnego wyjazdu do Zimbabwe.
Drugiego dnia po powrocie, nie mogac zniesc nadasania Artystki , DG poprosil o rozmowe.
Odbyla sie ona w kawiarence na Zoliborzu (bo w domu Artystka nie czula sie pewnie) i trwala prawie 3 godziny !
I wtedy to DG uslyszal jakich to cudow doswiadczyla Artystka w Afryce. Jaka to potega w nia wstapila pod wplywem Wodospadow Wiktorii !!!! jak dotarlo do niej jej przeznaczenie !
Wlasnie tam !
Tam poczula swoj poczatek ! tam „narodzila“ sie w niej Artystka NAPRAWDE !!!!…
…I ze wodospad wlal w nia swa ogromna magiczna moc !!!…
Uslyszal wtedy jedna z najbardziej dramatycznych w swym banale historii
o odnalezieniu samej siebie (potem okazalo sie ze artyskta jednak
wlasciwie to sie jeszcze nie odnalazla i szuka siebie samej nadal) i ze to
swoje powolanie do poszukiwania samej siebie wlalo sie w nia pod
wplywem potegi Wodospadow Wiktorii i ze zrozumiala,
ze jako zona i matka to ona juz sie zrealizowala w zyciu i ze nic jej nie
powstrzyma przed poszukiwaniem swojej „drogi“, przed odnaleziem samej
siebie i ze teraz to ona rozumie artystow, ktorzy aby tworzyc potrzebuja
samotnosci i ze DG tego nigdy nie zrozumie bo jest tepym kapitalista
skupionym tylko na zarabianiu kasy, ograniczajacym jej wolnosc i
zabijajacym jej uczucia brakiem zrozumienia dla sztuki i artystow
(zwlaszcza) i ale ze ona sie nie podda i ze wraca do Zimbabwe bo tam
czuje sie jak w domu i zada aby poszukal sobie innej kobiety a ich zwiazek
zeby skonczyli wlasnie teraz !…ze wyjedzie do Afryki z corka , zalatwi jej
tam szkole i beda tam zyly , bo tam jest MIEJSCE NARODZIN ARTYSTKI
!!!!!! Jej narodzin !!!!! koniec!
Wou !
ale sie DG nasluchal !
I poczul sie taaaaaki malutki wobec tego bezmiaru artystycznej
przestrzeni i wolnosci, wobec braku moznosci dotykania taaaaaaaaaak
wielkich rzeczy bo przeciez DG byl tylko tepym kapitalista.
Nic tylko babie odwalilo na calego !
Coz, jesli ktos nie musi sie martwic o chleb i zarabianie na utrzymanie bo
ma sponsora, ktory kocha wspolne dziecko to moze opowiadac takie
dyrdymaly wiedzac ze z glodu nie umrze i spokojnie moze udawac
wielkiego nierozumianego artyste.
Po paleniu zimbabwanskiej trawki zamiast kadzidelek i popijaniu arfykanskim Smirnoffem zamiast winem mszalnym niejeden mialby taki odjazd.
No i do tego jeszcze to towarzystwo. Inny swiat !
DG majac w pamieci „wyczyny“ Artystki przed jej wyjazdem do Afryki, czujac jak mu sie „rodzina rozjezdza w palcach“ zaczal tlumaczyc, ze nie ma co tak powaznie tego wszystkiego traktowac,ze jak troche pooddycha „swiezym powietrzem“ Warszawy to wroci na tory.
Nie na wiele to sie jednak zdalo wiec jedyne co mu pozostalo to przytaknac, ze pomimo wszystko on rozumie co ona przezyla i ze bedzie ja wspieral w jej drodze i jesli chce zabrac ze soba dziecko to bedzie nawet niezla przygoda i ze to wszystko bedzie finansowal bo trudno zeby corka jego na misji mieszkala.
OT DURNY ROGACZ !!!!!!!!!!!!!!!!
Slyszac to wszystko Artystka uszczesliwiona napisala zaraz kolejnego smsa do Mesjasza z „dobra nowina“ …
…no i sie zaczelo.
Dom w Bulawayo znalazl sie w miare szybko.
Milutkie afrykanskie gniazdko
A wlasciwie znalazl go mesjasz dla NICH i z rozbudzonymi nadziejami na wspolna przyszlosc z Artystka, blagal ja w emailach aby juz przyleciala z powrotem …. MAMY JUZ DOM !!!!!! …
Niestety bez basenu , co zaraz zostalo wytkniete Artystce przez ludzi, ktorzy wlasnie wrocili do Polski po dluzszym tam pobycie.
No bo jak ze to tak ?! Bialy ma miec dom w Afryce bez basenu ???? !!!!
Wstyd i hanba ! Pozniej to zrozumialem J
Ale czego sie nie robi na nowej drodze zycia, trudno niech bedzie bez basenu … na poczatek.
I tak majac juz wlasciwie swoje miejsce w Bulawayo Artystka przygotowywala wyjazd na stale.
W miedzy czasie jeszcze zorganizowala pokaz mody w Hotelu Mariott na zaproszenie Pani Ambasador RPA w Polsce.
“Artystka” na skrzydlach wolnosci… 03/02/2010

Artystka radosna sukcesem rozpostarla skrzydla wolnosci ktore zaniosly ja wprost do Bulawayo i pozwolily bezpiecznie wyladowac na nowej drodze zycia.
Nowy kontynent, nowy kraj, nowy dom, nowy „przyjaciel“ w nowym domu…. wszystko nowe !!!!!!!!
No i ta WOLNOSC !!!!!!!!!!!!
Po latach ciemiezenia przez DG, ktory zmuszal ja „sila“ do zajmowania sie domem i dzieckiem a wczesniej „nakazywal“ pracowac we wspolnej firmie, potem zmuszal do przestrzegania zasad moralnych w show businessie– odetchnela piersia pelna !!!!!!!!!!!
NARESZCIE – nigdy wiecej DG ! no pomijajac kase oczywiscie…….
Ale teraz Artystka bedziewreszcie Pania Siebie ! i niedlugo pokaze calemu swiatu ……!!!!!!!!!
Zabrala sie wiec ochoczo do zasiedlania Zimbabwe swoja osoba i wspolnie z Mesjaszem w ciagu 2 lat stali sie jego „niepodzielnymi wladcami“ .
To oni dyktowali znajomym i znajomym znajomym czy moga poleciec do Zimbabwe, czy tez nie…
To bylo ICH ZIMBABWE … i tu musze przyznac z wyrazami watpliwego juz szacunku dla Artystki, ze zaczela wladac dotychczasowym wladca Zim czyli Mesjaszem praktycznie od pierwszej chwili w czym ten sie nawet nie dokonca orientowal….
…a gdy sie zorientowal to Artystka zdetronizowala go i pobila nawet na jego rodzimym gruncie czyli w Trojmiescie
(ale jak do tego doszlo , bedzie w dalszej czesci story)
Poki co idylla trwala i kochankowie ‚fruwali codziennie“ pod niebieskim niebem Bulawayo , znoszac do pustego domu sprzety niezbedne do egzystencji wartej Artystow Prawdziwych.
Az w koncu nadszedl czas aby DG polecial z coreczka do srodka Afryki. Na spotkanie przygody i nieznanego. Ola (coreczka) cieszyla sie bardzo.
Ola jest bardzo radosna dziewczynka (w Tatusia ), bardzo otwarta na swiat i ludzi od pierwszej chwili zjednujaca sobie przyjaciol.
No i uwielbia latac samolotem.
Tak wiec prawie 24 godzinna podroz trzema samolotami z Warszawy przez Zurich, johannesburg do Bulawayo , zniosla wysmienicie.
W dniu 28 czerwca 2004 blade stopy DG i jego corki dotknely po raz pierwszy Czarnego Ladu na lotnisku w Johannesburgu (Sud Africa lub RPA jak kto woli).
Pomimo wczesnej pory (samolot wyladowal o 6 rano) po wyjsciu na plyte lotniska odczuwalo sie tu fajne ciepelko .
Nie zeby upal – w koncu tam to byl wtedy srodek zimy – ale bardzo przyjemne cieplo i suche powietrze, no i te zapachy !!!!!
Pierwsze wrazenie pozytywne. Lotnisko w Johannesburgu tez okazalo sie piekne.
W odroznieniu od europejskich szaro szklano zoltych kostek rubika , dokola masa kolorow nadajacych temu miejscu radosny i spontaniczny klimat.
“Nie jest najgorzej… na razie” – pomyslal DG i zajal sie ogladaniem szklanych paciorkow z podpisem “diamenty”,
podczas gdy jego coreczka nurkowala w sklepach z rzezbami i ksiazkami afrykanskimi.

Teraz ostatni lot : z Johannesburga do Bulawayo. Tego DG obawial sie najbardziej. Jadac autobusem po plycie lotniska na stanowisko postoju samolotu do Buyo, DG mija coraz starsze i bardziej zdezelowane maszyny.
Juz skonczyly sie odrzutowce i zaczely samoloty napedzane “wiatrakiem” ( DG zaczyna miec coraz czarniejsze mysli- za chwile zaczna sie pewnie dwuplatowce …) gdy nagle kierowca autobusu radosnie zawraca i z fantazja podjezdza od drugiej strony samolotu, ktory duzo wczesniej mijali.
Uff ! pewnie sie zagapil ? wszystkie samoloty przeciez takie podobne do siebie
Samolocik byl malutki ale na szczescie odrzutowy wiec DG poprawil sie humor pomimo widoku pilota, ktory niezbyt przychylnie patrzyl na pasazerow (moze mial kare/kaca ?- niepotrzebne skteslic ) z przyciasnej kabiny.
Wielkosc samolotu oraz nastroj pilota zrobily swoje. Lot byl koszmarny.
Jak sie okazalo pozniej (a DG latal na tym odcinku jeszcze kilkanascie razy) to trasa Johannesburg – Bulawayo jest to odcinek karny dla pilotow, bo jak inaczej nazwac latanie od sasa do lasa i rzucanie samolotem udajac turbulencje nie mowiac o ladowaniach, do ktorych piloci zawsze podchodzili jakby parkowali auto pod supermaketem.
Zreszta „terminal“ w Bulawayo tak wyglada. Hangar z pordzewialej blachy robi za lotnisko miedzynarodowe w drugim co do wielkosci ( 1 mln mieszkancow) miescie Zimbabwe.
Kraju , ktory 25 lat temu byl najbogatszym krajem na swiecie !!!!!!!!!!!!!!!!!
No pieknie ! – Pomyslal DG , Zaczelo sie… prawdziwa Afryka wita nas….
Z okien kolujacego samolotu widac bylo wyraznie marny
barak lotniska i niewielkie drzwi prowadzace do jego
wnetrza. Pomimo niewielkiej odlegosci w jakiej zaparkowal
samolot od tego wejscia, pasazerowie musieli poczekac na
autobus, ktory mal ich przewiesc na odleglosc doslownie
100m.
“Boze…” – pomyslal DG – “czy to sie nigdy nie skonczy?”
autobus, samolot….autobs,autobus, samolot… autobus,
autobus i znowu samolot i na zakonczenie gdy juz tak
blisko jest celu znowu cholerny autobus, po to chyba tylko
aby na odleglosci 100m pochwalic sie ze maja klmatyzacje
i ze DZIALA , bo to w tym kraju rzadko idzie w parze.
ZAMACH na lotnisku w Bulawayo
Potem ktos mi powiedzial, ze takie przepisy sa teraz i ze
to forma naturalnej selekcji, bo zdarzaja sie chetni do
zamachow na obecnego (od 25 lat) prezydenta – kolege
Mugabego i ze ostatnio nawet przylecialo kilku takich z
USA , ale im nie podstawili autobusu tylko “zdjeli”
bezposrednio z plyty lotniska, zapakowali w drewniane
garsonki i odeslali z powrotem.
Trzeba powiedziec, ze zaimponowali mi swoim trzezwym
podejsciem do sprawy. Zamiast niszczyc poszycie
autobusu lub nie daj boze samolotu (ktory nalezal do RPA i
Mbeki moglby sie wkurzyc) ,unikajac rozlewu krwi na
tapicerke (odwieczny problem w filmach Tarantino)
Pozwolili zamachowcom wyjsc na plyte lotniska i gdy Ci
naiwnie czekali na bagaze zalatwili ich na goracym betonie.
W takim upale krew wysycha zanim jakas mucha ja
zwietrzy wiec od razu zasuszeni byli gotowi do drogi
powrotnej.
Przy takiej sile argumentow lepiej bylo wsiasc do tego
autobusu niz “czekac na bagaze”.
DG wraz z Coreczka pokonali wiec droge w dol po
schodkach z samolotu i pod gorke po schodkach w
autobusie. Gdy juz wszyscy pasazerowie byli w srodku
czarny kierowca z radoscia na twarzy (wrescie mogl sobie
pojezdzic – na tym lotisku laduje i startuje jeden samolot
dziennie) wcisnal klime do dechy razem z pedalem gazu.
Gdy pasazerowie zajeci byli powrotem do stanu
rownowagi, kierowca depnal obiema (chyba) nogami na
hamulec i glowy wszystkich wrocily na miejsce a
niektorym nawet bardziej ……
A mowia ze tu taaaaaaaaaaaaki kryzys, ze nie ma paliwa !!!
a ten gosc zuzyl go na odcinku 100m tyle co niektorzy
przez miesiac (i to nie w kosiarce).
Ale zebyscie widzieli jaki ten czlowiek byl szczesiwy !!!!!!!!
- i to bylo najwazniejsze.
Drzwi autobusu otworzyly sie wpuszczajc cudownie cieple
i pachnace powietrze do srodka.
Teraz czekal nas przed ostatni etap podrozy.
Zakup wizy i odprawa celna.
Miejsce do tego przeznaczone na tym lotnisku zajmuje
powierzchnie ok 200 m2.
Fajnie, zwiezle nie trzeba sie nalatac za daleko.
Czarny urzednik w szarym mundurze (nawet ciekawe
zestwienie kolorystyczne) wzial paszporty DG i coreczki i
zapytal o cel podrozy.
- Nooo…..wakacje oczywiscie !- odparl DG
- Bedziesz polowal? – kontynuowal celnik
- Raczej moga na mnie zapolowac – usmiecnal sie DG i
podrapal w okolicach “wysokiego” czola
Celnik nie zrozumial jednak tego dowcipu (oni tutaj inaczej
rozwiazuja problem niewiernosci zon – ale o tym pozniej ) i
wskazal dziure w scianie gdzie DG mogl nabyc wize
wjazdowa droga kupna.
Z owego “okienka” wychyli sie kolejny rozesmiany czarny i
poprosil o paszporty. Zapytal jaka DG zyczy sobie wize i
za dwukrotnego wjazdu wystawil rachunek na 35
dolarow i to amerykanskich (na szczescie dzieci nie
potrzebuja wizy).
DG podal banknot 50 dolarowy i zaczela sie jazda !
Z bezczelnym usmiechem dziecka ktore wlasnie zjadlo cala
czekolade celnik oswiadczyl ze nie ma wydac reszty.
Jego glos osiagnal przy tym intonacje dzieki ktorej DG
zorientowal sie ze ten czarny gosc ma na utrzymaniu
siedmioro dzieci, rodzicow, tesciowa , 2 zony , koze, kota
i psa i ten “tip” po prostu mu sie nalezy.
Glosem pelnym wspolczucia i glebokiego zrozumienia DG
odpowiedzial, ze ma duzo czasu i poczeka az ten gdzies
skoczy i rozmieni kase.
Czarnemu celnikowi nawet na jote nie drgnela powieka i z
tym samym usmiechem (od ucha do ucha bo gdyby nie
uszy to na okolo) zapytal uprzejmie czy moze wydac
reszte w twardej walucie czyli dolarach ale zimbabwanskich.

NO TYPOWA KOMUNA !!!
WITAJ W PRL – u !!!
Dolar zimbabwanski jak przystalo na walute republiki
bananowej (jak niegdys PRL) ma dwie wartosci i kazda z
nich jest wazna.
Wiza do “lepszego” swiata 03/02/2010
DG nie kryjac juz zdenerwowania ale z usmiechem warknal
stanowczo – “ Give me the change…”
“… I nie pier…..ol” – dodal pod nosem po polsku ale wcale
nie po cichu.
Urzednik chyba zrozumial najlepiej drugie zdanie bo w
magiczny sposob znalaza sie reszta I to w “zielonych
prawdziwych” .
“ nasi juz tu byli…” – pomyslal DG I popatrzyl na pierwsza
w zyciu wize zimbabwanska.

Jak widac na powyzszym skanie piekna jest. Dostojna.
Robi wrazenie bogactwem w odroznieniu np od
amerykanskiej.
Zmeczony “walka z komuna” DG przeciagnal bagaze po
podlodze do stanowiska “suvenirow”, czyli tam gdzie
celnicy wypytujac o przewozone prezenty staraja sie
wygrzebac cos dla siebie.
Po raz kolejny paszport DG powedrowal w czarne rece.
- where are you from – usmiechnal sie celnik
- from Poland – odparl DG
- Holland ? – dopytywal celnik
- POLAND ! Papa polako, wodka , white grizzli… kapisci ?
- aaaa poland ! Walesa ! – wykazal sie znajomoscia czarny
czlowiek
- no walesa no, its mistake, forgett it, he is from Gdansk
mins germany… kontynuowal nauke historii i geografii DG.
Na twarzy celnika nie widac bylo ani sladu zrozumienia ani
najmniejszego chociazby wspolczucia dla naszego
polskiego narodu ciemiezonego wlasna glupota, wiec
zrezygnowany DG podsunal walizki i torby do
“przeswietlenia”.
Rece celnika szybciej niz jakikolwiek rentgen wykryly
alcohol I wyciagnely go triumfalnie na swiatlo dzienne,
a na czarnej twarzy zagoscil usmiech na widok “Jack’a”

- jakies prezenty ? – spytal naiwnie celnik,
przyzwyczajajac sie do ksztaltow butelki
- jakie prezenty ? odparl DG – ja tu nikogo nie znam ….
- No to dla kogo tyle whisky ? – nie ustepowal urzednik
No I na co to cale tlumaczenie ? – pomyslal DG -
poza tym skad to zdziwienie o glupie 10 butelek ?
DG zadeklarowal przecez wyraznie ze jest z Polski I ze w
Zimbabwe bedzie cale 2 tygodnie!
Bez uzycia kalkulatora wynikalo z tego, ze juz w polowie
pobytu nie bedzie co pic :( ale wiecej nie mogl zabrac ze
soba bo Corka zdecydowanie odmowila wspolpracy w
temacie.
Miala juz 5 lat (prawie) I moglaby “troche” pomoc.
Ale to jedynaczka
.
Celnik widzac jak DG walecznie broni whisky, jakby to
miala byc jego ostatnia wypita na tej ziemi dal w koncu za
wygrana I przepuscil ich do wyjscia.
Duze drzwi z dykty otworzyly sie na “zimbabwanski swiat”
i oczom DG I coreczki ukazal sie …………komitet powitalny.
Artystka i Mesjasz …
„Piekna para, pasuja do siebie…“ – pomyslal DG w pierwszej chwili.
I ten nieznosny ciezar powietrza, ktory sie zrobil wokol calego towarzystwa na powitanie.
Artystce widac bylo ze jast jakos glupio przywitac sie z DG bardziej czule niz tylko jak z ojcem lub bratem wiec skupila sie sciskaniu coreczki (choc nigdy wylewna nie byla) w obawie przed powitaniem pomiedzy DG i Mesjaszem.
Zupelnie niepotrzebnie, bo DG doskonale rozumial i odegral swoja role za co w nagrode otrzymal od Mesjasza ” lizaka” a nawet dwa tzn dwie „laski wodza“ czyli rzezbione z drewna laski jakimi dla dodania sobie powagi podpiera sie starszyzna plemienna w Afryce.
Dlaczego dwie ? i o jakie tu “laski” wlaciwie chodzi ? – pomyslal DG i od razu przyszlo mu na mysl skojarzenie z Grunwaldem, wiec tak tez podziekowal Misjonarzowi mowiac, ze :
„lasek“ ci u mnie dostatek ale i te dwie przyjme na znak zwyciestwa….
Ubawiony wlasnym dowcipem i wkur….ony cala sytuacja oddalil sie natychmiast w kierunku lotniskowego baru aby nie prowokowac dalszej eskalacji „milosci Polakow na obczyznie…“.
W barze wypil najdrozsze piwo na swiecie (gdyby tak po kursie oficjalnym przeliczyc dolara zimbabwanskiego na amerykanskiego – o ekonomii tego kraju bedzie troche pozniej) po czym udal sie na parking przed lotniskiem i wsiadl do srodka lokomocji przypominajacego stara mazde 323.
Swym niezwykle wnikliwym umyslem od razu dostrzegl, ze ktos zakosil mu kierownice i oddal pasazerowi po prawej stronie.
“no … ciekawa to bedzie jazda” – pomyslal i zmeczonymi z niewyspania oczami zaczal sie rozgladac w terenie.
Nie wygladalo to zachwycajaco. Zupelnie inaczej niz w telewizorze , cholera!
Kolory szaro- bure, zero zieleni, dookola wyschniete krzaczory o roznej wysokosci wyrastajace z suchej brunatno-czerwonej ziemi.
Przynajmniej asfalt w miare porzadny…. No nie ma co narzekac , naprawde…… w Warszawie takiego nie ma, niestety- westchnal DG saczac piwo, ktorym “milosiernie” poczestowal go mesjasz.
I tak juz pol godziny przemierzali droge z lotniska w kierunku miasta.
Przy drodze mijali co jakis czas zabudowania. Murowane nawet. Dosyc duze posesje otoczone wysokimi murami zakonczonymi drutami kolczastymi pod pradem. Ponad nimi widac jedynie calkiem ladna gdzie nie gdzie dachowke i pioropusze pieknych palm. Swiadectwo minonego bogactwa tego kraju I jego mieszkancow.
Podobnie jak wspomniane wczesniej asfaltowe drogi.
Niestety … im blizej miasta tym gorzej. A samo miasto porazilo DG swoja staroscia , zaniedbaniem I brudem.

“…co za syf !!!!! … istny BADZIEWIELAD , MURZYNOWO !!!!“ – pomyslsl zasmucony DG – To jest niestety realna Afryka.
.
Pierwszy dom w Bulawayo/Zimbabwe
.
Domek okazal sie byc w dosyc spokojnej dzielnicy. Podjechawszy pod kuta z pretow brame misjonarz, ktory mial akurat we wladamiu kierownice zatrabil energicznie w przestrzen pomiedzy kaktusami i krzakami.
Po dluzszej chwili ….
nie nie, jeszcze troche dluzszej…. na sciezce pojawil sie czarny czlowiek , jak sie okazalo – ogrodnik – ktory w tempie nie rokujacym dotarcia w tym roku do bramy zaczal sie do niej zblizac.
“…przynajmniej nie bedzie mial problemu z wyhamowaniem przed brama…” – pomyslal DG i wysiadl z auta aby pokazac ze PAN przybyl.
Ogrodnik na widok DG nie przyspieszyl nawet o sekunde na kilometr za to wyszczerzyl sie w szerokim usmiechu i tak mu juz zostalo…
Koniec koncow jego podroz dobiegla konca i osiagnal brame aby z duma otworzyc ja przed przybyszami. Nastepnie przywital sie dosyc cieplo z Artystka i Mesjaszem (zupelnie jakby tu juz wczesniej mieszkali J ) i z godnoscia wladcy zamknal ja na powrot.
Od bramy do domu prowadzila wydeptana pomiedzy krzakami i kaktusami droga. Jakies 50m. Potem wylanial sie juz domek. Jak na zdjeciu powyzej. Sympatyczny, zbudowany z kamienia z dachem pokrytym trawa. Milo. Chlodno w srodku.
Dajac czas artystce na rozpakowanie rzeczy DG poprosil aby misjonarz zawiozl go do centrum miasta, bo chcialby do jakiejs kwiaciarni trafic.
Pojechali. Bez slowa pokonali dystans do city I podjechali pod ogromy magazyn.
Cholera ! to jest kwiaciarnia ? – z zachwytem spytal DG
Zanim dotarla do niego odpowiedz , on sam byl juz w srodku ogromnej halii niczym AUCHAN w Polsce. W srodku panowal polmrok i fajny chlodek.
Tuz przy wejsciu za malenka odrapana stara lada siedzialo czterech czarnych leniwie rozgladajac sie po zupelnie ale to zupelnie……. ale to ku…rwa zupelnie pustej wybetonowanej przestrzeni. Widok DG zupelnie ich nie zaskoczyl, wrecz przeciwnie. Wygladali jakby mieli nadzieje, ze on cos dostrzeze w tej pustce, co oni zaraz mu sprzedadza. DG jednakze nie bedac w tamtej chwili zaintersowany kupowaniem swiezo zerwanego z podlogi betonu, podziekowal ladnie i zawrocil do samochodu. Tam przeprosil misjonarza za nieprecyzyjne zwroty i poprosil aby ten podrzucil go gdzies gdzie mozna kwiaty kupic , obojetnie gdzie, moze byc nawet do ‘miesnego”.
Ku zaskoczeniu DG, handel kwiatami odbywal sie jednak na jednej z glownych ulic Bulawayo
.
W cieniu przeogromnych drzew na prawdziwym chodniku siedzialy grzecznie w rzadeczku czarne kobiety zasloniete przed oczami przechodniow przez stojace w naczyniach bukiety kwiatow. To byl festiwal kwiatow ! karnawal ! istna uczta dla oczu !
Zadowolony DG wysiadl z auta I zanim doszedl do pierwszej kobiety zostal otoczony przez czarnych agitujacych w dosyc agresywny sposob. Usmiechnal sie wiec przyjaznie i zaczal mowic do nich w swoim ojczystym jezyku. Konsternacja trwala jednak zbyt krotko. Gdy czarni zorientowali sie ze maja do czynienia z totalnym turysta (frajerem) polaczyli swoje wysilki, wybrali kierownika i ten rozpoczal negocjacje.
Kwiaty byly naprawde piekne. Coz za wspanialy bukiet moglby z nich byc!
Odporny na gadanie czarnych, udajac ze ich niewiele rozumie, DG idac wzdloz rzedu “straganow” wybieral co piekniejsze okazy i na koniec kazal z nich zrobic wiazanke. Jak juz byla gotowa co trwalo ok 10 min, w czasie ktorych DG probowal nauczyc chociaz kilku podstawowych slow po polsku swoich nowych czarnych braci , kierownik grupy wykrztusil wreszcie z siebie cene…………
Trzeba powiedziec ze bukiet byl wspanialy I cholernie ciezki I DG patrzyl na niego z ogromnym podziwem. Pierwszy zachwyt w tym kraju. Po chwili jak przez mgle dotarla do niego cena……………
Rozbawionym wzrokiem popatrzyl na otaczajacych go czarnych braci. W ich oczach dostrzegl naiwna nadzieje, ze oto jednym dealem zarobia na caly rok.
No coz, business po afrykansku J. Westchnal wiec gleboko I rozpoczal ‘prace u podstaw” w zakresie edukacji ekonomicznej czarnej spolecznosci, ktora w miedzyczasie zebrala sie wokol. Aby nie popelnic bledow merytorycznych oraz nie chcac byc zle zrozumianym na wszelki wypadek mowil do nich po polsku.
Widzac jednak, ze nie pojmuja kompletnie podstaw ekonomii a na ich twarzach oczekiwanie powoli zamienia sie w zniecierpliwienie DG stanowczym glosem uzywajac lamanego jezyka angielskiego odpowiedzial, ze za 200 $ to na ulicy w Paryzu ma bukiet wraz z kwiaciarka.
I to byl kolosalny blad w negocjacjach!!!!
DG dal sie zlapac jak male dziecko.
Czarni bracia jeden przez drugiego zaczeli krzyczec napierajac coraz mocniej na DG,szarpiac za ubranie I ciagnac kazdy w swoja strone. Teraz kazdy z nich byl gotow dorzucic swoja kobiete do tego bukietu byleby tylko DG wybral jego zone. Widzac ze to nie przelewki DG zdecydowanie postanowil zbijac cene.
Oddal wiec bukiet pierwszemu z brzegu czarnemu , oswiadczajac ze jest gejem i dlatego nie kupuje kwiatow w Paryzu tylko Bylawayo. W wyniku tej argumentacji cena spadla do 100$ a bukiet znalazl sie ponownie w rekach DG. Mimo wszystko niezadowolony z ceny DG wcisnal bukiet najblizej stojacemu zwracajac uwage ze ma zbyt duzo fioletowych kwiatow ktore nie sa teraz trendi.
Nie czekajac na ponowna oferte, przebil sie przez spory tlumek, ktory ciagle sie powiekszal i po odsunieciu czarnego zajetego demontowaniem klamki w mazdzie misjonarza wskoczyl do srodka.
“…czy mozemy juz jechac ?” spytal uprzejmie misjonarza
“…a co z kwiatami ?” zainteresowal sie misjonarz
“…drozsze niz w Londynie, wiec jedzmy” odparl DG I z przerazeniem zobaczyl wrogo nastawiony tlumek czarnych braciszkow otaczajacych samochod.
Wspomniany juz wyzej czarny kierownik dzierzyl w jednej rece bukiet a druga reka trzymal DG za koszule przez otwarta szybe wykrzykujac coraz to nizsze propozycje cenowe.
“…chyba jednak bede musial je kupic “ stropil sie DG i zaproponowal 20$
oferta zostala przyjeta i ostatecznie udalo sie odjechac bez wiekszych perturbacji.
Patrzac na trzymany przed soba bukiet, DG popadl w zadume, mocno niezadowolony z efektu swoich negocjacji. W koncu zaplacil przeciez rownowartosc dwoch pensji miesiecznych jakie zarabia sie srednio w Zimbabwe.
ZIMBABWE MY DREAM 03/02/2010
ZIMBABWE MY DREAM
YOU CAN DRINK AND DRIVE
“Coz , nauka kosztuje. Nastepnym razem bedzie lepiej “ – pocieszal sam siebie wypijajac w samochodzie kolejne piwo. Oprocz kwiatow ta rzecz spodobala mu sie najbardziej.
Zimbabwe to najcudowniejszy kraj na ziemii dla Polakow I Rosjan. Jest to kraj w ktorym mozna pic i jezdzic. Bo cos pic w takim klimacie przeciez trzeba caly czas. A ze woda drozsza od piwa , wiec piwko sie popija przy kazdej okazji a czesciej popija sie bez okazji. Wogole to najlepsze miejsce na swiecie do picia piwa, DG odkryl wlasnie w Zimbabwe. Tym miejscem jest oczywiscie miejsce w jadacym samochodzie i to koniecznie za kierownica.
Po latach obserwacji, jak to w rodzimym kraju politycy walcza z bogu ducha winnymi kierowcami jezdzacymi po kielichu ( pomimo druzgocacej przeciez statystyki wskazujacej, ze to trzezwi powoduja wiecej wypadkow) DG z uwielbieniem zaczal oddawac sie temu “procederowi”. Szybko doszedl tez do wnioskow, ktore nie sa zbyt korzystne dla rasy bialej nie wykluczajac w tym Polakow oczywiscie.
Po pierwsze………. i po drugie.
Ludzie czarni (bron boze nie myslic z okresleniem “ciemni”) maja wyjatkowy szacunek dla samochodu i ogromny respect przed wszystkim co sie po drodze porusza i wyglada na metalowe. Czarny czlowiek przemieszczajacy sie pieszo (w naszej nomenklaturze tzw ‘pieszy”) na widok nadjezdzajacego auta, blyskawicznie (jest to cecha niedostepna Polakom) ocenia swoje szanse w potencjalnym zderzeniu i czym predzej ustepuje z drogi.
Sprawa ma sie podobnie z … jak to my nazywamy “przechodniami”. Kazdy kto ma bardziej opalona skore, zanim przejdzie przez jezdnie nawet jesli ma zielone swiatlo, upewni sie najpierw ze nadjezdzajace auta zatrzymaja sie napewno bo przeciez nikt mu nie zagwarantuje, ze zadzialaja hamulce w zblizajacym sie aucie lub ze pomimo porannej godziny , kierowca nie spi pijany za kierownica.
Tak zdrowe podejscie do tematu ruchu drogowego, powoduje ze wiecej czarnych ginie od hipopotamow (pewnie dlatego ze nie sa metalowe) niz samochodow prowadzonych przez pijanych kierowcow (trzezwi w tym rejonie swiata nie wystepuja).
“… ach, zeby tak to zaimportowac do Polski…” westchnal DG (nie zeby hipopotamy tylko SZACUNEK DLA PORUSZAJACEJ SIE METALOWEJ MASY !!!!)
Po powrocie z „kwiaciarni“, misjonarz wysadzil DG pod brama
i z mina obrazonego kochanka, czym predzej pognal na misje.
A moze tylko oltarz mu sie palil ???
DG z ogromnym bukietem ogromnie przeplaconych kwiatow
wkroczyl do domu I wreczyl je artystce ze slowami : „… na
nowej drodze zycia ….“
Ta , zachwycona udawanym podziwem podziekowala w 2
slowach i w zamian zaproponowala piwo.
„Hmm ale mi business….“ – pomyslal DG, ale piwo przyjal bo
w koncu lepsze to niz nic.
Artystka nie zaproponowala nic wiecej, gdyz ogarnela ja
wscieklosc wielka , ze Misjonarz stchorzyl I pozostawil ja
sam na sam z wrednym DG w tak malej przestrzeni.
Domek wewnatrz byl malutki, ale swiezo zbudowany i bardzo sympatyczny.
Nic dziwnego, ze Artystce i Mesjaszowi bylo tutaj jak u Pana Mugabego za piecem.
Zona pomimo tego, ze nie widziala sie z DG prawie miesiac
czasu wcale nie zamierzala ukrywac swego niezadowolenia
z powodu nieobecnosci misjonarza.
Ten domek bez Maciusia byl taaaaaaaaaaki pusty taaaaaaaaaaki malutki.
Brak Maciusia w otoczeniu oznaczal dla niej stracony dzien.
Byla w stanie „ tworzyc rzeczy wielkie“ tylko wtedy gdy Malicki byl w zasiegu.
Przy nim rodzila sie na nowo i codziennie.
Dzien bez narodzin, byl dniem straconym bezpowrotnie.
Ani Coreczka ani DG nie byli w stanie tej straty wyrownac.
DG majac tego pelna swiadomosc, postanowil wykorzystac
chwilowy dlugi odstep pomiedzy kochankamii i pozabijac
Artystke przynajmniej kilka razy, tak dla odmiany, aby
mogla sie swobodniej odradzac.
Zaczal wiec standardowo mowic o rodzinie, wartosciach,
moralnosci itd. Jeszcze wtedy walczyl o rodzine.
Artystka zas standardowo odpowiadala ze to sa pierdoly,
ktore jej nie dotycza i podjela niestandardowo probe
zajecia sie dzieckiem.
Wygladalo to dosc sztucznie, ale Coreczka steskniona za
mama, z ktora nie miala kontaktu przez dlugi okres czasu
z entuzjazmem przyjmowala kazda aktywnosc skierowana w
jej strone.
- „przynajmniej tyle z tego dobrego, ciekawe jak to bedzie
kiedy zjawi sie misjonarz ? no ciekawe …“ – pomyslal DG
wypijajac kolejny lyk z piwa, po czym rozejrzal sie dookola
posesji.
Wygladalo na to, ze znalazl sie w miejscu wiecznej
szczesliwosci, gdzie nie ma nic do robienia.
Zupelnie nic.
„Wakacje FOREVER“ . – westchnal leniwie DG I zaczal
przygladac sie trzem czarnym, ktorzy mieli funkcje naprawy
ogrodzenia posesji.
Bylo ich trzech. W kazdym z nich plynela krew …… bo sie
poruszali.
Najwyrazniej jednak nie mieli jej zbyt duzo, lub byli swiezo
po transfuzji bo ich ruchy byly jakies takie mgliste, takie
nie konczace sie nigdy.
Ogrodzenie zas, jak przystalo na ogrodzenie posesji w
Rodezji mialo ok 3 m wysokosci, bylo murowane i
zwienczone drutem kolczastym pod napieciem.
Ten widok przywolal na mysl zycie bialych kolonizatorow
i tak wlasciwie zaczelo wygladac zycie Don Giovanniego w
Afryce. Nic ….. zupelnie nic do robienia.
Ale tego tez trzeba sie nauczyc.
Dlatego DG upewniwszy sie, ze Artystka nie stracila
zainteresowania wlasnym dzieckiem i ze jeszcze sie nie
pozabijaly, siegnal po drugie piwo, zajal strategiczna
pozycje w fotelu na tarasie, skad mogl obserwowac i
pobierac lekcje pracy „na czarno“.
Trzej czarni bracia zjawiali sie codziennie rano do pracy w
okolicy 8 godziny .
Prace zaczynali od heroicznego wysilku w celu rozpalenia
ogniska przy uzyciu darmowych patykow znalezionych w
ogrodzie.
Najpierw DG myslal, ze wtym ognisku beda wypalac cegly,
ale potem sobie przypomnial ze przeciez cegly kupil w
cegielni.
„Wiec moze beda kuc lopaty i lemiesze ?“ – dywagowal DG
i z uwaga przypatrywal sie murarzom.
Po pol godzinie kiedy juz sie rozgrzali sobie rece (boze ….
co bedzie w zimie !!!) i wg DG byli gotowi do roboty, oni
postanawiali zapalic jointa.
Caly czas przy tym mieli wetkniete sluchawki w uszy i czy
to z zimna od slonca czy goraca od ogniska podrygiwali
i kolysali sie na boki.
Te ruchy w niczym nie przypominaly ruchow jakie nalezy
wykonac aby wmurowac chociaz jedna cegle i stad tez po
dwoch dniach obserwacji, DG zauwazyl ze dziura w murze,
ktora w dniu jego przyjazdu miala 3 metry szerokosci i 2
wysokosci nie zmniejszyla sie ani na jote.
Po osmiu godzinach podrygiwania przy ognisku, popalania
trawy, trzej murarze (najwyrazniej wykonczeni praca) znikali
z ogrodu, rownie bezszelestnie jak sie w nim pojawiali rano.
O ile czas rozpoczecia „pracy“ zdecydowanie wachal im sie
od 8 do 10 rano, o tyle fajrant zawsze nastepowal niezwykle
punktualnie jakby byli podlaczeni swiatlowodem do
Greenich.
DG przygladal sie codziennie „postepowi prac“
z zainteresowaniem oczekujac konca tygodnia czyli dnia
wyplaty.
Sobota oczywiscie nadeszla (bo nadejsc musiala) i murarze
wyciagneli rece po kase.
DG popatrzyl na ich utrudzone praca rece, popatrzyl na
ognisko, popatrzyl na mur, w ktorym w ciagu tygodnia pracy
przybyly 3 cegly .
Z rozbawieniem przysluchiwal sie tlumaczeniu problemow
jakie to musieli pokonac murarze aby wmurowac srednio
po jednej cegle na glowe na tydzien.
Z ich relacji wynikalo, ze bardzo szanuja swoja prace
i zamierzaja ja kontynuowac jak najdluzej sie tylko da,
co oczywiscie DG powinien zrozumiec i zaczac podskakiwac
z radosci, ze trafil na tak pracowitych ludkow.
Co wiecej, ich ogromne zaangazowanie zasluguje ze
wszech miar na uznanie i dlatego oczekuja, ze zamiast
umowionych 10$ na lebka za tydzien pracy dostana p o 15$,
co obiecuja odpracowac w najblizszym nieokreslonym czasie.
KU SASA
Dla czlowieka w czarnym kolorze skory zamieszkujacego
tereny Zimbabwe i Sud Africa nie istnieje pojecie,
ze czegos nie da sie zrobic.
Nie maja takiego okreslenia w swoich jezykach a w jezyku
angielskim nie przechodzi im to przez czarne gardlo.
Kiedy wiec pytasz czarnego czy dana rzecz mozna zrobic,
nigdy nie odpowie ci przeczaco.
Nigdy nie odpowie , ze sie nie da.
Zawsze sie da. Jest to tylko kwestia czasu.
Na pytanie , KIEDY wiec da sie TO zrobic ?
Zawsze uslyszysz odpowiedz „ku sasa“.
Jest to zwrot z jezyka ndebele (zulu) i oznacza dokladnie
to o czym w danej chwili mysli odpowiadajacy na pytanie i
czego nie zamierza ci absolutnie ujawnic.
Tak wiec „ku sasa“ panuje wszedzie i jest jednym
z najbardziej popularnych sformulowan zarowno w zwrotach
oficjalnych (stosowanych przez urzednikow) jak i w
nieoficjalnych kontaktach towarzyskich.
Zupelnie jak „ maniana“ w Ameryce Lacinskiej.
„ku sasa“ tu „ku sasa“ tam gwarantuje ludziom
dlugowiecznosc, bo nie wypada umierac zanim nie
zrealizuje sie wszystkich obiecanych innym „ku sasa“.
.
DG postanowil popodskakiwac sobie z radosci ale
„ku sasa“ a w tamtej chwili poprzestal na rozplywaniu sie
nad filozofia pracy „na czarno“.
W konsekwencji tego rozplywania I w dowod uznania za
nadludzkie wysilki w utrzymanie stanowiska pracy, rozdal
czarnym przodownikom pracy po 2$ czym zagwarantowal
sobie ich obecnosc (nie mylic z praca) w nastepnym
tygodniu.
Jesli wyplacicie czarnemu cala naleznosc za tydzien pracy,
to macie jak w banku, ze dlugo go nie zobaczycie.
(Oczywiscie nie dotyczy to sluzby w domu).
Nalezy wiec wyplacac im dokladnie tyle, aby dozyli do
poniedzialku a wtedy honor i ambicja nie pozwola im
zrezygnowac z kontynuowania pracy u Was.
Tak wiec czarni murarze okazali sie byc ludzmi niezwykle
ambitnymi I niezwyklego honoru i po miesiacu pracy,
kiedy to Don Giovanniemu przyszlo opuszczac Bulawayo,
w ogrodzeniu nadal pozostawala wyrwa jakby przeleciala
przez nia slonica w ostatnim miesiacu ciazy.
Co prawda juz drugiego dnia obserwacji DG w przyplywie
energii chcial pokierowac pracami remontowymi,
ale Artystka zabronila mu kategorycznie zblizac sie do
robotnikow, zapewne w obawie, ze ci ostatni puciekaja
przez wyrwe murze a drugich takich pracowitych w calym
bushu nie znajdzie.
Na takie argumenty DG opadl tylko bezwladnie na fotel,
otworzyl kolejne piwo i zamyslil sie nad zwyczajami dnia
codziennego panujacymi w tym pieknym kraju.
.
Ach…….Rodezyjczykiem byc !!!!!
.
Zostaly one wprowadzone przez angielskich kolonizatorow,
przetrwaly probe rewolucji I dzieki temu, jesli jakis bialy
mial dom w tym kraju ….
………. ale zacznijmy od poczatku.
.
Bialy w Zimbabwe kojarzony jest zasadniczo z 3 cechami :
Po pierwsze jest bialy
Po drugie zna angielski
Po trzecie ma kase.
Czlowiek ktory nie z na angielskiego lub nie ma kasy lub
jeszcze gorzej nie spelnia tych ostatnich 2 kryteriow,
w odczuciu rdzennych mieszkancow bylej Rodezji
absolutnie nie moze byc bialym.
Dzieki nie spelnianiu tych 2 ostatnich kryteriow DG stosunkowo
latwo znalazl sobie nowych znajomych (jak sie okazalo w tym
samym wzglednym kolorze skory…..ale o tym kiedy indziej).
Skoro juz ustalilismy, ze DG to jest bialy lis farbowany,
wrocmy do znienawidzonych zwyczajow przejetych i
stosowanych dobrowolnie przez czarnych od
z nienawidzonych bialych bialych najezdzcow.
Kazdy bialy w Zimbabwe (i chyba wiekszej czesci Afryki)
jesli posiada dom lub go wynajmuje musi (ale to MUSI
BEZWZGLEDNIE !!!!) do jego obslugi zatrudnic czarna sluzbe.
W zaleznosci od wielkosci domu i ogrodu, wielkosc takiego
zatrudnienia wynosi minimum 2 osoby.
W sklad minimalnej obsady wchodza:
Kobieta, ktora sprzata dom bialego, pierze ubrania bialego,
gotuje bialemu posilki wg menu przygotowanego przez
bialych oraz ogrodnik, ktory ma zakaz wstepu do domu
bialego I obsluguje ogrod bialego I brame nalezaca do
ogrodu bialego.
Kobiety zatrudnione w domach wszystkie nazywaja sie tak
samo, czyli MAID, a ogrodnicy tak samo jak kobiety czyli
GARDNER.
DG zupelnie tego nie rozumial ale pogodzil sie z tym
szybko.
W koncu pochodzi ze starej polskiej zubozalej bardzo
szlachty, ktora przy kazdych drzwiach w domu miala
Szwajcara bo na regularnego lokaja z Londynu, zadko
kogo bylo wtedy stac.
Niestety Szwajcarom w Polsce i tak za duzo sie placilo,
jak za otwieranie drzwi, bo zarobiwszy pieniadze , wrocili
do swojego kraju, pootwierali banki, powplacali tam
zarobione przy polskich drzwiach pieniadze i tak
rozpoczela sie potega Szwajcarii, ktora trwa do dzisiaj.
DG nie zamierzal popelnic tego samego bledu co jego
przodkowie.
O co to to NIE !!!!!!
I nakazal czarnej sluzbie trzymac sie z daleka od drzwi !!!
Brama to juz zupelnie inna sprawa.
Do Maid lub Gardnera nie wolno oczywiscie zwracac sie
per Maid czy Gardner lecz po imieniu.
Oni natomiast z wyszukanym szacunkiem, wdziekiem, i
zawsze (powtarzam zawsze ) z usmiechem zwracaja sie do
bialych domownikow BOSS, MIS, LADY, MISSIS – slodziutkie J.
Co za maniery !!!!!!!
Oni sa naprawde dumni z wykonywanego zawodu I w ten
sposob takze okazuja wdziecznosc za zatrudnienie dzieki
ktoremu sa w stanie wyzywic cala rodzine.
Wynagrodzenie takiej sluzby lub lepeij nazwijmy to HOME
SUPPORTu zostalo uregulowane administracyjnie I po
przeliczeniu wg kursu czarnorynkowego w ciagu 1 miesiaca
nalezy kazdemu z nich zaplacic ok 40 dolarow amerykanskich.
Nie jest to tanio zwlaszcza, z e trzeba im jeszcze pokryc
koszty dojazdu (jesli akurat nie mieszkaja na posesji w
specjalnie dla nich wydzielonej czesci) I zapewnic mundurki :
dla MAID fartuszek a dla GARDNERA kombinezonik oraz
codziennie przyslugiwalo im po 2 herbaty na glowe. (na
szczescie nie piwo ale to reguluje ustawa o wychowaniu w
trzezwosci w Polsce, ktora jako pierwsza postanowil lDG
zaszczepic na afrykanskim gruncie).
.
DG z szacunkiem pochylal sie nad tymi zwyczajami podnoszac
z ziemii kolejne piwo.
.
Zeby nie popasc w zbyt duze koszty na starcie nowego zycia
artystki, zgodzil sie jedynie na podstawowy STAFF czyli po
jednym SUPPORCIE z kazdej dziedziny.
Poprzez to, koszt utrzymania miesiecznego wzrosl
drastycznie o 80 $ co po dodaniu do kosztu wynajmu domu
150$ oraz zsumowaniu z minimalnymi kosztem piwa na
miesiac, dawalo kwote 500 $.
„Nie jest tanio , wbrew temu to pisala w smsach Artystka“
– wzdechnal DG i powrocil do rozwarzan nad organizacja zycia
w Zimbabwe.
.
Dzieki pensji jaka co miesiac otrzymywal STAFF, byli oni w
stanie utrzymac sie przez miesiac z czteroosobowa rodzina
(pod warunkiem ze nie pili piwa), a dzieki temu ze biali
obrzydliwi kolonizatorzy nabudowali domow jak potluczeni,
potrzebna byla ich obsluga i zawody te staly sie sportem
narodowym w Zimbabwe.
Stanowia tez glowny czynnik dochodu narodowego.
Zanim jeszcze Rodezja zmienila sie niepostrzezenie w wyniku
rewolucji w Zimbabwe, kraj pod rzadami Rodesa (ktory jak
wiadomo caly kraj kupil od jakiegos wodza Zulusow za pare
paciorkow oczywicie namoczywszy go wczesniej obficie woda
ognista, a na przypieczetowanie transakcji zrobil z jego ludzi
niewolnikow) stala sie najbogatrzym krajem swiata (liczac
dochod na glowe bialego mieszkanca).
Kraj w ktorym jak wiemy na powierzchni ziemi doskonale
rozwijaly sie plantacje tytoniu, herbaty, pomaranczy, tuz
pod powierzchnia natomiast platacje orzeszkow ziemnych
a glebiej kopalnie wegla, zlota i diamentow.
W miastach kwiitl przemysl odziezowy rozwijalo sie
budownictwo przemyslowe i drogowe.
Wprowadzono wlasna walute (funta rodezyjskiego),
ktory szybko stal sie silniejszy od funta brytyjskiego.
Zycie typowego bialego rodezyjczyka bylo niewiarygodnie
nudne, bo wszystko za niego robili niewolnicy, wiec im
pozostawalo tylko picie i rozmnarzanie sie.
Paradoksalnie te 2 czynnosci wykluczaja sie, co widac dobitnie
na przykladzie niewolnikow ktorzy nie pili i rozmnarzali sie
zdecydowanie szybciej.
Taka ilosc nudy i sexu moze byc smiertelna i dla tego biali
postanowili dramatycznie zmienic swa kolonialna egzystencje
zanim zejda z tego swiata.
Potrzebny byl im tylko odpowiedni moment.
No i doczekali sie.
Na czele ruchu opozycyjnego (do bialych) stanal kolega
Mugabe, ktory bardzo zazdroscil bialym ich bezsensownego
stylu zycia.
Pod pozorem zniesiemia niewolnictwa (czyli „strzelajac w
stope“ kazdemu czarnemu) wzniecil rewolucje.
Postanowil rozdac bron wzystkim, ktorzy chcieli jej dotknac.
Poniewaz jak sie okazalo nie bylo ich zbyt wielu, bo normalie
myslacy czarny, ktory zasmakowal niewolnictwa zdaje sobie
sprawe, ze jesli bedzie wolny to w dupe wzielo darmowe
mieszkanie, karmienie, ubieranie i opieke medyczna (a jak PAN
byl w lepszym humorze to i darmowe piwko), wiec jasne bylo
ze chetnych do rewolucji dramatycznie zabraklo i Mugabe
musial ich zaimportowac z sasiedniego bushu.
Przybyli wiec do Rodezji czarni weterani wojenni, chwycili za
kalasznikowy I ruszyli zdobywac przemoca plantacje.
I tu sie lekko zdziwili. Bo biali najezdzcy tylko na to czekali.
W absolutnych pokoju I z radoscia I, bez jednego
defensywnego wystrzalu pooddawali im klucze do swoich
majatkow.
Od tej chwili zycie bialych w Zimbabwe nabralo sensu i tresci.
Najpierw musieli uciekac I chowac sie przed rozjuszonymi
wojownikami, ktorych wkurwili strasznie, pokojowo skladajac
bron. Nie bylo tego w scenariuszu przedstawianym
rewolucjonistom przez wodza rewolucji Mugabego, a nie mogac
dodzwonic sie do niego na komorke, postanowili jednak
wykonac plan I wystrzelac troche amunicji.
Temu wszystkiemu z ogromnym zdziwieniem przygladali sie
niewolnicy, ktorzy nie mogli pojac: : na cholere czarny chce
zajac miejsce bialego ? przeciez to wbrew prawu naturalnemu !
.
(Niby toto nie cytate nie pisate a jakie madre !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!)
.
Jak pokazala przyszlosc , niewolnicy mieli absolutna racje.
Przejecie od bialych ich super dochodowych farm, kopalni I
przedsiebiorstw i porowadzenie ich sciezka „czarnej“ ekonomii,
(ktora plasuje sie na drugim miejscu na swiecie zaraz za
ekonomia „sowiecka“) w krottkim czasie doprowadzilo ich do
ruiny a wolnych niewolnikow zepchnelo na skraj egzystencji.
Po 30 latach od rewolucji i zniesieniu niewolnictwa, Mugabemu
udalo sie doprowadzic swoj kraj do kompletnej ale to ku…wa
kompletnej ruiny a ludzie cierpia glod i zdychaja na co sie tylko
da i przy byle okazji.
Jednakze u dalo mu sie wyprzedzic reszte swiata i osiagnal
niespotykany jak dotad w historii i chyba juz nigdy w
przyszlosci nie do powtorzenia wynik w rocznej inflacji,
ktora w 2009 roku osuagnela poziom 20.000%.
Jest to procent tak abstrakcyjny, ktorego nawet Marks
z Engelsem czyli Dolce I Gabbana komunistycznej ekonomii by
nie wymyslili.
Aby go zobrazowac podam taki oto przyklad : na poczatku
roku 2009 posiadajac banknot 1 milionowy, mozna bylo kupic
chleb. Pod koniec roku idac po chleb nalezalo zaopatrzec sie
w banknoty bilionowe I worek zeglarski bo inaczej zabraklo by
drobnych.
Przekazanie czarnym doskonale funkcjonujacych farm i firm w
krotkim czasie doprowadzilo do ich ruiny.
Pytanie :
Co zrobill czarny, kiedy zostal wlascicielem np: plantacjii
tytoniu ?
Odpowiedz:
Posadzil drzewo, aby polezec w cieniu.
Jesli dla dalszego przykladu, zepsul mu sie traktor (URSUS
zreszta), to zamiast zadzwonic do Warszawy po inmstrukcje
i czesci, rozsprzedawal go po kawalku.
To bardzo nie spodobalo sie Mugabemu.
Znaczy nie fakt, ze jego ziomale nie dzwonili do Polski tylko,
ze wogole nie chcialo im sie sluchawki podnosic.
Postanowil temu czym predzej zaradzic zanim jego rewolucyjni
bracia pozbawia kawalka chleba nawet jego.
Majac niekwestionowana wladze o ktora w takim upale nikomu
nie chcialoby sie walczyc, sterowal krajem niczym pijany sternik
pieknym ale pustym zaglowcem posrod raf koralowych.
Reczne sterowanie gospodarka, tak uwielbiane przez geniuszy
ekonomii (nie wylaczajac Balcerowicza), w krotkim czasie
przeksztalca kazdy kraj w republike bananowa nawet jesli ma
zloza diamentow I zlota na ktorych banany ni cholery rosnac
nigdy nie chcialy.
Mugabe w szybkim tempie zaczal nacjonalizacje co bardziej
dochodowych dziedzin przemyslu co w praktyce wygladalo
nastepujaco :
jesli jego tajni agenci dostrzegli, ze jakas firma pod rzadami
bialego (ktory byl zbyt leniwy aby uciec przed rewolucja I nie
chcialo mu sie oddac kluczy do wlasnego businessu) dobrze
funkcjonuje , dostawal propozycje nie do odrzucenia, tzn musial
przyjac na wspolnika czarnego, ktory w efekcie byl skoligacony
z Mugabem.
Pozniej podobna zasade wprowadzono w USA i Kanadzie no
i w pozostalych krajach czarnej Afryki.
Tak wiec powoli ale niezwykle systematycznie przedsiebiorstwa
przechodzily w rece Mugabego.
Do niego naleza wszystkie taxowki, wszystkie sieci fast
foodow, caly import motorow, samochodow I paliwa, wiekszosc
kopalni zlota itd.
Wiec generalnie po rewolucji sie polepszylo.
MUGABEMU.
Stac go bylo nawet aby kupic w Szanghaju wille za 5 mln $ dla
swojej corki ktora postanowil tam ksztalcic.
No w tym wzgledzie to nawet DG nie byl w stanie go pobic
z oplacaniem jakiejs marnej British School w Warszawie.
.
Jak to mozliwe – Zapytacie – ze Mugabemu udalo sie
zniewolic I oglupic swoich rodakow do tego stopnia ?
Dlaczego caly swiat zachodni z nami wlacznie p rzyglada sie
temu biernie?
Wbrew pozorom najwiecej winy za taki stan rzeczy w
Zimbabwe ponosimy my Polacy a wlasciwie nieudolna
polityka kolejnych polskich rzadow od elektroprezydenta
poczawszy.
Zanim to udowodnie (z przykroscia i rozczarowaniem dla
naszego spoleczenstwa) musze jednak jasno okreslic moje
poglady.
Po pierwsze : nie ulega watpliwosci, ze Zimbabwe jest krajem
rdzennym ludow Shona i Ndebele i oni sa jego prawowitymi
wladcami jak i Polacy w swoim regionie geograficznym.
Po drugie : skolonizowanie ich przez anglikow w ostatecznym
rachunku wyrzadzilo im historyczna krzywde bo pokazalo jak
fajnie byc niewolnikiem.
Po trzecie : oburzenie swiata na rewolucje w Zimbabwe
jest kompletym bezsensem, bo to tak jakby sie obrazili za to,
ze mysmy ruskim skopali tylki.
Po czwarte : dlaczego swiat wypial sie na Zimbabwe,
tzn oblozyl go embargiem (czym sam sobie strzelil w
stope jak pokazuje historia) ?
odpowiadajac na te wszystkie pytania razem musze stwierdzic,
ze Mugabe w odroznieniu od prezydenta RPA- Mbekiego,
kategorycznie odmowil wyplaty jakichkolwiek reparacji
wojennych, czym bardzo Don Giovanniemu przyplusowal.
Przekladajac to na nasz polski grunt, to tak jakbysmy my
musieli wyplacac odszkodowania cholernym ruskim okupantom
za to ze nam np: Palac Kultury lub PeGeERy zbudowali.
Bzdura !!!!!
Niemniej Mbeki podzielajac jak najbardziej stanowisko
Mugabego i Don Giovanniego, nie powiedzial tego oficjalnie
na forum miedzynarodowym lecz skrycie realizuje I na pytania
kiedy zacznie wyplate reparacji , niezmiennie odpowiada „ku
sasa“.
Tak wiec swiat zachodni (durny) obrazil sie na Mugabego I na
zlosc jemu odmrozil sobie nos czyli zamrozil z nim wymiane
handlowa.
Nie wiadomo na co liczyli durne bialasy.
Ze niby czego oczekiwali ?
…ze Mugabe sie poplacze i zaprosi angoli z powrotem ???????
Swiat zachodni oblozyl wiec Zimbabwe embargiem I vice
wersa.
I tu powstala luka na naszym globie.
Czarna dziura mozna by powiedziec (tylko bez glupich
skojarzen prosze).
Juz po pierwszej wizycie w Zimbabwe w 2004 roku,
DG dostrzegl niewiarygodny potencjal tego kraju I jego
mieszkancow. Postanowil czym predzej doprowadzic do
wtornej kolonizacji tym razem na rzecz Polski.
W koncu wszyscy w europie juz swoje kolonie zamorskie mieli
tylko my jeszcze nie.
Nie bylo to tez niebezpieczne, bo czarni rewolucjonisci
wystrzelali wszystkie naboje przeciwko anglikom, a w wojnie
na piesci my jestesmy lepsi.
DG pisal wiec petycje do rzadu polskiego, ze oto wyladowal w
afrykanskim bushu, zajal placowke i systematycznie sie
umacnia, ale bez wsparcia (przynajmniej setki kiboli) dlugo nie
przetrwa.
…Ze utrzymanie takiej armii kibolii duzo tu nie kosztuje bo piwo
tansze niz woda, a czarnych wokol mnogo wiec wystarczy tylko
reka na oslep machnac aby przynajmniej ze 3 trafic.
Pisal I pisal, ale te durnowate polskie rzady nie reagowaly.
Zreszta czego tu oczekiwac skoro prezydent swoja edukccje
skonczyl na rozpoznawaniu znakow graficznych (czyli wie jak
wyglada plus dodatni I minus ujemny… do czytania nie
doszedl skoro listow od DG nie przeczytal).
Pomimo jego analfabetyzmu Don Giovanni przynajmniej na
jego walecznosc liczyl, ale i ta okazala sie iluzja wyssana
z palca duzego u prawej stopy polskiej historii.
DG zrozumial to dopiero wtedy, kiedy kilkakrotnie w
zwolnionym tempie (klatka po klatce) analizowal slawetny
skok przez mur(ek).
Po obejrzeniu tego horroru, postanowil podzielic sie
z Wami jego obserwacjami, ktore zapewnie udziela Wam
odpowiedzi na wiele nurtujacych Was pytan.
.
Jak pamietamy oddzialy ZOMOwcow uzbrojone po piekne
zeby, zabarykadowaly sie w Stoczni Gdanskiej, aby pod
nieobecnosc stoczniowcow poplywac sobie na statkach.
Gdy wiesc ta dotarla do stoczniowcow, ci w przemoznej
trsce o funkcjonariuszy czym predzej ruszyli wszyscy razem
pod bramy stoczni , liczac na to ze zdaza zanim chlopaki im
jakis statek rabna.
Nie byloby w tym nic tragicznego, gdyby nie fakt,
ze z dokach stalo mnostwo nie dokonczonych jeszcze
jednostek I durne ZOMOwcy mogli rabnac statek np bez
dziobu I utopic sie nim zanim dotra do Szwecji.
W trosce wiec o zdrowie uzbrojonych emigrantow, tlum
stoczniowcow skandowal slowa pelne uwielbienia, ktore
mialy zdezorientowac ZOMOwcow w architekturze stoczni.
Po kilku godzinach wydzierania sie pod brama,
stoczniowcy uznali najwyrazniej ze czas sprawdzic co sie
dzieje we firmie I we w tym celu wybralii sposrod siebie
najbardziej dziarskich I dorodnych tusza (kaczynskich) i
zmusili ich aby kogos podsadzili aby przez mur(ek)
zagladnal.
Kaczynscy jak na gwaizdy filmowe przystalo,
dlugo wybrzydzali I wybierali posrod proponowanych im
kandydatow do lewarowania.
Ostatecznie zgodzili sie na Walese, ze wzgledu na jego
mizerny I durnowaty wyglad.
W koncu do funkcji peryskopu potrzeba jedynie paru
sprawnych organow.
Nie zamierzali jednak , zbytnio mu pomagac. Nie chcieli
sie zbytnio nadstawiac.
Lechu przebieral wiec niezgrabnie nozkami w powietrzu
nie mogac osiagnac odpowiedniego poziomu na ramionach
rozrosnietych gwaizd. Juz chcial sie wycofac ku uciesze
blizniakow, ale od strony tlumu nadszedl grozny pomruk.
W przyplywie desperacji wiec wykonal rekami cos na
ksztalt krzyza i z trudem wdrapal sie na ramiona roslych
Kaczorow.
Po dluzszej chwili udalo mu sie zlapac rownowage pomimo
tego, ze bracia stali spokojnie , w koncu nie takie numery
w zyciu juz robili.
Kiedy oni cierpliwie oczekiwali na relacje z gory,
ich czlowiek na gorze zamiast sie rozgladac, przez caly
czas wykonywal znaki krzyza I wydzieral sie : „wyzej,
wyzej!!!!“
W koncu nawet postawnym blizniakom palcow u nogow
zaczelo brakowac, wiec podrzucili go nieznacznie do gory,
a ten zamiast zlapac sie z a szczyt ogrodzenia,
wykonal kolejny znak krzyza i ……. wyladowal z drugiej jego
strony.
(alez ja to ladnie napisalem !!! bez zadnych wulgaryzmow ,
no, no…)
Tlum zamarl w milczeniu a wraz z nim zamarla historia
obalania komunizmu w Polsce.
Kaczynscy popatrzyli na siebie, zadziwieni wlasna moca.
Teraz wypadki potoczyly sie lotem blyskawicy a raczej
lotem Walesy.
(Na pamiatke tego lotu, imieniem i nazwiskiem jego pilota
bez licencji nazwano pozniej lotnisko w Gdansku – to musial
byc jedyny powod bo do dzisiaj nie rozumiem zwiazku
pomiedzy peryskopem a lotniskiem).
Tlum stoczniowcow z napieciem nasluchiwal oznak zycia
zza muru stoczni, w miejscu gdzie peryskop zmienil
funkcje I osiagnal glebe.
Nic … tylko cisza. W koncu po chwili odpowiadajacej trzem
zdrowaskom, uslyszeli delikatny szelest lisci.
Szelest zaczal przesuwac sie powoli wzduz muru w
kierunku bramy.
Stoczniowcy nie zmarttwychwstali jeszcze z przerazenia
podobnie jak historia.
Czyzby jakis wsiekly, bezpanski PIES ciagnal ich peryskop
po ziemii ???
„O biada nam „ – mysleli Kaczynscy. – „ jesli niedajboze
Lechu przezyje ta akcje, to dopiero bedzie wkur…ony…“
Postanowili wiec czym predzej podejsc pod brame stoczni
I ublagac jakiegos ZOMOwca, aby sprawdzil czy ich
koledze nic sie nie stalo.
Niestety, przy bramie nikogo nie bylo.
.
(Widocznie wszyscy jZOMOwcy juz sie zaokretowali).
.
A brama zamknieta na drut. A w calym tlumie
kombinatorow historii ani jednej pary kombinerek.
Nie bardzo wiedzac co w takiej sytuacji poczac,
Kaczory zaczeli juz typowac kolejnego chetnego do
zwiadu, gdy tymczasem cos szeleszczaco zblizalo sie do
bramy stoczni.
Dzielni stoczniowcy na wszelki wypadek odstapili pare
krokow.
Po drugiej stronie bramy obsypany lisciami ukazal im sie
Lechu. Caly i zdrowy. I usmiechniety od ucha do ucha,
ze tak dzielnie sie spisal I nie zginal smiercia haniebna
podczas uziemienia socjalizmu, ktorego dokonal absolutnie
sam przy pomocy jedynie swoich wasow.
Wraz znim prawie wszyscy stoczniowcy zaczeli wiwatowac.
Prawie wszyscy, Kaczory nie wiwatowali bo od tamtej
pory maja przerabane.
Ot I cala historia prawdziwa.
..
Don Giovanni zdawal sobie sprawe, ze pod rzadami
niedouczonego elektryka, ktory podskakuje jak mu zachod
elektrody przytknie, potrzebujemy na gwalt nowych rynkow
zbytu, bo nasz genialny elektroprezydent w pierwszych dniach
rezydowania (zanim jeszcze znalazl droge do toalety w palacu
prezydenckim…niestety zabraklo kolegow ze stoczni ktorzy by
do tam podrzucili) zniszczyl nam kilkusetletnie tradycje
wymiany handlowej z najwiekszym naszym zaborca I odbiorca
czyli Rosja.
Co wiecej…. zrobil to z duma i radoscia na twarzy co
swiadczylo o zaawansowanym debilizmie ekonomicznym
(bo na dywersanta potrzebna jest odrobina inteligencji).
Samozadowolenie minelo mu zaraz po tym jak odlaczyli mu
elektrody i ktos podpowiedzial, ze miejsce polskich firm
zajely natychmiast firmy z europy zachodniej.
Bez jednego wystrzalu odebrali nam taaaaaaaki rynek.
Na wszelkie reakcje bylo za pozno.
Zreszta w tym czasie Polska znajdowala sie takze w
szponach kolejnego geniusza ekonomii czyli Balcerowicza (na
szczescie musial odejsc…szkoda tylko ze tak pozno), ktory (za
„namowa“ EU oczywiscie, bo sam by na to nie wpadl) schladzal
lub raczej hibernowal doskonale rozwijajaca sie po 1989 roku
polska gospodarke.
.
(Mysle, ze skoro swiat w chwili obecnej jest tak przerazony
rosnaca potega Chin, mamy okazje zrobic na tym naprawde
doskonaly interes i wyeksportujmy im Balcerowicza, a on
rozpierdoli im gospodarke w tri miga i podporzadkuje Uni
Europejskiej.
Ciekawe czy Rzad Chin w przededniiu ich najwiekszego
rozkwitu I globalnej ekspansji wpadnie na ten genialny plan?
no ciekawe … Polacy na to wpadli…)
.
No ale wrocmy na afrykanska ziemie, po tym ogromnym
historycznym prze skoku i popatrzmy, co tez widzi zza
swojego krzaczora, okopany w bushu Don Giovanni.
W oczekiwaniu na lodpowiedz od rzadu polskiego, DG
postanowil jak najlepiej poznac kulture i obyczaje tambylcow,
aby uchodzic za fachowca I nie wyjsc na kompletnego Kolumba
lub walesajacego sie po palacu prezydenckim elektryka,
kiedy delegacja z Polski przyjedzie, aby mu wladze nad
Zimbabwe przekazac.
W tym celu zaczal wstawac bardzo rano i wnikliwie obserwowac
otoczenie.
Codziennie budzily Don Giovanniego przepiekne promienie
slonca wlewajace niewiarygodna ilosc energii nawet w jego
watle I nikczemnie leniwe cialo.
Jakiez wiec bylo jego zdumienie, kiedy patrzac przez okno
na ogrod obserwowal przesuwajacego sie ogrodnika
(zupelnie jakby po tasmie na litnisku jechal w kompletnej
mgle) z ugietymi kolanami, przygniecionego pod ciezarem
konewek pelnych wody.
.
Zdjecie okien w domu
.
Po dluuuuuuuuuuuuuuuuugiej chwili jakiej potrzebowal
ogrodnik aby przemiescic sie pomiedzy jednym oknem domu
a drugim, DG zobaczyl jak wlewa wode w rurki, ktorymi ta
wilgoc ma sie dostac prosto do korzeni roslin, bez mozliwosci
wyparowania w miedzyczasie.
Po wykonaniu tego skomplikowanego zadania, w tym samym
tempie, tak samo przygnieciony ciezarem choc tym razem
pustych konewek, ogronik wracal do kranu.
Uzupelnial wode za pomoca koncowki weza gumowego
oplecionego wokol tego wlasnie kranu.
.
(pare dni pozniej DG rozwinal tego gumowego weza i
okazalo sie ze jest wystarczajaco dlugi aby podlac rosliny
w najdalszym zakatku ogrodu, na co ogrodnik stwierdzil, ze
……nie zna angielskiego I dalej roznosill wode w konewkach
… co za szacunek dla pracy !!!!!)
.
Pod wplywem tak dynamicznie przewijajacego sie obrazu
DG od razu przechodzila ochota do jakiegokolwiek wysilku
fizycznego z myciem zebow wlacznie..
Poranna toalete ograniczal wiec do przeplukania ust I udawal
sie na przygotowane przez Maid sniadanie.
W tym czasie Artystka byla juz po porannej awanturze
z Coreczka, ktora nie mogla zrozumiec dlaczego jej mama
znowu zostawi ja na caly dzien tylko z tatusiem posrod
piasku i kaktusow.
Atmosfera wiec przy sniadaniach byla niezmienna niczym
slonce nad Afryka.
Zreszta DG tez nie bardzo rozumial na cholere przyjechal do
Zimbabwe I przyciagnal ze soba dziecko, skoro cale dnie
spedzali w domu i ogrodzie odcieci od swiata.
W Polsce pozostawili duzo wiekszy dom i duzo wiekszy i
ogrod, mase przyjaciol a Coreczka – kolezanek.
Ale przeciez przygoda czeka na nas tutaj !!!!! –
argumentowala Artystka I codziennie ok 10 rano odjezdzala
na jej spotkanie razem z Misjonarzem.
DG wraz z Coreczka pozostawieni na pastwe b ushu w
ogrodzie i porzarciu przez czarnych przodownikow pracy,
zaczynali dzien od uganiania sie za jaszczurkami pomiedzy
kaktusami, potem kiedy robilo sie za goraco nastepowala
przerwa w uganianiu.
Coreczka zajmowala sie przenoszeniem otoczenia na papier za
pomoca kredek lub farb a DG intensywnie uzupelnial elaktrolity
w organizmie zadajac sobie po raz setny to same pytania :
Z czego zbudowane sa dzieci ???
Skad ma toto tyle e nnergii ???
Czy niemogloby toto posiedziec grzecznie 10 godzin w
jednym miejscu a potem pojsc spac ??
Nie uzyskawszy jak zwykle odpowiedzi, zjadal w
towarzystwie Coreczki obiad przygotowany przez Maid,
potem jeszcze kilka godzin nic nierobienia i w srodku nocy
wracala Artystka z Mesjaszem przeszczesliwa, ze rodzina w
komplecie i ze tak wszystko pieknie s ie uklada.
.
Po paru wieczornych piwach w towarzystwie Mesjasza
odprowadzala go do bramy, po czym wracala na kolejna porcje
awantury tym razem z DG, bo Coreczka zasadniczo juz spala
wykonczona calodziennym upalem.
.
….. ale o tym za chwile.

No nie , nie jestem dzisiaj w stanie rozwinac lotnie zadnego z tych watkow, gdyz
napity juz jestem , bo piatek w nocy jest i kazdy normalny w Afryce o tej porze spi
pijany.

Noc w Afryce jest tak czarna, jest tak czarna ……. ze az czarna jest !
Wychodzisz na zewnatrz aby sie wysikac i nie widzisz swojego konca.
Nie zeby on nie wiadomo jak dlugi byl , tylko dla tego, ze czarno jest
i nic ale to nic nie widac, kompletnie nic.
Stad sie wzielo powiedzenie, ze jest ciemno jak w d… u m…… Juz wiecie ?
No.

Wiec wyobrazcie sobie teraz, ze wlasnie w srodku takiej nocy, komletnie narabani macie
wracac samochodem do domu w srodku takiego bushu. Dla ulatwienia dodam, ze podczas
jazdy noca nawet jesli uzywa sie swiatel, to i tak nie zobaczycie czarnego biegnacego
na golasa po asfalcie , no chyba ze usmiechnie sie do was pieknie rozciagniety na
masce waszego samochodu.
Ktoregos dnia, po kolejnej (czwartek byl , wiec czwartej w tym tygodniu) imprezie,
DG wraz z artystka wracali do domu. Godzina byla ok 1 w nocy.
Ciemno i ponuro dookola pomimo ze przez miasto jechali. Latarnie dookola wysokie.
Prad za darmo. Ale CIEMNO !!!!!!!!!! bo zarowki zakosili, wiec jakiez bylo
zdziwienie DG, kiedy dojezdzajac do skrzyzowania zobaczyl dzialajaca sygnalizacje
swietlna.
Jego reakcja byla natychmiastowa. (4 promile we krwi). Nadepnal na hamulec i w
spokoju oczekiwal az auto laskawie doplynie do miejsca zatrzymania.
Wypadlo to dokladnie na srodku skrzyzowania. Poniewaz DG generalnie stara sie
przestrzegac przepisow jakie by one nie byly, utknal na srodku nie bardzo wiedzac
ktore swiatla go obowiazuja w tamtej chwili.
Z tego calego rozmyslania coraz bardziej zamykaly mu sie oczy a kierownica
wydawala sie miekka niczym poduszeczka. I gdy juz juz przed oczami jego pojawily
sie rozowe plasajace slonie i hipopotamy i walenie , walenie wlasnie bardzo mocne w
okno samochodu wyrwalo go z objec Morfeusza.
Przytomnym (4 promile we krwi) wzrokiem popatrzyl w kierunku szyby o ktora
opierala sie wlasnie czesc jego ciala i zobaczyl ….. nic….. czarno…. zupelnie nic !
Zobaczyl przyslowiowa „ciemnosc“.
I juz mial polaczyc swe silne ramiona ponownie z ramionami Morfeusza, gdy czarne
nic walnelo dwukrotnie w szybe.
„ what the fuck ? – pozdrowil ciemnosc DG i patrzac w szybe nic nie widzac zaczal
ja opuszczac.
Za szyba pokazala sie biala poprzeczna kreska. Wpatrujac sie w ciemnosc ponad
kreska DG dostrzegl czapke policyjna. I wtedy zaswitala mu genialna mysl
„POLICJANT !“ – ………….. mysl musiala byc z rodzaju genialnych, gdyz o tej porze
w bushu nalezalo oczekiwac kazdej mozliwej zwierzyny czworonoznej a nie
dwunoznego rozesmianego policjanta.
„ no i czego on tak sie szczerzy ?“ – pomyslal DG – „przeciez policja w Zimbabwe
pracuje do 16 ! Zgubil sie w tym bushu po ciemku czy jak ? ale na pewno przed
switem go nie znajda jesli bedzie smutny „
„ co tu robisz ?„ – wesolo spytal policjant
„ jak to co ?“ – ledwo wybelkotal DG – „ stoje, nie widzisz ze pali sie czerwone
swiatlo ?“
„ Jedz ! kto cie bedzie pilnowal „ – blagal policjant
„ ok, ok „ – mamrotal DG probujac wyplatac kierownice sposrod guzikow koszuli.
W koncu uznal, ze nie ma co sie szamotac z martwa natura, bo jeszcze ich cos ZJE na
tym skrzyzowaniu i nie ogladajac sie za siebie (ani tym bardziej na boki) dodal gazu i
po 15 min doplynal bezpiecznie do bramy domu.
Zmija … kontra …. Zmija
DG po dojechaniu do bramy, zgodnie ze zwyczajem rodezyjskim uruchomil klakson dwukrotnie
coby przywolac czarnego pilota do bramy.
Niestety o tej porze chyba juz mial wolne i DG musial poprosic artystke aby byla tak niezwykle
uprzejma i otworzyla im ja na osciez.
Artystka wytoczywszy sie z auta cala swoja sila woli i godnoscia osobista zaparla sie
o szczebelki i przesunela kawal blachy od konca do konca.
DG mogl wjechac na posesje, co tez niezwlocznie (4 promile we krwi) uczynil i
szczesliwie wyhamowal przed garazem.
Zanim otworzyl dom, artystka byla juz zamknela brame wjazdowa i chlodzila czolo o
elewacje obok framugi.
Poniewaz pora byla jeszcze wczesna (jakies w pol do drugiej w nocy), DG
zaproponowal :
„ nie wiem jak ty, ale ja bym sie czegos napil i moze jeszcze jakis film obejrzymy ?“
artystka propozycje przyjela i zanim DG odpalil kino, wrocila do pokoju w
towarzystwie Johnny (Walkera) i coca coli.
„ i za to kocham Afryke !“ – pomyslal DG wychylajac duzego drinka (4,2 promila we
krwi) . Z filmu niewiele zapamietal , bo jego wzrok juz tak daleko nie siegal, ale
pamieta, ze w pewnym momencie Artystka zaczela wydzierac sie z bolu.
„ co jest ?!“ – zapytal troskliwie
„ chyba mnie waz ukasil w noge ? – wyla artystka
„no no, chyba trzeba ruszyc na ratunek“ – pomyslal DG i rozkazal sflaczalym swoim
miesniom aby zpionizowaly jego zrelaksowane cialo.
„ Jednym rzutem“ dotarl pod przeciwlegla sciane pokoju, gdzie na sofie rozposcierala
sie pieknie artystka. Jego delikatne dlonie ostroznie uniosly stope artystki.
Po obroceniu jej o 270 stopni czujne oczy DG dostrzegly dwa czarne punkciki.
I wogole cala noga od duzego palca po staw skokowy zrobila sie jakas taka ciemnawa.
Przy uzyciu scyzoryka ktory sluzy mu na codzien do otwierania butelek, wiec jest sterylny,
DG rozpoczal delikatnie skrobac skore na stopie Artystki probujac zetrzec ciemny kolor.
Niestety, ten ciemnawy problem nie chcial dac sie zedrzec, najwidoczniej tkwil gdzies glebiej.
DG okiem fachowca popatrzyl na zegarek (nie zeby byl zegarmistrzem tylko konczyl kierunek medyczny !)
i stwierdzil autorytatywnie, ze kontakt z wezem byl ponad 20 min temu, wiec gdyby
byl naprawde jadowity to artystka juz by nie zyla. Wiec skoro nie byl naprawde
jadowity, to DG ze spokojem nalal sobie kolejnego drinka i zwrocil sie do artystki :
„ bedziesz zyla… niestety“
i zduzgotany zajal swoje miejsce na legowisku.
Nastepnego dnia rano, czarny ogrodnik laczacy w sobie funkcje pilota do bramy
widzac wkurzonego DG pijacego leniwie piwo na tarasie, podszedl na bezpieczna odleglosc
(poza zasiegiem szklanki) i powiedzial, ze rano znalazl zdechla zmije przy bramie.
DG uprzejmie podziekowal za ta informacje i zasepil sie na dobre. „ zmija zdechla,
artystka przezyla …..“ To zdarzenie polozylo sie cieniem na dalszym zyciu DG.
beda podobne. I po raz kolejny drogi myslowe DG skrzyzowaly sie z kosciolem.
Wniosek byl prosty. „Whisky is the best !!!“…. no, nie nie ten, ten ponizej :
„Bz…kaj ksiedza bedziesz niesmiertelna“
Te radosc przeslonila natychmiast inna mysl.
„Maja nadal nade mna zdecydowana przewage“ – posmutnial DG -…………….
„Nie ! Wrecz przeciwnie ! Klatwa przestala dzialac ! Zwrocilem kosciolowi to co na
mnie zeslal !!!!! Pokonalem ich ich wlasna bronia „– wyl dla odmiany z radosci DG, jego stan
emocjonalny byl coraz mniej stabilny, ale najwazniejsze, ze …..
….Jego DUSZA zostala UWOLNIONA ! – oszlaly ze szczescia, postanowil podzielic sie
natychmiast ta dobra nowina z kimkolwiek, wiec przywolal ogrodnika, poczestowal
piwem i zaczal opowiadac swoja historie. (historia nie byla zbyt dluga ale DG i tak
sie strasznie streszczal zdajac sobie sprawe ze jak tylko piwo sie skonczy to sluchacz
bedzie chcial nastepne…)
a oto ta historia :
Lat temu kilkanascie (jeszcze za czasow komuny) kiedy to DG podejmowal zyciowe
decyzje o sposobie zarabiania na zycie , w jego glowie byly tylko 2 mozliwosci :
- wziac w ajencje radar policyjny, lub
- wydzierzawic kosciol
W pierwszym przypadku skonczylo sie na 24 godzinach na dolku a w drugim na
nalozeniu klatwy do konca zycia.
DG dlugo nie mogl sie pogodzic z wykleciem z kosciola. Z odcieciem go od takiego
zrodelka.
Piwo sie skonczylo.
Shit. W takim tempie to skrzynka bedzie malo !
Odeslal wiec ogrodnika do naroznika i sam, delektujac sie zwyciestwem przezuwal
przemyslenia na temat naszych „zwiazkow“ z kosciolem.
Z tych przemyslen powstala ….. rozprawka o :




































